Jego życie uległo rozkładowi, tak wpadł w sidła nałogu. Tylko w VIVIE! Filip Chajzer mówi o demonach przeszłości: "Zamykałem się w domu i brałem to świństwo"
Filip Chajzer po raz pierwszy tak otwarcie opowiedział o uzależnieniu i walce z własnymi demonami. Używki miały zagłuszyć cierpienie. Dziś wraca do tamtych chwil z poruszającą szczerością.

Za uśmiechem znanego prezentera przez lata skrywał się dramat, o którym wiedzieli nieliczni. Filip Chajzer w niezwykle szczerej rozmowie opowiedział o uzależnieniu, samotności i bólu, który po stracie syna oraz fali bezwzględnego hejtu zaczął wymykać się spod kontroli. Narkotyki miały na chwilę uciszyć emocje i pozwolić zapomnieć o traumie, ale zamiast ukojenia przyszło jeszcze większe cierpienie. Dziś, po latach walki o siebie, prezenter mówi o swoim nałogu z poruszającą szczerością i odwagą człowieka, który spojrzał śmierci w oczy i postanowił zawalczyć o życie. Emocje, które przelał na karty swojej nowej książki łamią serce. "Jeśli moja historia pomoże chociaż jednej osobie, to warto było to zrobić. Bo jestem przykładem na to, że nie ma sytuacji bez wyjścia i nic nie jest dane raz na zawsze", mówi Katarzynie Piątkowskiej.
Filip Chajzer o uzależnieniu i walce o siebie. Poruszający wywiad VIVY!
– Kiedy pierwszy raz sięgnąłeś po narkotyki?
Późno, jak mówią psychologowie. Miałem 35 lat i zrujnowane emocje. Szatan doskonale wiedział, kiedy i jak zaatakować. Główna teza mojej książki to przedstawienie uzależnienia jako właśnie działania szatana. Nie miałem świadomości, co może się wydarzyć z moim życiem już za trzy miesiące. Nikt mi nie powiedział, jak narkotyki krok po kroku rozkładają życie. Moje życie uległo rozkładowi.
– Podsumujmy w skrócie dla tych czytelników, którzy być może nie wiedzą, co się w Twoim życiu działo, jak wyglądało Twoje ostatnie 11 lat.
To zacznijmy od czasu, gdy miałem 19 lat i zacząłem pracować w mediach. Kariera zawsze była dla mnie bardzo ważna, a ja oddawałem jej całego siebie, pracowałem 24 godziny na dobę.
– Chciałeś być lepszy niż Twój ojciec?
To nie ma z nim nic wspólnego. Po prostu taki się urodziłem, że lubię, jak jest „naj”. Nie lubię półśrodków. Sam narzuciłem sobie takie tempo. Szybko piąłem się w górę, zacząłem prowadzić coraz więcej programów, dostawałem nagrody. W 2013 odebrałem Wiktora z ludźmi, którzy mieli po 60, 70 lat i czekali na tę nagrodę całe życie. A tu wchodzę ja, z pryszczami, i odbieram swoją. Potem były kolejne wyróżnienia. Wszystko przychodziło samo, ale ja czułem coraz większy stres, bo im wyżej idziesz, tym większą uwagę na siebie zwracasz, jesteś celem mniejszych bądź większych ataków. A potem przyszedł najgorszy dzień mojego życia, w którym zdarzył się wypadek, w którym zginął mój syn. Potem była żałoba, potem próba samo*ójcza. Każdy człowiek ma prawo przeżywać żałobę po swojemu. Ma prawo śmiać się, ma prawo chlać, myśleć nieracjonalnie. Ja uciekłem w pracę. Pracowałem jeszcze więcej, jeszcze intensywniej, a wraz z tym intensywniejsze stawały się ataki hejterskie.
– Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego akurat na Ciebie spadł i spada taki hejt?
Podejrzewam, że irytowałem ludzi. Od dziecka mam zdiagnozowane ADHD. Przez lata prowadziłem czterogodzinny program na żywo. A ADHD-owcy mają taką cechę, że szybciej powiedzą, niż pomyślą. Nie ze złośliwości, nie z głupoty, tylko dlatego, że tak działa ADHD. Jesteśmy odbezpieczonymi karabinami. Mamy atypowe mózgi, jesteśmy ekstrawertykami, mamy tysiąc pomysłów na minutę, z których część jest świetna. Ale konsekwencją jest niezrozumienie i krytyka. A ja pracowałem w telewizji, która dawała duże pieniądze i sławę. Było wiele osób, które chciały znaleźć się na moim miejscu. Dzięki rozpoznawalności mogłem też zarabiać pieniądze poza telewizją. Po śmierci Maksa dalej pracowałem w „Dzień dobry TVN”, miałem jeszcze więcej pracy, prowadziłem inne programy, festiwale, eventy. Ale też codziennie czytałem o sobie, że jestem debilem, matołem, pajacem. Poczucie własnej wartości spada w takich momentach do zera. To był już dobry grunt do tego, by sięgnąć po narkotyki albo jakąś inną używkę.

– Aż ktoś wyciągnął do Ciebie rękę… z woreczkiem narkotyków.
To było w pracy, na korytarzu. Skorzystałem. I uzależniłem się od ko*ainy. Ona miała mi pomóc.
– Brałeś na imprezach?
W domowym zaciszu. Zamykałem się w domu, zaciągałem zasłony i brałem to świństwo. Siedziałem z tym sam.
– Kto wiedział?
W moim otoczeniu była to prawda powszechna.
– Rodzice?
Wiedzieli.
– Nie wspominasz o nich w książce.
Dzisiaj myślę, że musiałem to przeżyć w samotności. To jest historia o tym, że jak wszystko się wyje…ie, to liczyć możesz tylko i wyłącznie na siebie. Przebudowałem wtedy swoje życie tak, żeby się zbudować od nowa. Dużo wtedy myślałem o ludziach, którzy są wokół mnie. Okazało się, kto jest moim przyjacielem i kto pojawił się w moim życiu, żeby być dla mnie aniołem na ziemi. Ludzie, o których sądziłem, że zawsze będą… zniknęli.
– Co dawały Ci narkotyki?
Biorąc je, zagłuszałem stres. Sprawiały, że przez chwilę nie myślałem o niczym. O odrzuceniu, o samotności, o hejcie, o wypadku Maksa. Ale też prowadziły do katastrofy, chociaż wtedy tego nie widziałem.
– Nie złościsz się na osobę, która Ci je wtedy dała?
Nie. Mama bardzo mądrze mi kiedyś powiedziała, że jeśli mam jakieś rzeczy do przeżycia, to obojętne, co by się nie działo, będę musiał je przeżyć. Jeśli pisane jest przeżyć śmierć dziecka, musisz ją przeżyć. Pytanie tylko, czy zdasz ten egzamin, czy nie. Powiesisz się czy po 10 latach depresji, nałogu, leczenia, wracania do nałogu, szukania Boga znów poczujesz, że możesz być szczęśliwy? Ale wiesz, ja nie czuję, żeby mój krzyż był wyjątkowo ciężki. Przekonałem się o tym, zapraszając do podcastu osoby, które tak jak ja straciły dzieci. [...]
– Po co napisałeś tę książkę?
Na początku napisałem ją do szuflady. Pisanie, podobnie jak budka z kebabem, były moją terapią. Pisząc, wyrzucałem z siebie wszystko, a prowadząc biznes, nie miałem czasu na nic, ciężka fizyczna praca naprawdę dobrze mi zrobiła. Moja koleżanka z TVN Kasia Olubińska wiedziała, że piszę książkę. Zapytała, czy mogłaby ją przeczytać. Zgodziłem się. Po lekturze zapytała mnie, czy może dać ją do przeczytania komuś, kto jest uzależniony. To ona jako pierwsza zasugerowała, że powinni ją przeczytać inni. Twierdziła, że jeszcze nikt nie nazwał tego tak dosłownie. O alko*olu, alko*olizmie wiemy wszystko. O narkotykach dużo mniej. A w polskich szkołach na porządku dziennym sprzedaje się me*edron… Jeśli moja historia pomoże chociaż jednej osobie, to warto było to zrobić. Bo jestem przykładem na to, że nie ma sytuacji bez wyjścia i nic nie jest dane raz na zawsze. Jeśli jest fantastycznie, doceniaj każdą minutę, bo to nie będzie trwało wiecznie. A jeśli jest bardzo źle, to też nie jest na zawsze. To minie. Obiecuję.
Cały wywiad w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od czwartku, 21 maja

