Wszyscy myślą, że żyje jak gwiazda Hollywood. TYLKO W VIVIE! Weronika Rosati ujawnia, jak naprawdę wygląda jej codzienność w USA
Na Instagramie wygląda jak życie z hollywoodzkiego filmu. Jednak za zdjęciami z największymi gwiazdami kryje się codzienność, której niemal nikt nie zna. Weronika Rosati po raz pierwszy tak szczerze opowiada o swoim życiu w Los Angeles, samotnym macierzyństwie i wyborach, które całkowicie zmieniły jej świat.

W rozmowie z magazynem VIVA! Weronika Rosati zdradza, jak naprawdę wygląda jej życie pomiędzy Los Angeles a Warszawą. Aktorka opowiada o wychowywaniu córki Elizabeth, codziennych obowiązkach, ulubionych miejscach w Kalifornii oraz wspomnieniach związanych z narodzinami dziecka. Wyjaśnia również, dlaczego rzeczywistość daleka jest od obrazu znanego z mediów społecznościowych.
Weronika Rosati o życiu w Los Angeles. Co dzieje się poza Instagramem?
[...]
– Los Angeles znasz lepiej niż Warszawę? Jaka jest Twoja ulubiona dzielnica?
W Warszawie muszę włączyć Google Maps, bo czasami dłużej mnie nie ma i… zapominam. Kiedy zamieszkałam w Los Angeles, nie było GPS-u w telefonach. Drukowałam sobie mapy i z kartkami chodziłam na castingi. A ponieważ bujam w obłokach, zawsze się gubiłam. Pytasz o ulubioną dzielnicę – trudno powiedzieć, bo one się zmieniają. Kocham Malibu, to kalifornijski raj. Slow living i wolność. Bohema połączona z artystycznym klimatem i przepiękną, majestatyczną naturą – dzikie plaże, klify. Unosi się tam duch starej Kalifornii, którą widzisz na filmach lat 60. i 70. Czuć tam inny vibe. W godzinach szczytu jadę z domu do Malibu dwie godziny, ale gdy się tam spotykam ze znajomymi, zawsze są to chwile, których nigdy nie zapominamy. Mam wielką słabość do Burbank. Po pierwsze, są tam studia filmowe. Gdy wchodzisz na teren Warner Bros., czujesz magię kina, które żyje tam od ponad 100 lat.
– A po drugie?
Moja córka urodziła się w szpitalu niedaleko wytwórni. Może powinnam ją nazwać Warner (śmiech)? Oczywiście żartuję. Od początku wiedziałam, że to będzie dziewczynka i dam jej na imię Elizabeth. Parę tygodni przed porodem w okolicach Burbank i Glendale wybuchł największy od 50 lat pożar, La Tuna Fire. Pamiętam, że byłam spakowana i do szpitala, i w razie ewakuacji. Kiedy Ela przyszła na świat, ugasili w końcu te pożary, ale powietrze było koszmarnie zanieczyszczone, przez długi czas unosił się dym i pył. Budziłam się nieprzytomna, z czerwonymi i spuchniętymi oczami. Po trzech tygodniach wyprowadziłyśmy się nad ocean. Z przerwami na dłuższe pobyty w Polsce mieszkałyśmy tam z Elą ponad cztery lata. Pokochałam to miejsce, ale w którymś momencie okazało się, że moja praca, znajomi, a przede wszystkim fantastyczne przedszkole, które znalazłam dla Eli, są godzinę drogi od domu, więc zamieszkałyśmy bliżej centrum. Gdybyś mnie zapytała, której dzielnicy nie lubię, odpowiedziałabym: Downtown. Jest przytłaczająca. Malownicza i…niebezpieczna. Na wielu ulicach żyją ludzie w kryzysie bezdomności. Wygląda trochę jak mały Nowy Jork, szklane drapacze chmur pomieszane z historyczną architekturą kin i teatrów. Klimat potrafi zmienić się diametralnie w ciągu kilku przecznic. Ja kocham przyrodę. Muszę mieć blisko park, spokój, przestrzeń.
– Ludzie widzą Twoje zdjęcia z Sylvestrem Stallone, Alem Pacino, Dustinem Hoffmanem, Robertem Pattinsonem i…
Jedni mówią, że ja tylko robię zdjęcia ze znanymi osobami, inni, że leżę na plaży (śmiech).

Córka Elizabeth jest dziś najważniejsza. Tak wygląda codzienność aktorki z dala od czerwonych dywanów
– Reszta zastanawia się, jak naprawdę wygląda Twoje amerykańskie życie.
Bardzo prozaicznie i kręci się wokół dziecka. Wie to każda mama. Ostatnio modne stało się narzekanie na ciemne strony macierzyństwa. Ja nie będę narzekać. Oczywiście, że śpię mniej. Oczywiście, że mam mniej czasu dla siebie. Oczywiście, że mam mniej czasu na karierę. I dobrze. Gdybym chciała dłużej spać, imprezować czy robić karierę, zatrudniłabym armię ludzi do zajmowania się moją córką. A ja ją wychowuję samodzielnie. Ela dostała się do bardzo dobrej szkoły oddalonej od domu o pół godziny jazdy samochodem. Codziennie rano ją zawożę, po południu odbieram, dwie godziny z głowy. Mogłabym zapisać ją do pierwszej lepszej szkoły i nie musiałabym się mordować. To był mój wybór. Nie mamy żadnej służby. Raz na dwa tygodnie przychodzi pani do sprzątania. Przed przyjazdem do Polski byłam zakręcona, miałam mnóstwo spotkań, któregoś dnia wróciłam z pilatesu, rzuciłam moje rzeczy na podłogę w pośpiechu i nie zdążyłam posprzątać. Ela do mnie podeszła i mówi: „Mama, ja sprzątam nasz pokój, a ty mi okazałaś brak szacunku. To zły nawyk!”. Więcej się to nie powtórzyło (śmiech).
– Głupio Ci było?
(Śmiech). Bardzo. Ona jest mega racjonalna, jak mój tata. Oboje lubią porządek. Wszystko muszą mieć zorganizowane, poukładane, logicznie ogarnięte. Ostatnio córka zadała mi pytanie, które mnie bardzo wzruszyło: „Mama, czy ty będziesz taką babcią dla moich dzieci, jaką dla mnie jest babcia?” (Teresa Rosati, mama Weroniki, przyp. red.). Jest niezwykle dojrzała. Mój tata powiedział, że w czasie jego kariery polityka i dyplomaty nikt go nigdy nie zagiął, a moja ośmioletnia córka nieustannie zaskakuje go trudnymi pytaniami. Jest prostolinijna, wyważona, argumentuje w punkt. W jej oczach widzę wielką miłość, ale też szacunek do mnie. I to jest najcenniejsze. Tata przyszedł do mnie ostatnio i mówi: „Ela mnie poprosiła, żebym ciebie zapytał, czy ona może wziąć cukierka”. Był zdumiony, przecież mogła go zjeść za moimi plecami. Zaimponowała mu swoją…
– …uczciwością.
Tak. Dumna jestem z niej. Zawsze traktowałam ją poważnie, jestem z nią szczera. I ona to wie. Wszystko jej tłumaczę, daję wybór, szanuję jej zdanie. Wychowuję Elę intuicyjnie, według wzorca mojej mamy, który uważam za najwspanialszy na świecie. Świadczy o tym nasza przyjaźń. Mama zawsze ze mną rozmawiała. Nigdy nie czułam, że jestem traktowana jak worek kartofli przerzucany z kąta w kąt lub członek rodziny bez prawa opinii, głosu. Może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale uważam, że czasami w polskich sądach nie bierze się pod uwagę prawdziwego dobra dziecka, jego emocji, potrzeb, zdania. Moja córka wszystko widzi i rozumie, ma swoje przemyślenia, przeżycia. Jest małym, świadomym człowiekiem i nie rozumie, czemu jest do pewnych rzeczy przymuszana wbrew swojej woli, a ja nie mam na to racjonalnych argumentów. Ma prawo mieć głos i swoje zdanie. A wracając do twojego pytania o moje amerykańskie życie… Wstaję o szóstej rano, przygotowuję śniadanie czy lunch, wyprowadzam psa, szykuję dziecko do szkoły. Potem mam parę godzin dla siebie. Jestem na telefonach, mailach, czytam scenariusze, chodzę na castingi, rozmowy produkcyjne, ewentualnie na plan zdjęciowy. Mam dużo swoich projektów, które rozwijam, bo nie umiem siedzieć bezczynnie. Po południu jadę po córkę, zawożę ją na kolejne zajęcia. Jest wieczór, trzeba ją nakarmić, położyć spać. O godzinie 22 jestem już tak padnięta, że nie wiem, jak się nazywam. To jest bardzo zwyczajne życie, tyle że ono się toczy w Los Angeles. Tam jest mój dom, a tutaj moja ojczyzna.
[...]
