TYLKO W VIVIE! Weronika Rosati opowiada o życiu między Los Angeles a Warszawą. Tego nie pokazuje na Instagramie. "Ameryka to dom, który mam w genach"
Kalifornia jest jej domem, Warszawa – miejscem, do którego regularnie wraca z nowymi projektami. Weronika Rosati opowiada o życiu między dwoma kontynentami, samotnym macierzyństwie, hollywoodzkich marzeniach i codzienności, której próżno szukać na Instagramie. To szczera rozmowa o ambicji, konsekwencji i odnajdywaniu równowagi.

Tam jest jej dom, tu ojczyzna. Jej osobowość jest nie do okiełznania. Wielu próbowało, wszyscy polegli. To ona ustala zasady. Weronika Rosati opowiada Beacie Nowickiej o codziennym życiu w Kalifornii, którego nie pokazuje na Instagramie.
Weronika Rosati: życie, którego nie widać na Instagramie. Wywiad dla VIVA!
Od lat jesteś w pędzie, zawsze w drodze. Clarissa Pinkola Estés w książce „Biegnąca z wilkami” pisała o kobietach pełnych życiodajnej siły, wypełnionej pasją, instynktem i kreatywnością. Dokąd tak pędzisz?
Pędzę, bo jestem Koziorożcem. Mamy non stop nowe szczyty do zdobycia. Gdy tylko zdobędziemy jeden, na horyzoncie pojawia się 10 nowych. A ponieważ jesteśmy bardzo ambitni, kończymy każde zadanie. Nie odpuszczamy w połowie drogi. Jestem uparta i zdeterminowana. To jest taki rodzaj uporu, który potrafi przeszkadzać w życiu, a jednocześnie jest kluczem do sukcesu. Funkcjonuję w świecie jako mama, która samodzielnie wychowuje dziecko. Żal mi każdej minuty bez mojej córki, w związku z tym pracuję konkretnie, całym sercem. Nie mam czasu na obijanie się, na głupoty, które odciągałyby mnie od rodziny. Jestem teraz w Warszawie, bo mam tu projekty filmowe, producenckie, które super się rozwijają. Bardzo mnie to cieszy. I oczywiście spędzamy razem rodzinne wakacje z dziadkami nad wspaniałym polskim morzem. Domyślasz się, że ja nie mam wakacji, ale zależy mi, żeby spędzić z Elizabeth czas niezakłócony żadnymi moimi obowiązkami. Wystarczą mi trzy–cztery dni odpoczynku. Zapytałaś mnie żartobliwie…
– …co robiłaś dzisiaj na WhatsAppie o 3.20 nad ranem?!
Byłam na linii z Ameryką, czytałam scenariusz, uznałam, że skoro czeka mnie cały dzień wypełniony spotkaniami, muszę nadrobić zaległości, żeby zostało mi jak najwięcej czasu dla dziecka. Od rodzeństwa ciotecznego Ela dostała nowe Lego z serii „Harry Potter”, dość skomplikowane, więc wspólne układanie klocków będzie najważniejszą częścią tego dnia.
Czytaj też: „Nic nie robi w USA”? Rosati ucisza hejterów i mówi o swoim sukcesie u boku gwiazdy Oscara

– Prowadzisz jakąś buchalterię? Wydaje mi się, że minęło już 20 lat, odkąd dzielisz życie między Los Angeles a Warszawę?
Nie liczyłam, ale pewnie masz rację. Ameryka to dom, który mam w genach. Pradziadek marzył o Ameryce, do której wyemigrował. Pokochał ten kraj, tu założył naszą rodzinę. Moja babcia była Amerykanką. W wieku trzech lat zamieszkałam z rodzicami w Princeton. Mam bardzo dużo wspomnień z tego czasu, mimo że byłam malutka. Wszystkie oszczędności inwestowałam w letnie kursy na UCLA. Zakochałam się w tym miejscu. Pomyślałam, że chciałabym tu żyć, wychowywać moje dzieci. Urzekł mnie klimat, niezwykła przyroda, od oceanu po góry przez parki. No i magia kina. Nie wierzę w przypadki. Na premierze „Pitbulla”, w którym zagrałam główną rolę, na Festiwalu Filmów Fabularnych Polskich w Los Angeles poznałam wiele osób, między innymi agentów, menedżerów, filmowców, którym bardzo spodobała się moja rola. Dostałam zaproszenia na castingi, z których nie mogłam skorzystać, bo nie miałam zielonej karty. Gdy tylko ją otrzymałam, przyleciałam do Los Angeles. Po rodzinnej naradzie uznaliśmy, że lepsze jest malutkie studio w bezpiecznej dzielnicy niż większe mieszkanie w niebezpiecznej. Taka zasada panuje w LA. Zamieszkałam z ukochanym yorkiem Bugsym, który był członkiem rodziny przez 14 lat, od szkoły w Łodzi. Pamiętam, jak odkryliśmy karalucha, te insekty są zmorą LA. Ja krzyczałam, Bugsy szczekał, ja płakałam, on piszczał, ale w końcu go dopadliśmy (śmiech). W Polsce bardzo dużo grałam wtedy w serialach, byłam twarzą znanej firmy kosmetycznej, miałam parę intratnych reklam i to były pieniądze, z których przez dłuższy czas utrzymywałam się w Stanach. Opłacałam studia, warsztaty, inwestowałam w siebie.
– Nie zmieniłaś się za bardzo od tamtej pory…
Mam nadzieję, że jednak trochę się zmieniam. Pod wieloma względami o wiele bardziej wolę siebie taką, jaka jestem teraz niż 20 lat wcześniej. Przede wszystkim jestem mamą, macierzyństwo zakotwiczyło mnie w rzeczywistości. Zmieniło priorytety, styl życia, wybory, postrzeganie czasu. Czuję, z jaką pędzi prędkością, ale nie mam poczucia, że coś mnie omija. Gdy byłam młodsza, miałam duże FOMO (fear of missing aut – lęk przed tym, że ominie nas coś ważnego, przyp. red.). Nieustępujący strach, że inni właśnie doświadczają czegoś ekscytującego, a ja stoję z boku. Dręczyło mnie poczucie winy, że gdzieś mnie nie ma, a powinnam być. Chciałam być wszędzie jednocześnie. Córka definitywnie wyleczyła mnie z tej przypadłości. Już wiem, gdzie mam być. Błogosławieństwo mojego zawodu polega na tym, że mogę sobie pozwolić na to, aby dziecko było ze mną na planie filmowym. Oczywiście nie cały czas. Jutro przychodzi na naszą sesję zdjęciową. Zapytałam: „Ela, możesz pójść na zieloną szkołę, na tańce lub ze mną”. „Idę z mamą na sesję”. Zawsze daję jej wybór. W Los Angeles Ela ma szkołę, dodatkowe zajęcia, ja – pracę. Wiadomo, że wtedy nie może być ze mną cały czas, ale nadrabiam zaległości kosztem mojego snu, kosztem siebie. I to jest piękne.
[...]

_______________________________
Cały wywiad z Weroniką Rosati w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 2 lipca.

Co jeszcze w nowej VIVIE! 13/2026?
Michał Piróg: Tancerz, który połowę życia spędził w telewizji. Teraz zrobił kolejną woltę.

Małgorzata Kalicińska: Czy da się przygotować na śmierć ukochanej osoby?

Kobiety XXI wieku: Amal Clooney od ponad dwóch dekad walczy o prawa człowieka.
Wakacje z...: Fellini i jego ukochane włoskie Rimini.