Reklama

„Nie ma takich słów, którymi wyraziłabym swój smutek i żal po jego odejściu. Poświęciłam się Krzysztofowi całkowicie, żyłam jego życiem”, mówi Ewa Krawczyk. Byli ze sobą prawie 40 lat, na dobre i na złe. Na szczęście pozostały wspomnienia i cudowne piosenki, które udało się zebrać w nowym albumie „Po prostu Krawczyk”. Przypominamy archiwalny wywiad.

Ewa Krawczyk o bólu po śmierci męża

Często myśli Pani o Krzysztofie?

Nieustannie, Krzysztof wciąż jest obecny w moim życiu, a ostatnio często mi się śni. Po jego śmierci całkowicie zmieniłam swój stosunek do życia, stałam się lepszą osobą. Nadal jestem zakochana w swoim mężu, kocham go bardzo. Jeżeli gdzieś napisano jakąś nieprawdę, to nie chcę tego słyszeć, bo w moim sercu nie ma na nią miejsca.

Co było najtrudniejsze po jego odejściu?

Nie ma takich słów, którymi wyraziłabym mój smutek i żal po jego śmierci. To była dużo większa trauma niż po śmierci mojej mamy. Wtedy jednak Krzysztof odwołał swoje koncerty, żeby być przy mnie. A jak odszedł, zostałam sama. Zresztą, któż mógłby mnie wesprzeć, jak straciłam najważniejszego człowieka w moim życiu, z którym przeżyłam prawie 40 lat. Byliśmy ze sobą non stop, wspieraliśmy się nawzajem. Poświęciłam się Krzysiowi całkowicie, żyłam jego życiem…

Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023
Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023 SZYMON SZCZEŚNIAK/Visual Crafters, ZDJĘCIE EWY I KRZYSZTOFA KRAWCZYKÓW: MICHAŁ HETMANEK/REPORTER

Tak wyglądały ostatnie lata Krzysztofa Krawczyka

Czy bał się śmierci?

Nie, bo nikt nie przypuszczał, że umrze. Miał problemy z chodzeniem po źle zoperowanym biodrze i chorobę Parkinsona, na którą cierpiał ponad 20 lat. Ale dopiero w ostatnich latach czuł drżenie rąk i nóg. Cały czas śpiewał, nagrywał, bo jest to choroba ciała, a nie mózgu. Mówiłam mu, żeby dbał bardziej o siebie, bo nie chcę zostać sama. Chyba się przejął, bo powiedział, że na ewentualność, gdyby coś mu się stało, musi przygotować mi zastępcę. A niedługo potem wyznał: „Wiesz co, Ewuniu, nikogo takiego nie znalazłem”. Z kolei ja zapytałam, czy gdybym umarła, wziąłby sobie inną kobietę. „Ewuniu, ja wtedy wszystko sprzedam”, zaczął, ale mu przerwałam. „Niczego nie sprzedasz, tylko rozdasz, bo gdybym nie trzymała mocną ręką tego wszystkiego, to byśmy nawet domu nie mieli”. Słowem, rozdałby wszystko i poszedł do zakonu, a potem jeździł po kościołach, śpiewał, wygłaszał rekolekcje i wspierał biednych. Zresztą, gdybym nie kupowała mu ubrań, nosiłby się jak kloszard. W domu najlepiej czuł się w dresie, w jakichś laczkach, czasem szedł w nich do hotelu, aż było mi głupio. Nie lubił się stroić, ubierał się tylko na scenę, bo szanował swoją publiczność. Wtedy wszystko musiało być na tip-top, garnitury, koszule, buty. Ale Krzysia wśród nas już nie ma.

Wciąż żyje w naszej pamięci i w swoich piosenkach. Niedawno pojawił się album „Po prostu Krawczyk” z jego największymi hitami. Jego „Parostatek” wciąż płynie…

Ten tytuł to kwintesencja Krawczyka. Płyta jest pięknie wydana, znalazły się na niej kultowe utwory, choćby piosenka „Trudno tak (razem być nam ze sobą)”, zaśpiewana w duecie z Edytą Bartosiewicz, „Za tobą pójdę jak na bal” czy „Don’t Get Around Much Anymore”, gdzie Krzysztof śpiewa z Rodem Stewartem. Na płycie znalazły się też trzy premierowe piosenki, na których zależało wytwórni Sony Music. Dwie z nich mąż nagrał w duecie z Jarkiem Weberem, młodym śpiewakiem, którego bardzo cenił. A trzecią, nigdzie wcześniej niegraną, odszukał Andrzej Kosmala, jego wieloletni menedżer. Przez trzy noce chodził, męczył się i myślał, co zaproponować. Aż pewnej nocy przyśnił mu się Krawczyk i powiedział: „Andrzeju, czego ty szukasz, przecież masz gotową piosenkę »Zapomniałem«, którą nagraliśmy w 2011 roku”. Skomponował ją Tomasz Lubert, odkrywca Dody. A to jest taka piosenka, jakby Krawczyk zmartwychwstał, żeby powiedzieć mi o tym, o czym wcześniej zapomniał. „Zapomniałem kiedyś ci powiedzieć, że kocham tylko ciebie. (…) Zapomniałem być tuż obok blisko, miałem wszystko i straciłem wszystko”. Jak słucham tego, to płaczę. Byłam strasznie zazdrosna o Krzysztofa. Już za to samo powinien trafić do nieba. Mój dziadek musiał przenieść dom na drugą stronę Kanału Augustowskiego, bo babcia była zazdrosna o sąsiadkę, która się do niego za bardzo uśmiechała. Jestem cała babcia. Jak Krzysztof zbyt długo patrzył na jakąś kobietę, to była awantura. Ale z czasem mi przeszło, uspokoiłam się.

Krzysztof nazywał Panią aniołem, którego Pan Bóg postawił na jego drodze.

Tak, bo czuł moją miłość. Gdybym mogła, nieba bym mu przychyliła. Zapytałam go kiedyś, dlaczego nigdy nie okazywał mi zazdrości, nie zrobił awantury. A on: „Ewuniu, tak ciebie kocham, że jak na ciebie patrzyłem, to aż serce bolało mnie z miłości”.

Nie był wylewny?

Był, przy każdej rozmowie telefonicznej mówił, że mnie kocha. Bez żadnej okazji kupował mi kwiaty, prezenty. O nic nie musiałam go prosić. „Ewunia, kup sobie, co chcesz. Bądź szczęśliwa. Tatuś ci na wszystko pozwala”, żartował, bo byłam od niego o 14 lat młodsza.

CZYTAJ TEŻ: Była jego największym wsparciem do ostatnich chwil. Historia miłości Jana A.P. Kaczmarka chwyta za serce

Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023
Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023 SZYMON SZCZEŚNIAK/Visual Crafters

Historia miłości Ewy i Krzysztofa zaczęła się w Chicago

Wasze love story zaczęło się w Stanach?

Tak, jak przyjechałam tam do mamy. Nie byłam fanką Krawczyka, wolałam Perfekt, Jerzego Grunwalda, aż do momentu, kiedy zobaczyłam go w klubie Cisza Leśna w Chicago. Wyrwało mi się „wow, wow!”, jaki ten Krawczyk przystojny, jak fajnie śpiewa. Lubię mocne męskie głosy i on miał taki głos. A potem, jak na pierwszej randce przytulił mnie w tańcu, poczułam się jak w niebie. Ale to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Zakochiwaliśmy się w sobie przez trzy miesiące, aż moja mama się denerwowała: „Dziecko, całe dnie spędzasz z tym Krawczykiem, a jeszcze kładziesz się do łóżka i gadacie ze sobą przez telefon. O czym wy rozmawiacie?”. Ale kto przeżył taką miłość, to wie. Spaliśmy po trzy godziny i znów się spotykaliśmy…

Wtedy Krawczyk był jeszcze w związku z Haliną Żytkowiak, z którą miał syna?

Byli już w separacji, choć w pewnym momencie Krzysztof postanowił wrócić do Haliny, żeby ich syn miał rodzinę, bo bardzo tęsknił za ojcem. A mama mnie ostrzegała, że nie powinnam zwracać uwagi na takich mężczyzn: „Nawet nie patrz”. A ja spojrzałam. Wpadłam w rozpacz, powiedziałam, żeby do mnie nie dzwonił. Nie wytrzymał, zadzwonił i zapytał, czy zostanę jego żoną. Z niedowierzaniem wykrzyczałam: „Tak, tak, tak!”. „Ale pamiętaj, że moje życie to są walizki, nie ma stabilizacji”, dodał. „Krzysiu, ale ja kocham podróże”, powiedziałam.

Hołdował zasadzie „kobiety, wino i śpiew”. Nie przeszkadzało to Pani?

Rzeczywiście, jak pracowałam w Ciszy Leśnej w Chicago, mnóstwo panienek koło niego się kręciło. Jedna wychodziła, kolejna przychodziła… Ale tak zakochał się we mnie, że potem nie patrzył na inne kobiety. Podobało mu się, że byłam naturalna, trochę dzika, taka Indianka z Puszczy Augustowskiej. Potem dziewczyny przychodziły do klubu mnie oglądać, żeby zobaczyć, co to za cudo ta Ewa, że tak w głowie mu zawróciła.

Życie jednak nie oszczędziło Wam cierpień. W wypadku samochodowym pod Buszkowem cudem przeżyliście.

To był okropny wypadek. Straciłam przytomność, miałam wylew wewnętrzny, jego syn był potem w śpiączce. A jak zawieźli mnie na wózku do sali Krzysia, kazałam się wywieźć z powrotem, bo go nie poznałam. Miał zmiażdżoną twarz, zdrutowane szczęki. Przyglądałam się nowej twarzy Krzysia, kiedy spał, żeby nie widział w moich oczach przerażenia. Jak pierwszy raz się wykąpał, to płakał ze szczęścia. Mówił, że ten wypadek to była Boża edukacja, bo dzięki niemu stał się innym człowiekiem.

Rzadko się zdarza, żeby ktoś z playboya, jakim był wcześniej Krawczyk, zamienił się w bogobojnego człowieka.

Czasem największe lekkoduchy stają się wzorami do naśladowania. I Krzysiek był takim przykładem. W naszym domu dużo było Boga, odmawialiśmy różaniec, razem się modliliśmy.

Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023
Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023 SZYMON SZCZEŚNIAK/Visual Crafters

Słyszałam, że przed koncertami modlił się z zespołem. Padał deszcz, Krawczyk wychodził na scenę i wychodziło słońce. Kończył śpiewać – zaczynało padać.

Takich przypadków było mnóstwo, że cały czas padało, a wchodziliśmy na scenę i deszczu nie było. Mnie teraz modlitwa trzyma przy życiu. I rozmowy z księżmi. Potrafiłam w nocy pojechać do swojej parafii, żeby mi pomogli, tak byłam przygnębiona po śmieci Krzysia. Czasem ksiądz przyjeżdżał do mnie, żeby podtrzymać mnie na duchu, żebym tylko czegoś sobie nie zrobiła. Dlatego mówię, że modlitwa w naszym życiu czyniła cuda. I wyprowadzała nas zawsze na prostą.

O Krawczyku mówiło się, że to człowiek dusza. Na scenie rządził jednak niepodzielnie, był bardzo wymagający. A kto rządził w domu?

Oczywiście ja. Zawsze mówiłam, że artystą na scenie był mój mąż, ale artystką w domu byłam ja. Kiedyś ktoś mnie zapytał, jak się żyje z gwiazdą pod jednym dachem. Powiedziałam, że nie wiem, bo w domu Krzysztof nie kaprysił, zawsze przed koncertami była dyscyplina. Wszyscy artyści musieli przebrać się w kostiumy na scenę, mieć wyczyszczone buty. Nikt nie mógł wyjść na scenę po alkoholu, bo jeśli Krzysztof by wyczuł, to taka osoba grała koncert za darmo. A jak ktoś fałszował, to kazał następnym razem lepiej się przygotować.

Miał świetny słuch.

Oczywiście. W moim rodzinnym domu cierpiał podczas Wigilii, bo wszyscy tak fałszowali, że jeszcze dziś mu współczuję. To były dla niego tortury. Ale znosił je, bo to było dla Pana Boga w Wigilię. Prosił tylko: „Błagam was, nie śpiewajcie głośno w kościele”.

Jednak wziął Panią do swojego chórku?

Tak, ale zostałam wcześniej przesłuchana przez Rysia Kniata, współproducenta jego płyt, który powiedział Krzyśkowi: „Wiesz, ona czysto śpiewa, nadaje się do chórku”. I tak stałam się chórzystką jeszcze w Chicago. Wtedy prowadziłam też koncerty, co mocno przeżywałam, bo byłam zakompleksioną dziewczyną ze wsi mazurskiej. Nie było mi łatwo się w tym odnaleźć.

Kłóciliście się czasem?

Oczywiście, że się kłóciliśmy. Czy wyobraża sobie pani małżeństwo bez kłótni? Jednak największe kłótnie były o duperele, o sprawach poważnych staraliśmy się rozmawiać. W przeciwieństwie do Krzyśka dążyłam do zgody, bo nie lubię cichych dni. Na co on: „Ale myśmy się przed chwilą kłócili. Ewuniu, daj mi chociaż godzinę, żebym to przetrawił, o co poszło”. Starałam się w takich chwilach ugotować mu coś dobrego, żeby go udobruchać. I pytałam po awanturze: „Krzysiu, czy ten sos nie jest za słony?”. Wtedy kosztował i mówił, że troszkę dodałby maggi. I już było dobrze. Tak naprawdę wszystko mu smakowało oprócz owsianki i czerniny.

Wasz ukochany piesek uzależnił się przy Was od kawy.

To prawda. Jak zanosiłam Krzysiowi śniadania do łóżka, Lola podpijała mu kawę z kubka. Nawet dziś nie mogę spokojnie napić się kawy, bo patrzy na mnie tak błagalnie, że w końcu robię jej kawę bezkofeinową. Wzięliśmy ją ze schroniska, tak jak wszystkie nasze psy, z wyjątkiem labradorki podarowanej nam przez Andrzeja Kosmalę. Nazwaliśmy ją Mona Lisa na cześć nowej płyty Krawczyka.

Oboje z Krzysztofem kochaliście zwierzęta, a myśleliście kiedyś, żeby mieć dzieci?

Nie mogłam mieć dzieci, z czym się pogodziliśmy. Myślę, że Krzysztof był nawet z tego zadowolony. Bo gdyby było dziecko, to nie jeździłabym z nim w trasy koncertowe, jak mówił, i w końcu rzuciłabym go w kąt jak starą szmacianą zabawkę.

Śpiewał w domu?

Nigdy. Nie robił tego pod prysznicem ani podczas golenia. Kiedyś, jak byłam chora, położył się obok mnie i zaczął mi śpiewać cichutko do ucha. Nie lubił słuchać swoich piosenek, bo mówił, że zaśpiewałby je lepiej. Ale jak jechał do radia na wywiad czy do lekarza, to wtedy było w domu hulaj dusza, piekła nie ma. Na cały regulator puszczaliśmy jego piosenki, bo mieliśmy rozstawione głośniki w ogrodzie. Wracał do domu, wszystko trzeba było wyciszać.

Nagrał ponad 130 płyt, nie licząc tych z Trubadurami, przejechał tysiące kilometrów podczas tras koncertowych. Jak Pani to wytrzymała?

Nie będę narzekać, ale proszę mi wierzyć, trzy Ewy miałyby co robić. Nie miałam czasu na koleżanki, nie mogłam nigdzie sama wyjechać. Na mojej głowie było przygotowanie Krzysia na koncert, kostiumów dla zespołu. On tylko pytał: „Dokąd jedziemy?”. Bo mógłby powiedzieć: „Witam w Kaliszu”, a byłby w Krakowie. Musiałam przygotować trasę, wyjść na scenę, a po koncercie wszystko rozliczyć. Ale dawało nam to radość.

CZYTAJ TEŻ: Snuł kolejne plany i marzył o powrocie na scenę, zgasł zbyt wcześnie. Tak wyglądały ostatnie chwile Zbigniewa Wodeckiego: "Byłam z tatą do końca"

Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023
Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023 SZYMON SZCZEŚNIAK/Visual Crafters

Konflikt wokół testamentu. Ewa Krawczyk szczerze o relacji z pasierbem

Myślę, że Krzysztof do końca miał apetyt na życie.

Tak, tylko był zły, że nie zawsze byłam koło niego, bo miałam dużo zajęć. Byliśmy zboczeńcami telewizyjnymi, bo inaczej nie da się powiedzieć. W czasie pandemii kupowałam w Orange dodatkowe gigabajty, bo miesięczny limit starczał nam na kilka dni. Krzysiek kochał filmy historyczne, nie lubił melodramatów. Ale też bardzo dużo czytaliśmy, przy czym on pochłaniał książki religijne, a ja wolałam historyczne i biograficzne. Po jego śmierci książki ratowały mi życie. Moja głowa pękała od myśli, nie mogłam się na niczym skoncentrować i dopiero książki pozwoliły mi się oderwać od wszystkiego. Jaka byłam wtedy szczęśliwa, przeczytałam w ciągu roku 100 pozycji.

Gdyby można wrócić czas, co chciałaby Pani mu powiedzieć?

Chciałabym go przeprosić za to, że czasem płakał i cierpiał przeze mnie. Że bardzo za nim tęsknię i że pragnę zgody z jego synem Krzysztofem juniorem. Bo mówił: „Pamiętaj, zadbaj o niego, gdyby był w potrzebie”. Spotkałam się z nim po śmierci Krzysztofa, obiecałam pomoc, co przyrzekłam mężowi. A po naszej miłej rozmowie dostałam SMS, że we wszystkich sprawach mam się kontaktować z jego panią mecenas. I tak możemy się sądzić do śmierci, aż któreś z nas umrze, bo Krawczyk junior jest chory, a ja mam swoje lata. Mój pasierb nie myśli samodzielnie, ktoś nim steruje, bo wniósł sprawę do sądu, że ojciec podpisał testament, będąc nieświadomym. To oczywiste kłamstwo, bo w tym czasie mąż kręcił film dla telewizji i do końca roku udzielał wywiadów. Jego stan się pogorszył po moich urodzinach 8 lutego, a w kwietniu odszedł. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że próbuje się zszargać nazwisko Krawczyka, na które pracował przez 60 lat.

O czym marzył?

Żeby żyć jak najdłużej, śpiewać i być zdrowym. Bo jako piosenkarz, mąż i ojciec się spełnił. I żeby nie cierpieć, bo bał się bólu. Niestety przez ostatnie dwa miesiące bardzo cierpiał. Może kiedyś o tym opowiem, ale nie jestem na to jeszcze gotowa. Był miłością mojego życia, nikogo nie kochałam tak mocno jak jego.

Rozmawiała. Elżbieta Pawełek.

CZYTAJ TEŻ: TYLKO W VIVIE!. Dorota Wellman i Paulina Młynarska nie kryją emocji. Padły zaskakujące słowa o Polakach

Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023
Ewa Krawczyk, VIVA!, 23/2023 SZYMON SZCZEŚNIAK/Visual Crafters, ZDJĘCIE EWY I KRZYSZTOFA KRAWCZYKÓW: MICHAŁ HETMANEK/REPORTER
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...