Reklama

O Arturze Barcisiu znów jest wyjątkowo głośno. Widzowie z entuzjazmem przyjęli informacje o powrocie aktora do kultowego "Rancza", a sam artysta przygotowuje się do jednego z najważniejszych momentów swojej kariery. Już 25 września w warszawskim Teatrze Polonia odbędzie się premiera "Balu w operze" Juliana Tuwima w jego reżyserii i wykonaniu. Jak powiedział w rozmowie z Kozaczkiem: „To poetyckie arcydzieło, które inscenizuję jako monodram z muzyką Jerzego Satanowskiego. Będę na scenie zupełnie sam. To prawdopodobnie największe wyzwanie w moim życiu”. Aktor wkrótce skończy także 70 lat, ale ani na moment nie zwalnia tempa.

To dobry moment, by wrócić do rozmowy, która pokazuje go z zupełnie innej strony. W 2023 roku Artur Barciś i jego żona Beata udzielili Beacie Nowickiej niezwykle szczerego wywiadu o miłości, małżeństwie, wspólnym pokonywaniu życiowych kryzysów, rodzicielstwie i codzienności, którą budują razem od niemal czterech dekad. To opowieść o związku opartym na zaufaniu, wzajemnym szacunku i poczuciu humoru – warto przypomnieć ją właśnie teraz, gdy aktor przeżywa kolejny ważny zawodowy rozdział.

Artur Barciś z żoną Beatą. Przypominamy wywiad dla magazynu VIVA!

– Po prawie 40 latach wspólnego życia wciąż patrzy Pan na żonę tym samym wzrokiem?

Artur: Trochę innym, nie będę zmyślał. Kiedyś byłem zauroczony, a teraz przyzwyczaiłem się do tego uroku. Ale cały czas jestem zakochany. Nie wyobrażam sobie życia bez Beby. Jest moim aniołem.

– Pięknie. Kiedy się poznaliście, Pan był 28-letnią gwiazdą aktorstwa, Pani 22-letnią asystentką montażysty. Jakie miała Pani plany na życie?

Beata: Miałam jeden plan: nie będę pracowała od 8 do 16. Wiedziałam, że to nie wchodzi w grę. Tak żyła moja mama: rano do pracy, potem dom. Wszystko poukładane, codziennie ta sama monotonia. Ja się w tym dusiłam.

Artur: Pewnie dlatego za mnie wyszła. Czuła, że ja jej takiego życia nie zafunduję.

Beata: To prawda, ale najpierw wybrałam artystyczny kierunek studiów. W technikum fototechnicznym napisałam pracę dyplomową o montażu i mój profesor podsunął mi myśl, że to może być ciekawy zawód. Poszłam do pracy w telewizji jako asystentka montażysty i po roku zaczęłam studia w łódzkiej filmówce. Nie miałam pewności, czy mi się uda, bo nie pochodzę ani z rodziny intelektualistów, ani artystów. Nie wyniosłam z domu zaplecza kulturowego. Szybko zrozumiałam, że mam gigantyczne zaległości do nadrobienia w literaturze, sztuce, teatrze i filmie. Studia bardzo mi w tym pomogły, poza tym spotkałam wyjątkowych ludzi na swojej drodze.

Artur: Mnie…

Beata: (śmiech) Przede wszystkim ciebie, ale również Maćka Wojtyszkę, który jest chodzącą encyklopedią wiedzy, Kazimierza Ku-
tza czy Jerzego Jarockiego. Praca z profesorem Jarockim to był egzamin życiowy. Godziny intensywnej pracy w takim skupieniu, że wychodziłam mokra. Każda osoba, którą spotykamy na swojej drodze, coś dokłada do naszej osobowości. Tamta 22-latka chciała się rozwijać, robić rzeczy niebanalne.

– To przewrotnie zapytam, po co takiej ambitnej dziewczynie mąż?

Artur: No wie pani… Zakochała się!

Beata: Zakochałam się, oczywiście. Od razu była między nami chemia. Ale też zafascynowałam się światem, w którym Artur funkcjonował. Na tle szarego, ponurego PRL-u był wesoły i kolorowy. Choć pierwszy twój spektakl, czyli „Krakowiacy i górale” w Teatrze Narodowym…

Artur: …na który spóźniła się z 40 minut. Stałem na deszczu i czekałem, bo ona nie wiedziała, w co się ubrać.

Beata: To prawda (śmiech). W każdym razie ten spektakl to była katastrofa. Jako niewyrobiony wtedy jeszcze widz teatralny widziałam, że coś jest nie tak.

Artur: Okropne przedstawienie. Śpiewogra, która trwała ze trzy godziny, a na dodatek ja w tym grałem. Ale potem poszliśmy na spacer do parku Saskiego.

– Zakochała się Pani w mężczyźnie czy aktorze?

Beata: W mężczyźnie. Gdybym zakochała się w aktorze, musiałabym go cały czas wielbić, co byłoby nie do zniesienia na dłuższą metę.

Artur: Moja żona generalnie nie przepada za aktorami, wiem, bo z domowej montażowni czasami słyszę bardzo brzydkie wyrazy na temat moich kolegów. Na szczęście prawie nigdy mnie nie montowała (śmiech). Żona jest największym krytykiem mojej twórczości. Nigdy mnie nie chwali po premierze. Jeżeli usłyszę, że było nieźle, to znaczy, że było znakomicie. Twierdzi, że nie może mnie rozpieszczać: „Wszyscy cię chwalą, więc ja już nie muszę. W głowie by ci się kompletnie poprzewracało”. Cóż miałem zrobić… Przyzwyczaiłem się.

Beata Barciś, Artur Barciś, Viva! 7/2023
Beata Barciś, Artur Barciś, Viva! 7/2023 Fot. OLGA MAJROWSKA

– I słusznie. Od razu wiedzieliście, że chcecie zbudować wspólne życie?

Artur: Ja tak. Zakochałem się w ułamku sekundy. To było olśnienie. Beba myślała, że się wygłupiam, bo od razu się oświadczyłem. Przysiadłem się do niej w autobusie i zapytałem, czy zostanie moją żoną.

– Co odpowiedziała?

Artur: „Tak”. Całą drogę przegadaliśmy o tym, jakie będzie nasze małżeństwo. To było bardzo śmieszne, bo ona mnie przepytywała jak na egzaminie: „No ale gdzie będziemy mieszkać, jak już się pobierzemy?”. „W naszym mieszkaniu”. „A masz mieszkanie?”. „Na razie wynajmuję, ale w końcu coś kupimy. A w podróż poślubną – powiedziałem – zabiorę cię do Hiszpanii”, co wtedy było absolutnym szaleństwem. Mówiłem prawdę. Mieszkałem wówczas u pani Romy, która stała się moją drugą mamą. Jej siostra była żoną Narciso Yepesa, jednego z najsłynniejszych wirtuozów gitary klasycznej, poznałem ich i zaprosili mnie do Hiszpanii, do swojej willi Cantarella nad Morzem Śródziemnym.

Beata: Zapytałam rozsądnie: „Ale czym tam pojedziemy?”.

Artur: „Naszym samochodem”. „A masz samochód?”. „Nie, jeszcze nie mam, ale zarobię na ten samochód, pojadę na jakieś saksy”. Słowa dotrzymałem, co prawda rok po ślubie, ale pojechałem do Nowego Jorku i tam w strasznych warunkach pracowałem sześć tygodni, zdzierając azbest. Zarobiłem na wykupienie mieszkania po babci Beby i malucha. Tym dwuletnim, ślicznym pomarańczowym maluchem pojechaliśmy do Hiszpanii.

– Oprócz urody co Pana zauroczyło w żonie?

Artur: Dobroć, którą Beba emanuje. Jakiś wewnętrzny zegar, dusza, coś, co budzi zaufanie, podpowiada, że to jest dobry człowiek.

Beata: Każda dziewczyna porównuje faceta do swojego ojca. Mój ojciec był szalenie zaradnym człowiekiem.

Artur: I bardzo przystojnym. Ja nie byłem przystojny, ale za to zaradny.

Beata: Mąż wyszedł z domu, w którym rodzice niewiele mogli mu dać, musiał liczyć na siebie. Wszystkiego się nauczył. Potrafi gotować, szyć, umyć okna. Ma ogromne poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Zapewnić rodzinie bezpieczeństwo – to dla niego podstawa. Jest opoką. Bardzo dużo podróżowaliśmy. Pierwsza rzecz, którą mąż musi zrobić w podróży, to „zakotwiczyć rodzinę”.

– Czyli znaleźć bezpieczny dach nad głową?

Artur: Tak. Nie było internetu, więc często nie mieliśmy zarezerwowanego hotelu. Pamiętam, jak przyjechaliśmy do Werony, była godzina 22. Syn zachwycony prosił: „Chodźmy pod balkon Romea i Julii”, a ja na to, że nie, bo musimy znaleźć hotel. Tak jest do dziś. Najpierw nocleg, potem zwiedzanie, choćby do trzeciej nad ranem. To był drogowskaz, który przekazaliśmy synowi: najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Beata: Artur nigdy nie wydaje wszystkich pieniędzy. Zawsze miał rezerwy finansowe. Powtarza: „Mam nieprzewidywalny zawód, nie wiadomo, co się jutro stanie” i nie szaleje. Oczywiście kiedy budowaliśmy dom, to wydaliśmy nie tylko oszczędności Artura, ale nawet dziecka (śmiech).

Artur: Kiedy nastała pandemia i nagle po kolei skreśliłem wszystkie spektakle – a grałem codziennie – przerażony powiedziałem do żony: „Boże kochany, jak my sobie poradzimy?!”. Na co Beba: „Uspokój się. Mamy oszczędności, możesz nie pracować przez rok. Damy radę”. I daliśmy. Teraz to poczucie bezpieczeństwa jest trochę nadszarpnięte, bo mamy wojnę za płotem.

– Pandemia wystawiła Państwa na próbę. Był Pan ciężko chory, właściwie na granicy życia i śmierci…

Artur: Pamiętam moment, kiedy uświadomiłem sobie, że mogę umrzeć. Tak szybko… Zawsze myślałem, że będę żył długo, bo moja babcia żyła 96 lat, a mama właśnie świętowała 90. urodziny. Liczyłem na dobre geny, poza tym regularnie się badam. Nagle covid spowodował, że znalazłem się na granicy, i nie wiedziałem, w którą stronę popchnie mnie los. Byłem sam w domu. Leżałem w barłogu, potwornie się pociłem, ale nie miałem siły, żeby zmienić pościel. Nie spałem pięć dób. Na szczęście dzięki komórce Beba cały czas była przy mnie…

Beata: Kiedy Artur wrócił z Gorzowa z covidem, Ewa, nasza przyjaciółka i lekarka pracująca na oddziale covidowym, zadzwoniła do mnie: „Nie wracasz do domu, Artur musi zostać sam”. Wtedy jeszcze lekarze nie znali dobrze tego wirusa. Mieszkałam u syna, przywoziłam Arturowi zupy pod drzwi. Cały czas rozmawialiśmy przez telefon.

Artur: Kolejny przyjaciel Piotr, również lekarz, przynosił mi potrzebne rzeczy. Oboje z Ewą przez telefon monitorowali mój stan. Piotrek powiedział: „Jeśli tylko spadnie ci saturacja, masz dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Podstawimy ci karetkę”. Godzinę schodziłem do kuchni, schudłem siedem kilo. Po czterech dniach Ewa telefonicznie stwierdziła, że oprócz covidu mam zapalenie płuc. Miałem 40 stopni gorączki i musiałem natychmiast wziąć antybiotyk. Zwlokłem się na dół i okazało się, że po jakiejś kuracji został mi listek antybiotyku, który był potrzebny w tym wypadku. Zażyłem go, ale o czwartej nad ranem przyszedł kryzys, było coraz gorzej. Nie miałem sumienia budzić Piotra i prosić o karetkę. Pomyślałem: Wytrzymam, nie będę dzwonił. No i wytrzymałem. Na drugi dzień Piotr strasznie mnie obsobaczył, krzyczał na mnie, że mogłem umrzeć.

Beata Barciś, Artur Barciś, Viva! 7/2023
Beata Barciś, Artur Barciś, Viva! 7/2023 fot. OLGA MAJROWSKA

– Twardziel z Pana…

Artur: W Nowym Jorku zrywałem azbest w absolutnie skrajnych warunkach. To była wycieńczająca harówka w gigantycznych temperaturach, pod sufitem. Tylko dlatego zostałem zatrudniony, że mieściłem się w rurach, do których inni nie mogli wejść. Pamiętam, jak w specjalnym kombinezonie ryczałem głośno, bo wiedziałem, że nikogo nie ma i nikt mnie nie słyszał. Byłem miesiąc po ślubie, tęskniłem straszliwie za Bebą, a jednocześnie tak dużo zarabiałem za godzinę pracy, że wiedziałem, że muszę wytrzymać. Tamtej nocy też zacisnąłem zęby. Dopiero Piotrek mi uświadomił, że to mogło się źle skończyć. Na szczęście antybiotyk zadziałał i było coraz lepiej.

– To był jedyny raz w ciągu tych 40 lat, kiedy życie postawiło Państwa pod ścianą?

Artur: Franek miał dwa latka, kiedy nagle przewrócił się w piaskownicy, dostał drgawek i cały zesztywniał. Miał bardzo wysoką temperaturę, więc szybko zapakowaliśmy go do malucha i pojechaliśmy na pogotowie. Powiedzieli, że nas nie przyjmą, bo nie mają pediatry. Pojechaliśmy do szpitala, gdzie usłyszeliśmy od lekarki, że muszą zrobić punkcję, bo bardzo możliwe, że to jest zapalenie opon mózgowych i należy się liczyć ze zgonem. Kazała wrócić do domu i zadzwonić za dwie godziny. Siedzieliśmy te dwie godziny na kanapie, trzymaliśmy się za ręce i płakaliśmy. Po godzinie Beba mówiła: „Zadzwoń już. Zadzwoń tam”. Ja odmawiałem. Bałem się, że usłyszę coś strasznego. No i w końcu zadzwoniłem. Okazało się, że dziecko ma zapalenie gardła.

Beata: Mieliśmy dużo szczęścia. Nie doświadczyliśmy traum, los nas oszczędzał. A w każdej trudnej sytuacji zawsze mogliśmy na siebie liczyć. Kiedy mój tata zmarł na zawał w sanatorium w Polanicy-Zdroju, Artur po niego pojechał, załatwił wszystkie formalności i przywiózł do Warszawy.

– Czym się różni miłość do syna od miłości do wnuków?

Artur: To jest zupełnie inna odpowiedzialność. Przy Franku mieliśmy świadomość, że każdy nasz ruch, każda nasza decyzja może odcisnąć się na jego przyszłości. Wpłynąć na jego bezpieczeństwo, wykształcenie, wybory, zachowanie. Franek był dzieckiem słynnego ojca, musiał sobie z tym radzić, a jednocześnie z ojcem rywalizować. Tego rodzaju dylematów nie mamy przy wnukach. Jesteśmy wyłącznie od kochania i rozpieszczania.

Beata: Od wychowywania są ich rodzice. Jadzia za chwilę skończy cztery latka, Gucio sześć. Buzie im się nie zamykają. Są bardzo inteligentni, wszystko rozumieją. Gucio uwielbia bawić się z dziadkiem w chowanego.

Artur: U nas jest mnóstwo różnych zakamarków. Czasami go szukam, szukam, szukam i nagle ogarnia mnie przerażenie: Boże, a jak ja go nie znajdę?! Jak w horrorze. Było dziecko i nagle dziecka nie ma… (śmiech). Oczywiście nasz syn i synowa nie pozwalają nam zbytnio ich rozpieszczać, ale notorycznie łamiemy te zakazy. Nie ma innej opcji. To są absolutnie najcudowniejsze dzieci na świecie.

– Ten szczęśliwy związek i dobre życie to łut szczęścia czy ciężka praca?

Beata: Jedno i drugie. Mamy wspólne poglądy. To jest ważne. Myślimy podobnie na temat większości spraw.

Artur: Nasz związek polega na tym, że my zawsze zakładamy dobre intencje. Nie mam nawet cienia podejrzenia, że Beba zrobi coś wbrew mnie, i z mojej strony jest dokładnie tak samo. To nam przychodzi naturalnie.

Beata: W naszym gronie mamy przyjaciół i znajomych, którzy się rozstali, zranili, którzy się kłócą. Na dobry związek trzeba pracować, na przykład zgodzić się na czerwoną kanapę w salonie…

Artur: …o której marzyłem i przy pierwszej okazji wywalczyłem. Pufa jest żółta, a fotel niebieski, żeby było bardziej kolorowo (śmiech). Ale też poszedłem na kompromis i cała podłoga jest w kolorze szarym, ponieważ moja żona może ubrać się w każdy możliwy kolor, pod warunkiem że będzie czarny albo szary. Mówi się, że ludzie dzielą się na słusznych i kolorowych. W naszym małżeństwie Beba jest słusznym aniołem, a ja kolorowym ptakiem.

Rozmawiała Beata Nowicka

Beata Barciś, Artur Barciś, Viva! 7/2023
Beata Barciś, Artur Barciś, Viva! 7/2023 fot. OLGA MAJROWSKA
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...