Stracił syna, walczył z nałogiem i hejtem. Niewiele brakowało, by się poddał. TYLKO W VIVIE! Filip Chajzer: „Zrozumiałem, że nie chcę się zabić, tylko żyć”
Filip Chajzer zdobył się na jedno z najbardziej bolesnych wyznań w swoim życiu. Prezenter opowiedział o hejcie, uzależnieniu i dramatycznym momencie, w którym niewiele brakowało, by się poddał. Dziś mówi o tym szczerze — z nadzieją, że jego historia pomoże innym.

Filip Chajzer po raz pierwszy z taką szczerością opowiada o piekle, które rozgrywało się poza blaskiem fleszy. Lawina hejtu, żałoba po stracie syna, uzależnienie i myśli samo*ójcze niemal odebrały mu życie. Dziś mówi o tym bez maski — z bólem, ale też z odwagą człowieka, który przeszedł przez ciemność i zdecydował się zawalczyć o siebie. To poruszające wyznanie o upadku, wstydzie, przebaczeniu i nadziei, która przyszła w ostatniej chwili.
Filip Chajzer o mrocznym etapie swojego życia. Niewiele brakowało, by się poddał
– Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego akurat na Ciebie spadł i spada taki hejt?
Podejrzewam, że irytowałem ludzi. Od dziecka mam zdiagnozowane ADHD. Przez lata prowadziłem czterogodzinny program na żywo. A ADHD-owcy mają taką cechę, że szybciej powiedzą, niż pomyślą. Nie ze złośliwości, nie z głupoty, tylko dlatego, że tak działa ADHD. Jesteśmy odbezpieczonymi karabinami. Mamy atypowe mózgi, jesteśmy ekstrawertykami, mamy tysiąc pomysłów na minutę, z których część jest świetna. Ale konsekwencją jest niezrozumienie i krytyka. A ja pracowałem w telewizji, która dawała duże pieniądze i sławę. Było wiele osób, które chciały znaleźć się na moim miejscu. Dzięki rozpoznawalności mogłem też zarabiać pieniądze poza telewizją. Po śmierci Maksa dalej pracowałem w „Dzień dobry TVN”, miałem jeszcze więcej pracy, prowadziłem inne programy, festiwale, eventy. Ale też codziennie czytałem o sobie, że jestem debilem, matołem, pajacem. Poczucie własnej wartości spada w takich momentach do zera. To był już dobry grunt do tego, by sięgnąć po narkotyki albo jakąś inną używkę. [...]
– Koszty, jakie ponoszą osoby hejtowane, są ogromne.
Mam zdiagnozowany zespół stresu pourazowego w wyniku długotrwałego stresu związanego właśnie z hejtem. Gdy wylał się na mnie hejt w związku z fałszywymi oskarżeniami pani, która pisała, że jej dziecko umiera przeze mnie, byłem po terapii, bardzo długo trzeźwy. Ale to mnie wywaliło. Mój uzależniony mózg powiedział: Dobra, to już teraz, to jest ten moment. Sięgnąłem po k*kę i po sznur. Na szczęście się urwał. Widocznie mam na tym świecie jeszcze coś do zrobienia.
– Czujesz wstyd?
Jak dzisiaj na trzeźwo patrzę na pewne sytuacje, to tak. Ale potrafię sobie wybaczyć. Bo gdybym sobie nie wybaczył, to prawdopodobnie nadal tkwiłbym w nałogu.

– Zwyciężyłeś?
Już w momencie, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że sam nie poradzę sobie z problemem, i prosiłem o pomoc. Zadzwoniłem do Małgorzaty, mojej przyjaciółki od zawsze. To był blady świt, bo zazwyczaj te najgorsze momenty przychodzą o świcie, po nieprzespanej nocy pełnej dramatów, schiz, niekończących się myśli, tych samo*ójczych również. Zadzwoniłem i poprosiłem, żeby przyjechała, bo nie daję rady. A zrozumiałem, że nie chcę się zabić, tylko chcę żyć. Cichym bohaterem tej historii jest też inna Małgorzata, mama mojego syna Aleksa, której do końca życia będę wdzięczny za to, że te kilka lat przetrwała, wspaniale zajmując się naszym synem, bo dzięki temu przetrwałem i ja. Należy jej się wielki ukłon i moje „przepraszam”, co niniejszym czynię. [...]
– Po co napisałeś tę książkę?
Na początku napisałem ją do szuflady. Pisanie, podobnie jak budka z kebabem, były moją terapią. Pisząc, wyrzucałem z siebie wszystko, a prowadząc biznes, nie miałem czasu na nic, ciężka fizyczna praca naprawdę dobrze mi zrobiła. Moja koleżanka z TVN Kasia Olubińska wiedziała, że piszę książkę. Zapytała, czy mogłaby ją przeczytać. Zgodziłem się. Po lekturze zapytała mnie, czy może dać ją do przeczytania komuś, kto jest uzależniony. To ona jako pierwsza zasugerowała, że powinni ją przeczytać inni. Twierdziła, że jeszcze nikt nie nazwał tego tak dosłownie. O alko*olu, alko*olizmie wiemy wszystko. O narkotykach dużo mniej. A w polskich szkołach na porządku dziennym sprzedaje się mef*dron… Jeśli moja historia pomoże chociaż jednej osobie, to warto było to zrobić. Bo jestem przykładem na to, że nie ma sytuacji bez wyjścia i nic nie jest dane raz na zawsze. Jeśli jest fantastycznie, doceniaj każdą minutę, bo to nie będzie trwało wiecznie. A jeśli jest bardzo źle, to też nie jest na zawsze. To minie. Obiecuję.
Cały wywiad w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 21 maja

