Otrzymał medal za zasługi, lecz obywatelstwa polskiego wciąż nie ma. Tylko w VIVIE! John Porter mówi wprost: „Było mi przykro, tu jest mój dom"
John Porter od pół wieku żyje w Polsce, tutaj założył rodzinę, tworzył muzykę i zdobywał najważniejsze nagrody branżowe. Mimo tego artysta wciąż nie otrzymał polskiego obywatelstwa. W szczerym wywiadzie opowiedział także o bolesnym dzieciństwie, samotności i emocjach, które do dziś zostawiły w nim ślad.

Od 50 lat mieszka w Polsce. Tu ma dzieci, fanów, tu dostał muzyczne nagrody. Z Johnem Porterem, gitarzystą, kompozytorem, tekściarzem, autorem muzyki do kultowego serialu „Siedem życzeń”, o miłości, samotności, jasnych i ciemnych dźwiękach oraz braku polskiego obywatelstwa rozmawiała Katarzyna Piątkowska.
John Porter o odmowie obywatelstwa: „Było mi przykro”
[...]
Zdarza Ci się tworzyć w środku nocy, kiedy wokół panuje cisza?
Bywało, że budziłem się w środku nocy z jakimś pomysłem. Od razu miałem całą piosenkę – melodię i tekst. Siadałem. Grałem. Nagrywałem na dyktafon. Ale to nie zdarza się często. Gdyby było inaczej, byłbym potwornie niewyspany (śmiech).
Lubisz słuchać tego, co nagrałeś?
Szczerze mówiąc, nie jestem fanem swojego głosu.
Twoje utwory są refleksyjne.
Opowiadają o moich życiowych doświadczeniach. Wszystko, co się wydarzyło, zostawia ślad w psychice. Mnie zostawiła mama, ojciec wyrzucił z domu. Przecież te wydarzenia miały na mnie wpływ. Tak samo jak wtedy, gdy jako dziecko mieszkałem w internacie. Miałem kłopoty ze wzrokiem i chodziłem do szkoły dla dzieci niedowidzących. Do domu przyjeżdżałem na wakacje i na święta. Czasami w weekendy. Pamiętam, że pewnego razu czekałem, aż ktoś po mnie przyjedzie, bo właśnie skończył się semestr i w szkole była przerwa. Byłem mały. Miałem może sześć lat. Czekałem i czekałem, i czekałem. Okazało się, że ojciec zapomniał, że ma po mnie przyjechać. To wszystko zostawia w człowieku ślad, bo związane jest z przykrymi uczuciami. Miałem też kompleksy związane z tym, że źle widzę. Takie tam niezbyt miłe wspomnienia.
Jako dziecko miałeś z powodu choroby kompleksy, ale w jednym z odcinków kultowego serialu z czasów PRL-u „Siedem życzeń” zagrałeś niewidomego muzyka.
Namówił mnie Maciej Zembaty. Nie tylko, żebym wcielił się w tę rolę, ale też żebym napisał muzykę. To było niesamowite doświadczenie, bo nigdy wcześniej nie pisałem do serialu. Cieszę się, że to zrobiłem, bo do dzisiaj otrzymuję za ten projekt pieniądze (śmiech). Jestem wdzięczny losowi, że mogłem się w Polsce muzycznie realizować.
Dostałeś nawet brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
A obywatelstwa nie dostałem.

Po tylu latach spędzonych w Polsce?
Okazuje się, że im dłużej tu jesteś, tym bardziej musisz udowodnić, że jesteś. Przez pół roku zbierałem wszystkie dokumenty. Potem ponad rok czekałem na decyzję i dostałem. Odmowną. Przyszedł do mnie niemiły list, że są braki w dokumentacji i że dają mi dwa tygodnie na uzupełnienie, że moja pierwsza żona była Polką, że tu urodziły się moje dzieci, że dostałem Fryderyki. Może to dlatego, że nie umiem grać w piłkę nożną i może za wolno biegam? Po prostu wybrałem nie to zajęcie, żeby dostać polskie obywatelstwo.
Słyszę żal w Twoim głosie?
Dobrze słyszysz. Było mi przykro, bo przecież jestem zasłużony dla polskiej kultury, tu jest mój dom. Trudno.
Trudne dzieciństwo Johna Portera zostawiło ślad na całe życie
Brak Ci wytrwałości, żeby tę sprawę doprowadzić do końca?
Raczej czasu i pieniędzy, bo to jest kosztowna sprawa. Jeśli chodzi o wytrwałość, to nie mogę narzekać. Powiem ci, jaki jestem. Niedawno popsuł mi się komputer. Zamiast zanieść go do kogoś, kto się na tym zna i mi naprawi, sam zacząłem w nim dłubać. Spędziłem nad tym dwa tygodnie, dopóki nie zaczął działać. Nie jestem dobry w naprawianiu komputerów, ale jestem uparty i cierpliwy. Gdybym tego nie skończył, nie dałoby mi to spokoju. Nie mógłbym spać, a ja lubię spać. I gdybym musiał zanieść go do naprawy, musiałbym rozmawiać z ludźmi.
Brzmi tak, jakbyś tego nie lubił.
To te moje kompleksy jeszcze z dzieciństwa. Krępuję się innych ludzi.
To jak koncertujesz?
Wtedy jestem w innej sytuacji, niż – dajmy na to – na ulicy. Jestem w pracy i chcę ją wykonać najlepiej, jak potrafię. A że wiążą się z tym spotkania po koncercie, rozmowy, autografy, akceptuję to. Jednak poza salą koncertową nie lubię, jak mnie ktoś rozpoznaje.
Może powinieneś zostać pisarzem? Oni pracują w samotności.
Próbowałem, ale niestety się nie nadaję. Potrafię pisać teksty piosenek i to wszystko, bo to są krótkie formy. Nie potrafiłbym pisać książek tak jak Kasia Nosowska albo Organek. Odpuszczam, bo wiem, że nie mam w tym kierunku predyspozycji. Uważam, że najgorzej jest, jak się komuś wydaje, że ma talent, a nie ma. Znam sporo takich ludzi z mojej branży. Nie chciałbym znaleźć się w tym gronie.
[...]
Cały wywiad w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 21 maja.
