Reklama

Trzy lata temu przeżyła tragedię, która na zawsze zmieniła jej życie. Gdy w wypadku samochodowym zginął jej ukochany syn Patryk, świat Sylwii Peretti rozpadł się na miliony kawałków. Tego dnia część niej odeszła razem z nim. "Są dni, kiedy próbuję sobie wmówić, że coś zostało oswojone. Ale prawda jest inna, nauczyłam się tylko nie umierać z tego bólu każdego dnia. Nauczyłam się go nosić", zwierza się Wiktorowi Słojkowskiemu.

W niezwykle szczerej rozmowie opowiada o codzienności naznaczonej tęsknotą, ciszy, która wypełniła dom po śmierci syna oraz o miłości matki, która nie kończy się wraz z odejściem dziecka. To poruszające świadectwo straty, z którą – jak mówi – nigdy nie da się do końca pogodzić.

Sylwia Peretti: tak dziś wygląda jej życie: "Są dni, kiedy ta pustka boli bardziej, niemal fizycznie"

– Czy pamiętasz moment, w którym Twoje przekonanie o sensownym porządku świata po prostu się rozpadło?
Pamiętam go aż nazbyt dokładnie, nie jako jedną sekundę, ale jako pęknięcie, które rozlało się we mnie jak cisza po krzyku. Umarłam razem z moim dzieckiem 15 lipca 2023 roku. Przez lata naprawdę wierzyłam, że życie, mimo bólu i trudności, ma jakiś porządek. I wtedy wydarzyło się coś, co tę opowieść we mnie roztrzaskało. Moment, w którym rodzic traci dziecko, nie jest tylko chwilą straty. To chwila, w której rozpada się cały dotychczasowy świat, wszystkie zasady, wszystkie przekonania, cały sens budowany latami. Nie potrafiłam już tej opowieści poskładać. I chyba do dziś jej nie skleiłam. Zamiast niej powstała inna, bardziej surowa. Taka, w której życie nie zawsze ma sens, w której nie wszystko da się zrozumieć ani uzasadnić. Taka, w której trzeba nauczyć się istnieć bez odpowiedzi. Dziś już nie szukam sensu na siłę. Uczę się żyć pomimo jego braku. I może właśnie w tym jest jakaś nowa, cicha prawda, że czasem jedynym, co zostaje, jest miłość. Nawet jeśli nie ma już dokąd jej skierować. [...]

– Jak wygląda Twoja codzienność w tych momentach, kiedy zostajesz sama ze sobą?
Moja codzienność nie brzmi, ona raczej milczy. I to milczenie ma ciężar, który trudno opisać komuś, kto nigdy go nie doświadczył. Poranek zaczyna się od najprostszych czynności, które kiedyś były oczywistością. Wstaję, bo trzeba wstać. Idę do łazienki, robię herbatę. Czasem długo stoję z kubkiem w ręku i patrzę przez okno, zanim w ogóle zacznę dzień. Potem próbuję robić to, co należy do codzienności, wyjść po zakupy, coś ugotować, załatwić sprawy. Z zewnątrz to wygląda zwyczajnie, ale to jest raczej wykonywanie kolejnych kroków niż życie. To nie jest cisza, która przynosi ukojenie. To jest cisza, która uwypukla wszystko to, czego już nie ma. Każdy brak, każde niedopowiedziane słowo, każdy gest, który nigdy nie zdążył się wydarzyć. Ta cisza ma w sobie echo, echo śmiechu, który kiedyś wypełniał przestrzeń, echo rozmów, które urwały się w połowie, echo życia, które nagle zostało zatrzymane, ale we mnie nadal trwa. Są dni, kiedy ta pustka boli bardziej, niemal fizycznie, jakby coś we mnie było nieustannie wyrywane. I są takie, kiedy potrafię w niej po prostu być, nie walcząc, nie dlatego, że przestała boleć, ale dlatego, że nauczyłam się ją unosić. Dlatego myślę o sprzedaży domu. Chciałabym zamieszkać w miejscu, w którym nie ma żadnych wspomnień. Może to pomogłoby mi wrócić do czegoś, co przypominałoby normalność. Nie wiem, czy to możliwe. Ale myśl o nowym miejscu, pustym, niezapisanym, jest jedną z niewielu, które przynoszą mi coś w rodzaju ulgi.

Czytaj też: Tylko w VIVIE! Wiesław Komasa wraca do najtrudniejszego okresu życia. „Nie miałem siły ani chęci”

Sylwia Peretti, Viva! 11/2026
Sylwia Peretti, Viva! 11/2026 Zdjęcia RAFAŁ MASŁOW

– To, co nazywasz pustką, nie jest ciszą, tylko nieustającym wewnętrznym ruchem. Jak się żyje, kiedy nic w środku nie chce się uspokoić?
To drżenie nie ustaje. Ono nie ma pauzy, nie ma wyciszenia, które przychodzi na zawsze. Jest jak tło, którego nie da się wyłączyć, nawet jeśli na zewnątrz wszystko wygląda spokojnie. Dzień, który kiedyś miał rytm i strukturę, dziś rozciąga się w ciąg godzin bez wyraźnych granic. Zdarza się, że wszystko nagle się zatrzymuje, siadam i nie mam siły się ruszyć. Potrafię długo patrzeć w jeden punkt. Bywają dni, kiedy leżę na podłodze i nie mam w sobie żadnego ruchu. To przychodzi samo. Funkcjonowanie w takim stanie to trochę jak życie na dwóch poziomach jednocześnie. Na zewnątrz rozmowy, obowiązki, codzienność, która wymaga obecności, reakcji, czasem nawet uśmiechu. A w środku ciągły ruch, napięcie, coś, co nie pozwala się do końca rozluźnić. To jest ogromne zmęczenie, którego nie widać. Człowiek uczy się z tym żyć trochę jak z bólem przewlekłym, nie dlatego, że on mija, tylko dlatego, że inaczej nie da się przetrwać. Wiesz, ja miałam kilka razy myśli samo**jcze, ale za każdym razem pomyślałam, że Patryk byłby na mnie zły, gdybym podjęła tak radykalne kroki.

– Czy macierzyństwo wciąż jest obecne w Twoim ciele, w odruchach, w gestach, w potrzebie mówienia do kogoś, kto już nie odpowie?
Ciało pamięta bardziej niż rozum. Rozum próbuje porządkować rzeczywistość, nazywać ją, układać w jakieś ramy, które da się unieść. Ale ciało nie zna takich mechanizmów. Ono pamięta bezwarunkowo, w gestach, które pojawiają się, zanim zdążę pomyśleć, w odruchach, które nie mają już dokąd iść. Idę do sklepu i nagle nie pamiętam, po co przyszłam. Stoję między półkami i próbuję sobie przypomnieć. Zdarza się, że gubię wątek w rozmowie. To są drobne rzeczy, ale pokazują, że ta normalność jest tylko na powierzchni. Są też bardzo ciche momenty, takie, w których nagle łapię się na tym, że chcę coś powiedzieć, zupełnie naturalnie, odruchowo, jakby nic się nie zmieniło. Chcę się podzielić czymś drobnym, zapytać, zadzwonić. I dopiero po sekundzie przychodzi świadomość, że nie ma już adresata. Macierzyństwo nie kończy się razem z czyimś odejściem. Ono zostaje zapisane w każdej komórce. Moje ciało wciąż jest mamą, nawet jeśli świat już tego nie widzi.

– Mówisz o nadziei jak o wyborze, nie stanie. Co sprawia, że każdego dnia podejmujesz tę decyzję od nowa?
Nadzieja przestała być dla mnie czymś, co przychodzi samo. Dziś to jest wybór. Są poranki, w których nie ma w tym żadnej siły ani wzniosłości. Jest tylko decyzja, wstać, oddychać, przejść przez kolejny dzień. Jem, śpię, wychodzę z domu, spotykam ludzi, jeśli mam na to siłę. To bardziej utrzymywanie podstawowego rytmu niż życie w takim sensie, jaki znałam wcześniej. Nie dlatego, że wierzę, że będzie lepiej. Ale dlatego, że mimo wszystko jeszcze jestem. Czasem wystarcza najprostsza rzecz, poranek, kubek herbaty, wyjście z domu. Czasem wiadomość od kogoś. To wystarcza, żeby przejść dzień.

Czytaj też: TYLKO W VIVIE!: Po latach Joanna i Krzysztof Ibiszowie ujawniają kulisy ślubu: "W środku czułam, że nie jestem gotowa"

Cały wywiad w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od środy, 3 czerwca.

Sylwia Peretti, Viva! 11/2026
Sylwia Peretti, Viva! 11/2026 Zdjęcia RAFAŁ MASŁOW
Joanna Ibisz, Krzysztof Ibisz, Viva! 11/2026 okładka
Joanna Ibisz, Krzysztof Ibisz, Viva! 11/2026 okładka Zdjęcia Zuza Krajewska
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...