Walczyła o każdą wspólną chwilę. TYLKO W VIVIE! Małgorzata Kalicińska w poruszającym wyznaniu po stracie męża: „Robiłam wszystko, by być z nim jak najdłużej”
Małgorzata Kalicińska w rozmowie z magazynem „VIVA!” opowiedziała o jednym z najtrudniejszych doświadczeń swojego życia. Pisarka wróciła wspomnieniami do choroby i śmierci swojego drugiego męża, Włodka, wyjaśniając, jak wyglądały ich ostatnie lata, rozmowy o przemijaniu oraz codzienność po jego odejściu.

Jedna z ulubionych pisarek Polaków przeżyła wielką stratę. Kilka miesięcy temu odszedł jej ukochany mąż. Małgorzata Kalicińska opowiedziała, czy da się przygotować na śmierć ukochanej osoby, jak oswoić nową rzeczywistość i czy pisanie książki „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach” było dla niej terapią.
Małgorzata Kalicińska o pożegnaniu ukochanego męża
– Lubi Pani życie na odludziu?
Lubię, bo teraz jestem „odlud”, choć przez większość życia byłam wesoła i towarzyska. Dusza towarzystwa po prostu. Ale tak mi się porobiło, że nie potrzebuję towarzystwa ludzkiego.
– To ma związek ze śmiercią Pani męża?
To się stało dużo wcześniej. Miałam może trzydzieści parę lat, dzieci zaczęły dorastać. Wcześniej na Saskiej Kępie w naszym domu toczyło się życie towarzyskie, a ja byłam matką karmiącą wszystkich, którzy nas odwiedzali. Znajomi zawsze coś do pyska dostali, bo nie umiałam inaczej. Pani też bez zupy fińskiej dzisiaj ode mnie nie wyjdzie. Aż nadszedł taki moment, kiedy zapragnęłam wyjechać z miasta. Najpierw do Łomianek, a potem na Mazury. Tam było ciszej, spokojniej. Mąż i dzieci zostali w Warszawie. Dużo czasu spędzałam sama i nie ukrywam, że bardzo ten stan polubiłam.


– Teraz też ma Pani ten stan.
Tylko teraz nie z własnej woli. We wrześniu odszedł mój drugi mąż, Włodek. Chorował osiem lat. Przez siedem był wojującym rycerzem, w świetnej formie. Ale ten ostatni rok… choroba zrobiła swoje.
– Osiem lat to prawie połowa Waszego małżeństwa.
Prawie połowa… Byłam w tym czasie paralekarką, pielęgniarką, psychologiem, gospodynią domową, partnerką, czasem kierowcą i przyjaciółką.
– I przez ten czas żyliście ze świadomością, że happy endu nie będzie?
Tak. Tylko nie wiedzieliśmy, ile czasu będzie nam dane. Pytałam lekarzy, ale nikt nie chciał mi powiedzieć. Aż mój kolega onkolog wyjaśnił mi, że takich pytań się lekarzom nie zadaje, bo to zależy od pacjenta. Wyżebrałam od niego informację, że „od roku do dwóch”, ale „jeśli pacjent chce żyć, to medycyna jest bezradna”. Ładne, prawda? W naszym przypadku „bezradna” byłam osiem lat.
– Pan Włodek chciał żyć.
Nieskromnie powiem, że to była moja duża robota.
– Rozmawialiście o śmierci?
Przez ostatnie dwa lata już tak. Łagodnie. O tym, że zbliżamy się do końca ścieżki z napisem „meta”. Słyszy pani, ja cały czas mówię „my”, choć wiadomo, że chodzi o Włodka. Zawsze tak mówiłam, żeby poczuł, że nie jest z tym wszystkim sam.
– Pani wspierała jego, a Panią kto?
Trochę rodzina, a przede wszystkim sam Włodeczek swoją troską, opieką, miłością. On wszystko przyjmował z wielką atencją i z wielką wiarą, że wiem, co robię. Bo to ja szukałam metod leczenia, spotykałam się z lekarzami, zadawałam pytania i szukałam odpowiedzi. Głęboko mi ufał i wierzył we wszystkie moje pomysły, nawet te najdurniejsze, bo i takie miewałam. Robiłam wszystko, żeby być z nim jak najdłużej. Do tego stopnia, że ten sam kolega, który mówił, że medycyna jest bezradna, jeśli ktoś chce żyć, powiedział: „Gośka, zostaw go w spokoju. To, co teraz wymyśliłaś, dobre było może dwa miesiące temu, a teraz to on już musi być na miłości trzymany. Gotuj mu, co tylko chce. Pragnie tłustej golonki, proszę bardzo. Chce lody z polewą i posypką? Nie odmawiaj. Przytulaj, kochaj, pieszczochaj i już nie zadręczaj kłuciem, badaniami, radiestezją, radioterapią, bo to już nie ma sensu”.
Cały wywiad w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 2 lipca.

