Michał Piróg nie zwalnia tempa. Teatr to nie wszystko! W VIVIE! odsłania kulisy nowego projektu: „Znalazłem przestrzeń, w której chcę się rozwijać”
Po odejściu z telewizji Michał Piróg nie powiedział ostatniego słowa. Wrócił na scenę, stworzył własną markę i z odwagą realizuje kolejne marzenia. W rozmowie z VIVĄ! zdradza, dlaczego znów podąża za intuicją i wyznaje: „Znalazłem przestrzeń, w której chcę się rozwijać”.

Kiedy jedni kurczowo trzymają się tego, co znane, on bez lęku zamyka jedne drzwi, by z impetem otworzyć kolejne. Po głośnym pożegnaniu z telewizją Michał Piróg wrócił na scenę, gdzie znów czuje dreszcz emocji. Ale to nie koniec niespodzianek. W rozmowie z VIVĄ! odsłania kulisy swojego najbardziej osobistego projektu i przekonuje, że właśnie teraz odnalazł przestrzeń, w której naprawdę chce się rozwijać.
Michał Piróg w VIVIE! o nowym projekcie. Nie każdy wiedział, czym dziś się zajmuje
– I Ty pewnego ranka obudziłeś się i pomyślałeś: Zmieniam robotę?
Dokładnie to było tak, że zadzwoniła producentka jednego spektaklu, w którym występuję, że muszę zagrać tego samego dnia wieczorem w jakimś innym mieście. Miałem półtorej godziny na to, żeby się ogarnąć. Ale zdążyłem jeszcze odpalić Instagram, na którym wyświetlił mi się jakiś post TVN. Pomyślałem, że znów będę robił to samo, co od 15 lat, i właściwie nie wiem po co. Chwilę później napisałem SMS do dyrektor programowej, że musimy się spotkać w celu… pożegnania. Tak poczułem.
– Zrobiłeś to pod wpływem chwili?
Jeszcze dwa dni wcześniej rozmawiałem z producentką, co możemy zrobić w 15. sezonie. I nagle poczułem, że to koniec. I nie zdziwiłem się bardzo samym sobą, bo u mnie takie nagłe decyzje są zupełnie normalne. Tak samo lata temu przestałem występować w musicalu „Koty” w Teatrze Roma. Po prostu pewnego wieczoru byłem na scenie, usłyszałem pierwsze dźwięki uwertury i pomyślałem: Mam dość. Odchodzę. I w przerwie między aktami poszedłem do koordynacji, żeby powiedzieć, że chcę się umówić z dyrektorem, bo chcę odejść. Dograłem sezon i pożegnałem się ze spektaklem.
– Tak znienacka?
Tak. Choć mogłem podejrzewać, że wkrótce mi się odechce, bo zagraliśmy przecież z tysiąc spektakli.
– Coś się wydarzyło?
W obu przypadkach po prostu zrozumiałem, że nie spotka mnie tam już nic ekscytującego. To było trochę jak jeżdżenie na wakacje od lat w to samo miejsce. Z przyzwyczajenia. A przecież jest tyle pięknych miejsc do zobaczenia.
– Niemądry czy odważny?
Podążający za intuicją. Z tym Teatrem Roma to było więcej zabawy, bo wtedy szykowano się do wystawiania „Tańca wampirów” w reżyserii wybitnego Corneliusa Baltusa, opartego na scenariuszu filmu Romana Polańskiego z 1967 roku. Dostałem od niego zaproszenie do udziału, nie musiałem nawet brać udziału w castingu. To było fajne, bo casting niezależnie od tego, co umiesz, a czego nie umiesz, jest stresujący.
– Ale…
Zaczęto pracę nad choreografią i to, co zobaczyłem, nie spodobało mi się. Powiedziałem, że rezygnuję, bo nie mam zamiaru brać w tym udziału. Po prostu wyobraziłem sobie, że przez kilka kolejnych lat będę musiał tańczyć w czymś, co mi się na dzień dobry nie spodobało.
– Jednak jesteś szalony. Wystąpić w takim musicalu, z takim reżyserem to marzenie wielu tancerzy i aktorów.
Pewnie tak, ale dla mnie to by nie było nic ekscytującego.

– Bo w życiu najważniejsza jest ekscytacja?
Przygoda. Ciągle szukam nowych przygód, nowych wyzwań. Jestem ciekawskim dzieciakiem, zaglądam wszędzie, gdzie się da. Oczywiście rozumiem, że ktoś obiera jakiś kierunek, znajduje spokojną przystań i tam zostaje. Tylko że ja wiem, że to nie jest jedyna spokojna przystań, bo takich jest dużo więcej. Podoba mi się, że mogę kolejne eksplorować od czasu do czasu.[...]
– Poszukując ekscytacji, łapiesz często 10 srok za ogon?
I gram w czterech spektaklach naraz. To może nie w pogoni za ekscytacją, a z powodu pracowitości. Po prostu nie znam umiaru. I w pracy, i w… innych rzeczach (śmiech). Ale jak robię cztery premiery naraz, to nie jest to bezkosztowo. Wtedy przez cztery miesiące na przykład nie śpię.
– Po co to robisz?
Bo nikt mi nie będzie mówił, że doba ma tylko 24 godziny i czegoś się w związku z tym nie da.
– Jakie są koszta?
Muszę potem na przykład zaszyć się na dwa tygodnie w hotelu w Namibii, bez ludzi wokół mnie, i odpocząć. A po dwóch tygodniach już się zaczynam nudzić.
– Teraz to na nudę nie możesz narzekać. Grasz w teatrze, jeździsz ze spektaklami po całej Polsce i wprowadzasz na rynek kosmetyki.
A wszystko przez przypadek. Wiesz, ja spotykam na swojej drodze odpowiednie osoby, bo głośno mówię, co chcę zrobić. Gdybym nikomu słowem nie wspomniał, że od dawna myślałem o zrobieniu kosmetyków, które będą zgodne z moją filozofią, producentka teatralna, z którą pracuję, nie powiedziałaby mi: „Świetnie! Znam ludzi, którzy mogą to dla ciebie zrobić”. Dzisiaj jest moją wspólniczką. A ja marzyłem o stworzeniu kosmetyków z dobrych składników, bez oszukiwania, takich bliżej natury, ale jednocześnie skutecznych. Udało się. Moja marka nazywa się 24seven Cosmetics. Udało nam się stworzyć kosmetyk o takiej formule, że po miesiącu rzetelnego używania skóra jest odmłodzona o 12 lat.
– Co wiesz o produkcji kosmetyków?
Teraz, po miesiącach bywania w laboratorium, coraz więcej. Ale nie skończyłem żadnej szkoły, w której mógłbym się tego nauczyć, więc lepiej, że to nie ja zabrałem się za robienie mikstur (śmiech). Od tego jest magister farmacji Małgorzata Trojanowska. O, wiesz, czego nauczyłem się w „Top Model”? Że każda rasa potrzebuje innych kosmetyków. A my stworzyliśmy takie, które będą dobre dla wszystkich.
– Kim dzisiaj jesteś?
Aktorem bez szkoły. Producentem kosmetyków, też bez szkoły. Wychodzi na to, że nieukiem (śmiech). A tak poważnie to czuję, że moje życie stało się spokojniejsze i po wielu latach miotania się znalazłem przestrzeń, w której chcę się rozwijać.
Cały wywiad w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 2 lipca

