"Ja jestem polska dziewczynka". Gwiazda "Mamma Mia!" z dumą mówi o swoich korzeniach. Nieliczni znali jej historię
Hollywood dało jej sławę, ale to Polska dała jej korzenie. Christine Baranski od lat z dumą opowiada o rodzinnych tradycjach, dzieciństwie w polsko-amerykańskim domu i ojcu, który zaszczepił w niej miłość do teatru. Choć żałuje, że nie mówi płynnie po polsku, podkreśla, że więź z krajem przodków pozostaje ważną częścią jej tożsamości.

Za ekranowym blaskiem, prestiżowymi rolami i światową rozpoznawalnością kryje się opowieść niezwykle osobista. Christine Baranski wielokrotnie podkreślała, że polskie korzenie są ważną częścią jej tożsamości. W domu rodzinnym pielęgnowano tradycje, wspominano ojczyznę przodków i przekazywano wartości, które – jak wynika z wypowiedzi aktorki – pozostały z nią na całe życie.
Christine Baranski polskie korzenie. Rodzinna historia zapisana w pamięci
Christine Baranski od lat zachwyca publiczność wybitnymi kreacjami aktorskimi, ale za imponującą karierą w Hollywood kryje się również historia głęboko zakorzeniona w rodzinnej pamięci. Urodziła się w 1952 roku w Buffalo w stanie Nowy Jork. Jest córką Virginii Mazurowskiej i Luciena Baranskiego, a jej rodzina należy do trzeciego pokolenia polskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Dzieciństwo spędziła w Cheektowadze – dzielnicy zamieszkanej głównie przez społeczność polskiego pochodzenia, gdzie język, tradycje i kultura przodków pozostawały ważnym elementem codziennego życia.
Jej ojciec pracował w polskojęzycznej gazecie, a rodzinny dom był miejscem, w którym pielęgnowano więź z Polską. Christine uczęszczała do żeńskiej szkoły katolickiej, a następnie rozpoczęła studia aktorskie w prestiżowej nowojorskiej uczelni Juilliard, uznawanej za jedną z najważniejszych szkół artystycznych w Stanach Zjednoczonych.

Karierę rozpoczęła na deskach teatru, gdzie rozwijała warsztat, zanim zwróciła na siebie uwagę szerokiej publiczności. Przełomem okazała się rola w sitcomie „Cybill”, za którą została uhonorowana nagrodą Emmy. Od tego momentu jej nazwisko na stałe wpisało się w grono najbardziej cenionych amerykańskich aktorek. W kolejnych latach stworzyła szereg ról, które przyniosły jej międzynarodową rozpoznawalność. Widzowie pokochali ją jako Diane Lockhart w serialu „Sprawa idealna”, dr Beverly Hofstadter w „Teorii wielkiego podrywu” oraz Tanyę Chesham-Leigh w musicalu „Mamma Mia!”.
Aktorka nigdy nie ukrywała, że polskie pochodzenie jest ważnym elementem jej tożsamości. Polskie tradycje nie były jedynie odświętnym symbolem ani sentymentalnym wspomnieniem. Były ważnym elementem rodzinnego życia. W domu Christine Baranski obchodzono Wigilię, przygotowywano święconkę i z szacunkiem pielęgnowano zwyczaje wyniesione z Polski.
„Ja jestem polska dziewczynka. Dorastałam w polsko-amerykańskiej społeczności. Mój ojciec był dziennikarzem w polskiej gazecie. Nazywała się "Dziennik". Obchodziliśmy Wigilię, była święconka. Znam wszystkie polskie tradycje. […] Straciłam ojca. Był wspaniałym człowiekiem, pracowitym. Straciliśmy go nagle, a moja mama przez wszystkie te lata była matką pracującą, wychowującą dwoje dzieci”, opowiadała [cytat za dzieńdobrytvn.pl].

Christine Baranski żałuje jednej rzeczy
Choć polskie tradycje były obecne w jej domu od najmłodszych lat, Christine Baranski przyznaje, że nie nauczyła się biegle języka polskiego. Aktorka zna jedynie część polskich zwrotów i otwarcie mówi, że tego żałuje. „Znam trochę zwrotów, rozumiem słowa, ale nie potrafię płynnie posługiwać się polskim. Żałuję, bo dorastałam w polsko-amerykańskim domu, w którym tradycja była niezwykle ważna. Moja babcia mówiła wyłącznie po polsku, moi rodzice również między sobą posługiwali się tym językiem…”, relacjonowała w rozmowie z Dawidem Muszyńskim dla Pani.
Jak sama wyjaśnia, zadecydowali o tym rodzice, gdy była jeszcze mała. W tym samym wywiadzie aktorka opowiedziała, że jej starszy brat z najbliższymi rozmawiał wyłącznie po polsku. Gdy rozpoczął naukę w szkole, okazało się jednak, że ma trudności z płynnym posługiwaniem się językiem angielskim, co utrudniało mu codzienne funkcjonowanie podczas zajęć. Christine Baranski, młodsza od brata o dwa lata, znalazła się już w zupełnie innej sytuacji. Rodzice, wyciągając wnioski z wcześniejszych doświadczeń, postanowili zmienić sposób wychowania językowego. Od tego momentu zwracali się do niej wyłącznie po angielsku, chcąc ułatwić córce start w amerykańskiej szkole i oszczędzić jej podobnych trudności.
Sprawdź też: Ma polskie korzenie i długo o tym nie mówił. David Duchovny wrócił wspomnieniami do babci z Warszawy
Dziś aktorka patrzy na tę decyzję z pewnym żalem. Przyznaje, że z perspektywy czasu uważa ją za błąd. Jak podkreśla, miała przecież wokół siebie wszystko, co sprzyjało nauce języka przodków. W rodzinnym domu nie brakowało polskiej muzyki, na półkach stały książki w języku polskim, a atmosfera codzienności była silnie związana z polską kulturą. Mimo to nie opanowała języka w takim stopniu, w jakim – jak sama przyznaje – chciałaby dziś mówić.
Dom, w którym dorastała Christine Baranski, rządził się jasno określonymi zasadami. Jak sama wspomina, panowała w nim atmosfera przywiązania do tradycji, rodzinnych rytuałów i dobrych manier. W jednym z wywiadów aktorka porównała go nawet do świata przedstawionego w serialu „Pozłacany wiek”, w którym występowała. Nie chodziło jednak o przepych, lecz o codzienną etykietę i szacunek wobec rodzinnych zwyczajów. „Bardzo tradycyjny. Trochę przypominał serial „Pozłacany wiek”, w którym obecnie gram. Przestrzegano w nim pewnej – nazwijmy to – etykiety. Na przykład po każdym obiedzie musieliśmy z bratem, wstając od stołu, podziękować całej rodzinie za wspólny posiłek. I robiliśmy to po polsku. Akurat to sformułowanie bardzo dobrze opanowałam. (śmiech)”, mówiła we wspomnianym wywiadzie dla Pani.

Christine Baranski aktorstwo ma w genach
Christine Baranski nie ma wątpliwości, że jej zamiłowanie do sceny nie pojawiło się przypadkiem. Jak opowiada, rodzinna historia od początku była silnie związana z teatrem. Jej dziadkowie, jeszcze przed emigracją do Stanów Zjednoczonych, występowali na scenie polskiego teatru. To właśnie dlatego aktorka z uśmiechem mówi, że miłość do aktorstwa ma wręcz „zapisaną w DNA”. Pierwsze teatralne fascynacje pojawiły się bardzo wcześnie. Podczas wizyt u dziadków zamieniała strych w swoją własną scenę, gdzie z dziecięcą wyobraźnią odgrywała kolejne role z musicalu „Południowy Pacyfik”. Była to zabawa, która – jak wspomina – dawała jej ogromną radość i pozwalała rozwijać wyobraźnię jeszcze na długo przed rozpoczęciem profesjonalnej edukacji artystycznej.
Jednym z najważniejszych wspomnień z dzieciństwa pozostaje jednak chwila, gdy ojciec zabrał ją po raz pierwszy do teatru. Christine Baranski miała wtedy siedem lat. Nie był to przypadkowy spektakl – na scenie występował Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”. To wydarzenie zapadło jej w pamięć nie tylko ze względu na sam występ, ale przede wszystkim z powodu reakcji ojca.
Gdy opadła kurtyna, Lucjan Barański nie krył wzruszenia. Ze łzami w oczach nagradzał artystów gromkimi brawami, głośno wykrzykując: „Brawo!”. Jak przyznaje aktorka, właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyła, jak wielkie emocje potrafi wywołać teatr. Jest przekonana, że to właśnie ten wieczór rozbudził w niej miłość do sceny. Wspomnienie ma dla niej jeszcze bardziej osobisty wymiar, ponieważ jej ojciec zmarł rok później i to właśnie ta chwila pozostała jednym z najcenniejszych obrazów, jakie zachowała w pamięci.
„Gdy tylko opadła kurtyna, usłyszałam, jak tata ze łzami w oczach klaszcze i krzyczy na cały głos: „Brawo!”. Wydaje mi się, że to właśnie wtedy, widząc te emocje, zakochałam się w teatrze. Jest to też moje ulubione wspomnienie związane z tatą, który zmarł rok później”, mówiła w rozmowie z Pani.
Lata później przyszło kolejne przełomowe wydarzenie. Christine Baranski została przyjęta do prestiżowej uczelni muzycznej Juilliard. Pierwszą osobą, z którą podzieliła się tą wiadomością, była jej mama. Obie postanowiły uczcić ten wyjątkowy moment w hotelowym barze. Zamówiły drinki Manhattan z wisienką i – jak z humorem wspomina aktorka – każda wypiła ich chyba po dwa. Do dziś wspomina ten wieczór z uśmiechem, podkreślając, że był to jedyny raz w życiu, kiedy razem z mamą pozwoliły sobie na tak beztroskie świętowanie.

Kraków, który okazał się spełnieniem marzeń
Jakiś czas temu Christine Baranski odwiedziła Kraków. Jak relacjonowała, podróż miała dla niej wyjątkowo osobisty wymiar.
„Uważam, że poznawanie korzeni i odwiedzanie krajów, z których pochodzą nasi przodkowie, pozwala lepiej zrozumieć własną historię, nawiązać kontakt z przeszłością. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale w Krakowie czułam się jak w domu. Oczarowały mnie brukowane uliczki i stare kamienice. A jedzenie? Wyborne! Smakowało jak to, które robiły moja mama i babcia – tylko było jeszcze lepsze. Jestem pewna, że wrócę”, mówiła Dawidowi Muszyńskiemu w Pani.