Walczyła o niego do końca, odszedł w jej ramionach. Tylko w VIVIE! Małgorzata Kalicińska o pożegnaniu z mężem: „Zdążyłam jeszcze nagadać do ucha słów o miłości”
Miłość, choroba, pożegnanie i życie po wielkiej stracie. Małgorzata Kalicińska w szczerej rozmowie opowiada o ostatnich chwilach spędzonych z ukochanym mężem i codzienności, która po jego odejściu już nigdy nie będzie taka sama.

Kilka miesięcy po śmierci ukochanego męża Małgorzata Kalicińska po raz pierwszy tak otwarcie opowiedziała o jednym z najtrudniejszych doświadczeń swojego życia. "We wrześniu odszedł mój drugi mąż, Włodek. Chorował osiem lat. Przez siedem był wojującym rycerzem, w świetnej formie. Ale ten ostatni rok… choroba zrobiła swoje", mówiła Katarzynie Piątkowskiej. W szczerej i poruszającej rozmowie wraca do ośmiu lat wspólnej walki z chorobą ukochanego, wspomina jego ostatnie chwile i mówi o codzienności, która po jego odejściu nabrała zupełnie innego wymiaru. Pisarka nie ukrywa emocji, opowiada o żałobie i próbie oswojenia życia po stracie.
Małogrzata Kalicińska o pożegnaniu z ukochanym mężem. Była przy nim do końca | Poruszający wywiad VIVY!
– Osiem lat to prawie połowa Waszego małżeństwa.
Prawie połowa… Byłam w tym czasie paralekarką, pielęgniarką, psychologiem, gospodynią domową, partnerką, czasem kierowcą i przyjaciółką.
– I przez ten czas żyliście ze świadomością, że happy endu nie będzie?
Tak. Tylko nie wiedzieliśmy, ile czasu będzie nam dane. Pytałam lekarzy, ale nikt nie chciał mi powiedzieć. Aż mój kolega onkolog wyjaśnił mi, że takich pytań się lekarzom nie zadaje, bo to zależy od pacjenta. Wyżebrałam od niego informację, że „od roku do dwóch”, ale „jeśli pacjent chce żyć, to medycyna jest bezradna”. Ładne, prawda? W naszym przypadku „bezradna” byłam osiem lat.
– Pan Włodek chciał żyć.
Nieskromnie powiem, że to była moja duża robota.
– Rozmawialiście o śmierci?
Przez ostatnie dwa lata już tak. Łagodnie. O tym, że zbliżamy się do końca ścieżki z napisem „meta”. Słyszy pani, ja cały czas mówię „my”, choć wiadomo, że chodzi o Włodka. Zawsze tak mówiłam, żeby poczuł, że nie jest z tym wszystkim sam.
– Pani wspierała jego, a Panią kto?
Trochę rodzina, a przede wszystkim sam Włodeczek swoją troską, opieką, miłością. On wszystko przyjmował z wielką atencją i z wielką wiarą, że wiem, co robię. Bo to ja szukałam metod leczenia, spotykałam się z lekarzami, zadawałam pytania i szukałam odpowiedzi. Głęboko mi ufał i wierzył we wszystkie moje pomysły, nawet te najdurniejsze, bo i takie miewałam. Robiłam wszystko, żeby być z nim jak najdłużej. Do tego stopnia, że ten sam kolega, który mówił, że medycyna jest bezradna, jeśli ktoś chce żyć, powiedział: „Gośka, zostaw go w spokoju. To, co teraz wymyśliłaś, dobre było może dwa miesiące temu, a teraz to on już musi być na miłości trzymany. Gotuj mu, co tylko chce. Pragnie tłustej golonki, proszę bardzo. Chce lody z polewą i posypką? Nie odmawiaj. Przytulaj, kochaj, pieszczochaj i już nie zadręczaj kłuciem, badaniami, radiestezją, radioterapią, bo to już nie ma sensu”.

– Tylko że trudno odpuścić, jeśli chodzi o ukochaną osobę.
To prawda. A przecież ja wiedziałam, w którą stronę zmierzamy. Potem już myślałam tylko, żeby to jego odchodzenie nie trwało zbyt długo i żeby ból kości, bo rak jelita grubego dał między innymi przerzuty do kości, nie trwał w nieskończoność. To jest okropny ból.
– Czy można się przygotować na odejście bliskiej osoby?
Niby trzeba, ale to zawsze jest takie trudne… Włodek zmarł w moich ramionach. Bez żadnych hospicjów, bez szpitali. W domu, u siebie. On spał. Ja się przytuliłam. Chwilę później zobaczyłam, jak żyłka na jego szyi zatrzepotała i się zatrzymała. Zdążyłam mu jeszcze nagadać do ucha słów o miłości i tak mi umarł. Jestem niewierząca, ale używam tu określenia, że poczułam wtedy taki stan łaski i on pod tą morfiną też. A potem wylazła ze mnie racjonalna Małgosia i od razu zaczęłam zajmować się formalnościami. Bo to piątek był…
– Opowiada Pani o tym bardzo spokojnie.
Bo to jest ta część życia, która już nie ma łączności z tym czarem, jaki nas otaczał, gdy byliśmy ze sobą. Wie pani, u nas w rodzinie nie ma tematów tabu. Żartujemy ze wszystkiego.
– Nawet ze śmierci?
Pewnie. Kiedyś powiedziałam synowi, żeby po mojej śmierci przerobił mnie na brylant. A on powiedział, że co najwyżej może z ojcem przerobić mnie na bimber. Jestem panią od biologii. Nie wierzę w życie pozagrobowe. Uważam, że pierwiastki muszą pójść do ziemi i potem dać życie jakimś nowym roślinkom czy zwierzątkom. Ale muszę przyznać, że wierzyć w te wszystkie pozagrobowe historie jest bardzo przyjemnie po prostu i to ułatwia życie.
– W co więc Pani wierzy?
Że kiedyś tam spotkam się z Włodkiem w Nowej Zelandii. Dużo podróżowaliśmy, nawet jak już chorował. I chcieliśmy pojechać właśnie tam. Kazałam mu więc tam na mnie czekać z reinkarnacją.
– Myśli Pani o sobie „wdowa”?
Mówię o sobie „wdowa” tak, jakbym mówiła, że noszę rozmiar 42. Bez żadnego ładunku emocjonalnego. Ale nie lubię słów związanych z odchodzeniem. „Umarł”. „Śmierć”. Są takie zimne, bezosobowe i… ostateczne. Nieładne po prostu. [...]
– Oswoiła już Pani nową rzeczywistość, w jakiej przyszło Pani żyć?
Cały czas oswajam, ale wydaje mi się, że przy tak wielkim uczuciu, jakie nas łączyło, bo przeżyliśmy nieprawdopodobnie piękną historię, ostateczne oswojenie tej sytuacji jest niemożliwe. My się prawie nigdy nie kłóciliśmy, byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Teraz jestem taka podwójna w środku. Z jednej strony prowadzę normalne życie. Jadę na antydepresancie, więc żartuję, śmieję się, rozmawiam z ludźmi, piszę. Natomiast jak się zagłębię w sprawy Włodkowe, to z nosa mi cieknie, oczy mam mokre i głos mi się łamie. Ale to nie jest tak, że po tych lekach fikam ze szczęścia kankana, bo to nie są euforianty, ale dzięki nim nie nurkuję w odmętach rozpaczy, tylko unoszę się na powierzchni, jakbym miała na sobie kapok.
Cały wywiad w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 2 lipca.

