Reklama

Z okazji urodzin Jolanty Kwaśniewskiej wracamy do wyjątkowej rozmowy, której była pierwsza dama udzieliła VIVIE!. Z właściwą sobie szczerością, klasą i poczuciem humoru opowiedziała o kulisach życia w Pałacu Prezydenckim, miłości do Aleksandra Kwaśniewskiego, przyjaźniach oraz działalności, która od lat pozostaje jej największą dumą. To pełen ciepła, wzruszeń i osobistych wyznań wywiad z kobietą, która dla wielu Polaków stała się symbolem elegancji, empatii i konsekwencji w działaniu.

WYWIAD VIVY! z Jolantą Kwaśniewską z 2024 roku

Na autobiografię kazała nam czekać prawie 20 lat. Żartuje, że pozazdrościła mężowi świetnie przyjętej książki. Katarzynie Piątkowskiej opowiedziała o czasach prezydentury, o tym, jak przez lata spędzone w Pałacu Prezydenckim utrzymała przyjaźnie i jak uczyła się na błędach, budując pozytywny wizerunek Polski na świecie. Szczera. Zabawna. Pani prezydentowa. Pierwsza dama. Jolanta Kwaśniewska.

–Pani prezydentowo, długo kazała nam Pani czekać na książkę o sobie. Dlaczego teraz zdecydowała się Pani na publikację wspomnień?
Dlatego, że boję się, że odejdę i nikt inny tej historii nie opowie.

– A może pozazdrościła Pani mężowi, który w ubiegłym roku wydał swoją książkę i która została bardzo dobrze przyjęta?
Trochę mu pozazdrościłam (śmiech). Prawda jest taka, że od dawna byłam gotowa do pisania, ale tak się życie potoczyło, że nie miałam na to czasu. Najpierw przez pięć lat prowadziłam program „Lekcja stylu”, potem to, co w programie, przekładałam na książki. W związku z tym argument, że powinnam coś pisać, na mnie nie działał, bo ja ciągle to robiłam. W mojej Fundacji „Porozumienie Bez Barier” też wiecznie jakieś ważne rzeczy się dzieją. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że albo teraz, albo nigdy.

– Wydarzyło się coś, co Panią zmotywowało?
Spotkałam się z Anną Dziewit-Meller, która zasugerowała, że skoro świetnie sprzedała się książka mojego męża, to może i ja powinnam w końcu się pochylić nad swoją. Mój mąż napisał wspaniałą książkę, w której jest zawarta cała współczesna historia Polski i Europy. Dużo jest w niej polityki. Każdy młody człowiek powinien ją przeczytać.

Czytaj też: Życie mogło ich rozdzielić, dziś świętują narodziny syna. Tak Aleksandra Uznańska-Wiśniewska mówiła o ukochanym. Przypominamy wywiad dla VIVY!

– Pani prezydentowo, miałyśmy rozmawiać o Pani książce (śmiech).
Wiem, wiem. Zrozumiałam, że powinnam pokazać pierwiastek kobiecy w tym naszym wspólnym 10-leciu, które spędziliśmy jako para prezydencka. Doszłam jednak do wniosku, że muszę opowiedzieć wszystko od Adama i Ewy.

– Miała Pani zapewne dziesiątki propozycji z różnych wydawnictw.
Nie ukrywam, że zwróciły się już do mnie chyba wszystkie możliwe wydawnictwa. Ania Dziewit-Meller trafiła po prostu w dobry moment, bo gdy ona pojawiła się u mnie z propozycją, miałam już zaczętą książkę. Sama ją pisałam, ale niestety brzmiało jak „chwalba”, dlatego poprosiłam o kogoś do współpracy, kto na podstawie dokumentów, wywiadów, których przez lata udzieliłam, zada mi odpowiednie pytania. Uznałam, że to będzie bardziej wiarygodne.

– Nie boi się Pani, że ponownie pojawią się zarzuty pod Pani adresem, że afiszuje się ze swoim szczęściem i niesamowitym życiem?
To co? Mam sobie nogę odciąć (śmiech)? Z książki dowiecie się państwo, że nie zawsze było kolorowo…

– Lepiej niech Pani nie odcina. Pani ma bardzo zgrabne nogi.
I mąż je wychwala (śmiech). O wszystkich trudnych rzeczach, które się dzieją, o moich problemach z sercem nie będę mówiła. Powiem tylko, że nie jestem okazem zdrowia, więc nie ma tu czego zazdrościć. A jeśli chodzi o życie prywatne… to, jak każdemu z nas to życie prywatne wychodzi, zależy tylko od nas. Tutaj też nie ma czego zazdrościć, bo nad każdym związkiem trzeba ciężko pracować. Nastały takie czasy, że jak coś się między ludźmi psuje, to się od razu rezygnuje i szuka kogoś nowego, dlatego że założony model małżeństwa nie sprawdził się. Bo przecież miało być fajnie…

Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024
Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024 Fot. Mateusz Stankiewicz

– A potem życie zweryfikowało oczekiwania.
Dobre życie, małżeństwo, rodzina to ciężka praca. To jak podlewanie roślinki. Będzie dobrze rosła, gdy będziemy coś dawać od siebie. To jest warunek konieczny do stworzenia dobrej relacji. Oraz to, że trzeba trafić na odpowiedniego partnera. Jeśli nadajemy na tych samych falach i mamy podobne poczucie humoru, łatwiej jest iść przez życie.

– Pani stworzyła fajną rodzinę. Wzorcem były Pani własne doświadczenia z dzieciństwa i młodości?
Z domu wyniosłam dużo miłości i ciepła. Miałam wspaniałych rodziców, szczególnie ciepłą osobą była moja mateńka. Altruistka, oddana nam bezgranicznie. Zrezygnowała z pracy, żeby wychować mnie i moje siostry. Już gdy byłyśmy starsze, na święta, imieniny przyjeżdżałam do Gdańska z prezentami dla mamy, a to jakiś sweter przywiozłam albo fajne buty, a ona mówiła: „Córeńko, ja nic nie potrzebuję”. Niestety mateńka zmarła, mając 62 lata. Całe życie była otwarta na ludzi. Pamiętam, że zawsze gotowała wielki gar zupy, aby wszyscy nasi kumple, których rodzice pracowali, zjedli na przykład kartoflankę i mogli lecieć na podwórko, bawić się. Wiedziałam dokładnie, jaką chcę mieć rodzinę. Gdy szukałam partnera na życie, pojawił się Olek. Skrząca inteligencja. Ogromne oczytanie. Świetne poczucie humoru, co było, jak już powiedziałam, bardzo ważne, bo w trudnych czasach, jeśli nie ma się poczucia humoru, nic nie pomoże. Gdy pojechał do rodziców do Białogradu i powiedział: „Żenię się z Jolą”, to jedyne pytanie, jakie zadała jego mama, brzmiało: „Czy ona nie jest »zanuda«”?

– Nie okazała się Pani „zanuda”.
Na szczęście nie. Mam poczucie humoru, które parę razy uratowało mnie w trudnych sytuacjach. Po prostu nauczyłam się, że lepiej ugryźć się w język, nawet jeśli bardzo chce się coś powiedzieć. Ile razy było tak, że chętnie bym szpilę wbiła, ale wiedziałam, że tylko zaognię sytuację.

– Skoro jesteśmy przy szpilach, zapytam przy okazji o przekleństwa. Jakie najbrzydsze słowo padło z Pani ust?
O Jezu! To jest niesamowite, ale w naszej rodzinie to chyba ja najbardziej klnę. Jak jakiś mecz nie idzie po mojej myśli, nadużywam słowa na „k”. Wiązankę potrafię puścić. Na drodze też mi się zdarza. Niestety, z przykrością to mówię, są momenty, w których mój temperament daje o sobie znać.

– Było o brzydkich słowach, a teraz o ładnych. „Mateńka”, „Olusia”… Pani zawsze z wielką czułością mówi o bliskich, o współpracownikach, nawet o obcych ludziach.
Zawsze tak miałam. Wie pani, zanim powstała moja fundacja, nie miałam nic innego do zaoferowania niż dobre słowo. Zdarzało się, że przychodziły do mnie kobiety, których mężowie zginęli na misjach pokojowych. Pamiętam doskonale spotkanie z wdową po saperze, który w Warszawie rozbrajał ładunek wybuchowy i zginął. Ta wspaniała kobieta przyszła z dwiema córkami i po prostu popłakałyśmy sobie. To, co mogłam im wtedy dać, to przytulić, ukochać po prostu. Była też matka błagająca o wsparcie finansowe na leczenie dziecka chorego na białaczkę. Było potrzebne 100 tysięcy dolarów. Ale co ja wtedy mogłam zrobić oprócz obdarzenia czułością? Myślałam, że życia mi nie starczy, żeby przytulić tych, którzy potrzebują mojej pomocy. Dopiero jak powstała fundacja, zaczęliśmy dofinansowywać poszczególne kliniki onkologii dziecięcej, a w 2005 roku w czerwcu otworzyliśmy klinikę onkologiczną w Gdańsku.

– To jest Pani największa duma?
Tak, bo wcześniej dzieci chore onkologicznie były w Gdańsku leczone w warunkach urągających godności człowieka. Nie tylko ja powinnam być dumna, ale również ci, którzy zechcieli ten projekt wesprzeć. Mieliśmy 10 „złotych” sponsorów, którzy przekazali pieniądze, a ja za to zostałam przesłuchana przez sejmową komisję śledczą. W podziękowaniu. Im bardziej rosłam, im bardziej moja pozycja gruntowała się i stałam się bardzo ważna dla Polek i dla Polaków, tym większa zawiść była wokół mnie. W tym roku, nie tak dawno, jeden z prominentnych polityków z czasów AWS-u, który był w opozycji do mojego małżonka, przeprosił mnie za siebie i swoje ugrupowanie, za całą niegodziwość w stosunku do mnie.

Czytaj też: Mało kto zna tę historię. Jolanta Kwaśniewska wróciła do rodzinnej traumy. Nagle wspomniała o swoim dzieciństwie

Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024
Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024 Fot. Mateusz Stankiewicz

– Jak Pani radziła sobie z tą niegodziwością?
Co można w takiej sytuacji zrobić? Dawniej było takie powiedzenie: „Nie przejmuj się tym, co piszą w gazetach, bo to, co jest w nich dzisiaj, jutro wyścieli kubły na śmieci”. Niestety dzisiaj jest inaczej, bo każdy wpis, jaki się pojawia w internecie, zostawia ślad. Te wszystkie, także te krzywdzące opinie są dla mnie bardzo trudne do zniesienia. Ale staram się kierować dewizą: „Nieważne co, a kto mówi”. Jak ktoś, kto od samego początku nie lubił mojego męża, pisał o mnie „żona komucha Kwaśniewskiego” i był do mnie negatywnie nastawiony, nie zmienia o mnie zdania. Ale są takie osoby, których opinie są dla mnie ważne. Autorytety. Z ich zdaniem się liczę. Mój mąż. Ola. Basia Labuda, którą ubóstwiam, z którą jestem w przyjaźni całe lata. Jestem jej bardzo wdzięczna, że mimo tego, że była w opozycji, przyjęła zaproszenie do objęcia teki ministry w gabinecie mojego małżonka. Bardzo dużo współpracowałyśmy. Z nią do dzisiaj często toczymy długie Polek rozmowy. Z jej zdaniem zawsze liczyłam się i liczę się dziś. Wracając do pani pytania o to, czy boję się, że znów mi ktoś zarzuci, że się przechwalam swoim życiem… Mój wywiad jest do bólu szczery. To nie są zmyślone odpowiedzi.

– Jakie bolesne rzeczy przeczytała Pani o sobie?
Wielokrotnie były wyssane z palca informacje, na przykład: „Nie dostała się na aplikację sędziowską”. Nigdy się o nią nie starałam, bo nie miałam na to ochoty. Ale to już nie jest nigdzie napisane. W tym rzecz. Ale nie przejmuję się takimi drobiazgami, bo dla mnie najważniejsze jest, żeby być przyzwoitym człowiekiem. Jeśli rano wstaję, patrzę na swoje odbicie w lustrze i nie mam nic sobie do zarzucenia, jest dobrze. Wciąż idę drogą, którą wybrałam kiedyś. Tyle lat w fundacji, w różnych działaniach… Czuję się z tym dobrze.

– A jednak były wokół Pani osoby zazdrosne?
Takie osoby były i są wszędzie.

– Pokazała to sytuacja z Kongresem Kobiet, o której pisze Pani w książce?
Z Kongresem Kobiet, który był pomyślany, żeby wzmacniać i wspierać kobiety, związane są wielkie nazwiska, którym niestety przyzwoitości zabrakło. To jest wycineczek niefajnych rzeczy, które się przy okazji działy. Zawsze miałam umiejętność rozmawiania z kobietami. W dziesiątkach miejsc, w których bywałam, wszędzie o Kongresie Kobiet mówiłam i na niego zapraszałam. Podczas pierwszej edycji miałam bardzo polityczne wystąpienie, bo chciałam namawiać kobiety, żeby były bardziej aktywne w polityce, żeby sięgały po więcej, wspinały się po szczeblach kariery, nie odpuszczały. Dziennikarz jednej z gazet napisał: „Jedna polityczka, która miała szansę, żeby zostać prezydentką. Jolanta Kwaśniewska, której zresztą nie lubię”. Tak miło… Ale dodał, że nie zdecydowałam się na start w wyborach.

– Miała Pani taki pomysł?
Nie! W żadnym momencie. Ale wydawało mi się, że gdybym miała, Kongres Kobiet powinien mnie wesprzeć. Szybko zrozumiałam, że to nie nastąpi. Nawet nie pozwolono mi pożegnać się z tymi kobietami, które zaprosiłam i które przyjechały tam za swoje pieniądze. To jest dla mnie zamknięty rozdział. Zrozumiałam, że nie ma tam dla mnie miejsca i że nie potrzebuję tej wielkiej machiny Kongresu Kobiet, żeby mówić o rzeczach dla mnie ważnych. Przede wszystkim jednak nie chcę mieć wokół siebie wampirów energetycznych. Chcę pracować z ludźmi, którzy myślą podobnie do mnie. Nie chcę być w nieszczerym, jakimś udawanym układzie.

– Jak przez 10 lat prezydentury udało się Pani utrzymać przyjacielskie relacje?
Bardzo staraliśmy się nie zaniedbać naszych przyjaźni, choć nie było to łatwe.

Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024
Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024 Fot. Mateusz Stankiewicz

– Ale Pani nie mogła ot, tak sobie zaprosić przyjaciółek na piątek wieczór?
To było nierealne. Gdy zostaliśmy parą prezydencką, tuż po wyborach pojechaliśmy do przyjaciół na spotkanie wigilijne. Widzimy, że wszyscy są tacy dosyć powściągliwi. Jak nigdy przedtem. Potem się okazało, że zanim my przyjechaliśmy, pojawił się u nich cały dział organizacyjny, wszystko dookoła sprawdził pod względem bezpieczeństwa, a lekarz pobrał próbki wszystkich przygotowanych dań. Wtedy doszliśmy do wniosku, że nie chcemy komukolwiek z naszych przyjaciół robić takich kłopotów. To było niefajne po prostu. W związku z tym w gronie przyjaciół spotykaliśmy się dwa razy w roku, 15 czerwca na moich imieninach i 12 grudnia na imieninach mojego małżonka. Zapraszaliśmy kucharzy z hotelu Victoria, którzy przygotowywali dla naszych gości w Pałacu Prezydenckim kolację, i płaciliśmy za nią z własnej kieszeni. Były tam wszystkie ważne osoby w naszym życiu: współpracownicy, ludzie ze świata kultury, nauki, przyjaciele. I to by było tyle.

– A ploteczki z przyjaciółkami?
Nie dało rady. Tyle się działo. Raz jeden przyszły moje przyjaciółki na miłą kolację do pałacu. Koniec. Raz na 10 lat.

– Ola miała 14 lat, jak zamieszkaliście w Pałacu Prezydenckim.
Z córką to była inna bajka. Ona była nastolatką i ta życiowa zmiana była dla niej bardzo trudna.

– A dla Pani?
Dla mnie o tyle, że nie mogłam poświęcić jej tyle czasu, ile powinno się poświęcić nastolatce. Na szczęście już była ukształtowana, bo w życiu dziecka pierwsze trzy lata są najważniejsze. To wtedy kształtuje się osobowość. To wtedy miałam dla Oli mnóstwo czasu. Zrezygnowałam z pracy, nie poszłam do Ministerstwa Sprawiedliwości, mimo że dostałam propozycję. Najważniejsza była Oleńka. Byłyśmy głównie we dwie, a ja objaśniałam jej świat. Był stan wojenny, mało co można było kupić, więc jeździłam z małą Olą w wózku, żeby upolować mydło albo kalmary. Z tymi kalmarami to była śmieszna historia. Nie wiedzieliśmy wtedy, czym one są. Nie było internetu, więc nie było szans przeczytać, że nie gotuje się ich dwie godziny, żeby były bardziej miękkie (śmiech).

Czytaj też: Wystarczyło jedno pytanie o Kubę Badacha. Była pierwsza dama nie kryła emocji. Tak podsumowała zięcia przed kamerami

– Poszła Pani za przykładem mamy i zrezygnowała Pani z kariery dla dziecka?
Absolutnie. Uważam, że to jest najważniejsze. Zdarza mi się prowadzić mentoringowe spotkania z dziewczynami z różnych szczebli zarządzania, które pełnią ważne funkcje w korporacjach, i mówię im, żeby nie przegapiły tego momentu. Mężczyzn też namawiam, żeby byli aktywni w wychowywaniu dzieci. Nie lubię sformułowania „poświęciła się dla dziecka”. Dla mnie towarzyszenie Oli w dorastaniu było po prostu bardzo ważne, rozwijające i sprawiło mi ogromną radość.

– Prowadziła Pani notesik ze śmiesznymi powiedzonkami Oli?
Taki zeszycik prowadził mój teść, który niestety był lekarzem o koszmarnym charakterze pisma. Mamy cały zeszyt z powiedzonkami, których nie możemy rozczytać. Jedynie chyba pani w aptece mogłaby sobie z tym poradzić (śmiech).

– Wróćmy do Pałacu Prezydenckiego…
Nie miałam już dla niej tak wiele czasu, jak bym chciała. Po wejściu do naszego apartamentu po prawej stronie był pokój Oluni, po lewej nasza sypialnia. Jak wracałam z wyjazdów, z fundacji czy choćby z jakiegoś spotkania w Sali Rokoko, pierwsze kroki zawsze kierowałam do niej, żeby zapytać, jak jej minął dzień, co się działo. Ola była nastolatką, która zdawała sobie sprawę z tego, że jej wolno mniej. Nie musieliśmy jej tłumaczyć, że jest córką pary prezydenckiej i musi się zachowywać w taki sposób, żebyśmy nie musieli się wstydzić. Naturalnie odnalazła się w tej sytuacji. Podobnie jak ja. Czułam, że muszę zachowywać się w taki sposób, żeby Polacy nie wstydzili się za mnie. Wiele samoograniczeń miałam ja, miała i Ola. Wiedziałyśmy, że wielu rzeczy nam po prostu nie wypada.

Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024
Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024 Fot. Mateusz Stankiewicz

– Jak to wytrzymać?
Najpierw mówiłam sobie: „Jeszcze tylko cztery lata, trzy, dwa”.

– A tu kolejna kampania…
I znów liczyłam: „Jeszcze tylko cztery lata, trzy, dwa, jeden i już będziemy inaczej funkcjonować. Zapomnimy, których rzeczy nam nie wypada”. Ale dzisiaj każdy ma oczekiwania, że w różnych sytuacjach muszę zachowywać się, jakbym wciąż była pierwszą damą. W domu chodzę ubrana na luzie, często w dresie. Na miasto jednak tak się nie ubiorę.
– I na plaży nad Bałtykiem Pani się z kocem nie rozłoży?
Kiedyś się rozłożyłam. Na plaży w Juracie. Nie byłam już prezydentową i spędzałam wakacje w hotelu Bryza. Okazało się, że śledził mnie jeden z najsłynniejszych polskich paparazzi. Cały boży dzień polował, żeby zrobić mi zdjęcia. Później chwalił się, że największe pieniądze, jakie zarobił, to właśnie za te moje zdjęcia w jednoczęściowym kostiumie kąpielowym, który zresztą miałam po mamie Olka.

– Nie zauważyła go Pani?
Widziałam go w różnych momentach, ale jakoś tak moja czujność opadła około godziny 16. Był piękny dzień, zostaliśmy na plaży dłużej. I wykorzystał to. Przeprosił mnie wiele lat później i nawet obiecał, że wpłaci jakieś pieniądze na rzecz naszej fundacji, ale to się nigdy nie stało.

– Czy w trakcie prezydentury Pani męża często czuła się Pani samotna?
I tak, i nie. Zawsze są momenty samotności, po pierwsze, fizycznej, bo mąż rozpoczynał pracę bardzo często już o siódmej rano, kiedy jeszcze nikogo nie było w pałacu. Wtedy było najciszej i mógł przeglądać wszelkie dokumenty. Oleńka wychodziła do szkoły i nie było jej cały dzień. Dlatego dla mnie było ważne, żeby chociaż chwilę spędzić razem, podczas lunchu czy kolacji. W pewnym momencie, gdy już działała fundacja, czułam się samotna w podejmowaniu decyzji, komu przekazać pieniądze, na przykład na leczenie. Niewielkie, bo na początku nie miałam zbyt dużo funduszy. Później było już łatwiej, bo powstała rada fundacji i decydowaliśmy razem. Wracając do życia prywatnego… Jest sobota. Olusi nie ma, męża nie ma…

– Nie ma się do kogo odezwać?
Nie ma. Dlatego zawsze cieszyły mnie premiery teatralne czy kinowe, bo często towarzyszył mi tata. Ubóstwiał operę, więc chodziliśmy na wielkie koncerty. To było dla mnie ważne, bo – jak mówiłam wcześniej – nie chciałam przyjaciołom już więcej ściągać do domu kontroli. A ze mną zawsze byli moi chłopcy z ochrony…

Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024
Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024 Fot. Mateusz Stankiewicz

– Tata nigdy nie przeprowadził się do Warszawy?
Zawsze mieszkał w Gdańsku. Tylko jak coś złego działo się z jego zdrowiem, przyjeżdżał tu do szpitala MSWiA, bo był inwalidą wojennym pierwszej grupy. Jak z niego wychodził, a jeszcze taki marny był, mogłam go troszkę doglądać. Po tacie dostałam pudło pamięci. Moja siostra Alunia przywiozła je z Gdańska. Przez cały okres prezydentury zbierał wszystkie artykuły, jakie się na nasz temat pojawiły. Miał tego mnóstwo. Była tam też teczka pod tytułem: „Niepochlebne artykuły na temat Joli i Olka”. Z ogromnym zdziwieniem zobaczyłam, że w 1996 roku podczas tej strasznej, brutalnej kampanii wyborczej na mój temat też pojawiały się niesympatyczne artykuły. Przyczepiano się do wszystkiego. Potrafiono skrytykować nawet wielkość ronda mojego kapelusza. Pisano, że moi styliści powinni mi podpowiedzieć. Być może by podpowiedzieli, gdyby byli (śmiech). Dostawało mi się.

– Uczyła się Pani wszystkiego na żywym organizmie.
Metodą prób i błędów. Jak mi wypomniano, że mam za krótką spódnicę, przyglądałam się, jakie nosiła Lady Diana. Gdy spotkała się ze mną Sarah Ferguson, miała tak krótką spódnicę, że jak siadała, musiała zakrywać przed fotografami nogi. I była to zdecydowanie krótsza spódnica niż ta, którą miałam na spotkaniu z królową Elżbietą II. Ale postanowiłam szyć dłuższe, żeby nie dawać powodów do jakiejkolwiek dyskusji.

– A wracając do pudła pamięci…
To, co wzruszyło mnie ogromnie, to moment, kiedy znalazłam dyktafon, na którym mój tata nagrał opowieść o tym, jak w 1955 roku wyjechał na misję pokojową do Korei razem z Amerykanami, Szwedami i Szwajcarami. Ja się urodziłam w czerwcu, a w październiku tata poleciał na dziewięć miesięcy. To było dla mnie bardzo ciekawe usłyszeć, co tam przeżył, bo nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Wypisał nam dziesiątki ciekawych rzeczy ze swojego życia. Równie ciekawych dowiedziałam się, gdy do książki zaczęłam przeglądać kolejne, własne pudło pamięci. Trafiłam w nim na ogromną liczbę listów, które wymieniałam ze znamienitymi osobami z całego świata. W 1997 roku byłam w Finlandii na spotkaniu z Rosalynn i Jimmym Carterami. Zaprosili mnie wtedy do swojej fundacji. Znalazłam list od Rosalynn, w którym pisze, że są wdzięczni, że do nich dołączyłam. Szimon Peres dla odmiany pisał do mnie, że cieszy się, że mógł wziąć udział w projekcie Rainbow Bridge, który zrealizowałam pod Olsztynkiem. Spotkałam się z nim zresztą tuż przed jego śmiercią. Zapytał mnie wtedy, czy wciąż robię te szkoły tolerancji.

– Ten dzień, kiedy Pani mąż został wybrany na prezydenta, zmienił nie tylko 10 kolejnych lat, ale całe życie.
Ze względu na naszą rozpoznawalność muszę powiedzieć, że niestety tak. Choć wartością dodaną prezydentury jest to, że mogłam poznać tak wiele fantastycznych miejsc i osób, bo kocham ludzi. Jesteśmy z mężem gadułami, ale bardzo lubimy słuchać innych. Każda przeprowadzona rozmowa, każde miejsce, w którym te osoby spotkaliśmy, są dla mnie bardzo ważne.

– Czy wie Pani, ile prac magisterskich powstało na Pani temat? Dotarłam do trzech.
Ktoś się na mnie nawet doktoryzował (śmiech). Pierwsza powstała chyba tuż po prezydenturze w 2006 roku.

– Jedna miała tytuł „Fenomen Jolanty Kwaśniewskiej”. Czy Pani już rozpracowała swój fenomen?
Tu nie ma żadnego fenomenu. Po prostu trzeba być sobą i do końca przyzwoitym człowiekiem. To wszystko.

– Ma Pani fajne życie?
Bardzo. I dlatego, póki jest zdrowie i siły, robię to, co robię. Za rok stuknie mi siedemdziesiątka. Jest nieźle. Miałam i mam dobre i szczęśliwe życie. Założyłam fundację, żeby za nie, za dobry los, fantastyczną, cudną rodzinę podziękować, niosąc pomoc dla innych.

– A gdy Pani spojrzy w przód, to co Pani zobaczy?
Nie chcę się oglądać wstecz, bo na przeszłość nie mam najmniejszego wpływu. Jaka będzie przyszłość, nie wiem. Mówi się, że Pan Bóg śmieje się z naszych planów, i chyba coś jest na rzeczy. Dlatego żyję tu i teraz.

Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024
Jolanta Kwaśniewska, VIVA! 20/2024 Fot. Mateusz Stankiewicz
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...