Andrzej Saramonowicz
Fot. Adam Pluciński/MOVE
niezwykłe relacje

Rodzic jak latarnia morska — Andrzej Saramonowicz o roli ojca

Moje córki są ode mnie inteligentniejsze — mówi scenarzysta i reżyser filmowy, twórca „Testosteronu” i „Lejdis”

Redakcja VIVA! 23 września 2022 18:45
Andrzej Saramonowicz
Fot. Adam Pluciński/MOVE

Konstancja, moja pierwsza córka, urodziła się po czterech latach starań o dziecko. To wystarczająco długi czas, by mieć pewność, że się chce być rodzicem świadomym. My z Małgosią tę pewność mieliśmy. I to nam pomogło przejść w miarę bezboleśnie przez te cztery trudne lata, bo czekanie na dziecko jest niezwykle ciężkim doświadczeniem dla psychiki współmałżonków. Bardzo często ludzie tak się skupiają na „zadaniu”, że zapominają o  innych sferach życia, które powinny ich łączyć. A potem – kiedy już takie długo oczekiwane dziecko się pojawi – przechodzą kryzys, bo się od siebie oddalili. Andrzej Saramonowicz opowiedział o roli ojca dla magazynu "Uroda Życia" w lipcu 2015 r. 

Andrzej Saramonowicz o żonie, Małgorzacie

Bez żadnej przesady można powiedzieć, że swoją żonę Małgosię znam od  zawsze. Związaliśmy się z  sobą, mając po  19 lat, a  poznaliśmy się w  wieku lat 17. Śmiejemy się, że zbliżył nas generał Jaruzelski, bo  oboje chodziliśmy do  różnych liceów, ale jak się zaczął stan wojenny, to  młodzież z  tych szkół zaczęła się integrować w  proteście przeciw reżimowi komunistycznemu. No i my zintegrowaliśmy się tak ściśle, że jesteśmy już z  sobą 31 lat. To  całe nasze świadome życie, dlatego niewiele wiem o  sobie bez niej. Bo właściwie nigdy bez siebie nie funkcjonowaliśmy. Taki związek, który się konstytuuje na  początku dorosłego życia, jest inny niż te późniejsze, bo  my  razem dojrzewaliśmy do  wszystkiego: intelektualnie, duchowo, społecznie, do  rodzicielstwa. Tak więc czasami nie wiem, co  we  mnie nie jest nią i  na  odwrót.

Czytaj również: Andrzej Saramonowicz o żonie: "Żyję z aniołem, więc cały czas muszę patrzeć w niebo"

Andrzej Saramonowicz i Małgorzata Saramonowicz, "Viva!" listopad 2015

Andrzej Saramonowicz i Małgorzata Saramonowicz,
Fot. Bart Pogoda/AF PHOTO
Andrzej Saramonowicz i Małgorzata Saramonowicz,
Fot. BART POGODA/AF PHOTO

Tata na  porodówce

Byłem przy porodach obu swoich córek: Konstancji i  Rozalii. Konstancja rodziła się w  potwornie mroźny grudniowy dzień. Kiedy wybiegliśmy z  domu do  szpitala, okazało się, że nie mogę otworzyć samochodu (to  było wiekowe renault 25), bo  wszystkie zamki są zamarznięte. Jedyny zamek, który udało mi  się cudem otworzyć, był od  bagażnika, więc przecisnąłem się przez bagażnik do  wnętrza, wyważyłem zamki i wypchnąłem drzwi. Potem okazało się, że zamarzł też wentylator. Małgosia skręcała się na  tylnym siedzeniu, a  ja, wycierając od  środka szybę, która co  chwila pokrywała się parą, pędziłem przez oblodzone ulice.

Uważam, że to, by facet był przy porodzie swoich dzieci, jest równie ważne jak  obecność przy ich poczęciu. To  rodzi wielką bliskość nie tylko z  dzieckiem, które przychodzi na  świat, ale przede wszystkim z  kobietą. Rodzenie dziecka jest dla kobiety bez wątpienia jednym z fundamentalnych, wręcz granicznych momentów w  życiu. Nie wyobrażam sobie, bym w  tym czasie pił pępkową wódeczkę z  kumplami. Dziwią mnie ludzie, którzy obawiają się, że „fizjologiczna estetyka” porodu (która ukazuje kobietę bez makijażu, krzyczącą i spoconą z bólu, z drogami rodnymi rozpychanymi przez główkę dziecka) odbierze im późniejszą przyjemność z  życia intymnego. Po  pierwsze, ci ludzie chyba nigdy razem nie wymiotowali po  imprezie, a po drugie: jeśli ktoś ma  takie zahamowania, zrejteruje ze  wspólnego życia przy pierwszej lepszej trudności. Bycie z  sobą – zwłaszcza kiedy pojawiają się dzieci – jest jak himalajska wspinaczka po  ekstremalnej ścianie w  sezonie zimowym. Muszę mieć całkowitą pewność, że partner, z  którym wiszę na  jednej linie, właściwie zakłada tzw. stanowiska. I  że jeśli odpadnę od  ściany, to  zdoła mnie uratować.

Pierwsze 45 minut po  porodzie Konstancji były dla mnie czasem całkowitej magii. Lekarze i  położne zajęli się Małgosią, a  mnie zostawiono z  moją świeżo narodzoną córeczką. Nie spała. Patrzyliśmy na  siebie. Ona, mrużąc oczy od  światła, ja  – ocierając je  od  słonej wody, która nie wiadomo skąd się w  nich pojawiła. To wówczas – w  trakcie tych trzech kwadransów – zostałem naprawdę ojcem. Przez refleksję – „to  moja córka, jestem jej ojcem” – która w  najsilniejszy z  możliwych sposobów połączyła mój umysł z sercem nieodwracalnie.

Konstancja (tu czeroletnia) jest spokojna, rozumna, niekłopotliwa. Nawet bunt trzylatka przeszła łagodnie...

andrzej saramonowicz o córkach żonie byciu ojcem
Fot. archiwum prywatne

Andrzej Saramonowicz o rodzicielstwie

Zostaliśmy z  Małgosią rodzicami po  trzydziestce. To dobry wiek, bo jeszcze ciągle byliśmy silni fizycznie, ale już nie mieliśmy tej traumy rodzicielstwa zbyt wczesnego: „Dżizas, kolejny weekend mija, kumple się bawią, a  ja  nie mogę się narąbać, bo nie mam z  kim zostawić dziecka. Tracę życie!”. Szczęśliwie ani ja, ani Małgosia nigdy nie myśleliśmy, że cokolwiek tracimy. Wprost przeciwnie – uważam, że wiele zyskaliśmy. Przede wszystkim nową przestrzeń emocjonalną. Miłość do  dziecka i  miłość, którą dziecko oddaje, to niebywałe katalizatory energii, przy tym całym zmęczeniu fizycznym.

Nie mam wątpliwości, że bycie ojcem uczyniło mnie lepszym człowiekiem. Głębszym. Choćby przez to, że powiększyła się we mnie sfera odpowiedzialności. Dotarło do  mnie z  całą siłą, że podjąłem zobowiązanie, które jest niezbywalne. Które daje wiele szczęścia, ale bywa też powodem potężnych lęków. Już po miesiącu od  narodzin Konstancji taki lęk się pojawił wraz z  dużym guzem na  jej szyi. Lekarze w  jednym z  warszawskich szpitali nie wiedzieli, co  to  jest, i  zalecali obserwację, a my odchodziliśmy od  zmysłów i baliśmy się najgorszego scenariusza. Absolutny przypadek zdecydował, że Konstancja żyje. Jeden z  moich znajomych zasugerował, bym zabrał dziecko ze  szpitala i  zawiózł do  drugiego, gdzie pracowała jego matka – niezwykle doświadczony chirurg pediatra. I tam się okazało, że Konstancja jest zarażona gronkowcem.

Przywieźliśmy ją dosłownie kilka godzin przez sepsą. W ciągu tych kilku dni niepewności uświadomiłem sobie więcej rzeczy niż przez wiele lat, które przeżyłem wcześniej. I dotarło do  mnie, że relacja rodzic – dziecko jest nieporównywalna z żadną inną relacją, którą się zawiązuje. Nawet największa miłość, która łączy dorosłych ludzi, jest aktem dobrowolnym i odwracalnym. Tymczasem rodzicielstwo jest stanem nieodwracalnym. Nie można przestać być czyimś rodzicem ani  nie można przestać być czyimś dzieckiem. Może dlatego ta  relacja –  jeśli niepoukładana – potrafi nam zadać tyle bólu, jak  żadna inna.

Czytaj również: Jan Peszek szczerze o małżeństwie, alkoholizmie i ojcostwie, które go ocaliło

Gdyby druga była pierwsza

Konstancja była dzieckiem niekłopotliwym. Nawet jej „bunt trzylatka” przebiegał łagodnie, bo ona jest człowiekiem, który od wczesnych lat używał rozumu w  zdumiewająco dojrzałych próbach zrozumienia świata. Rozalia, która urodziła się sześć lat później, jest – nazwę to  łagodnie – dużo aktywniejsza w próbach przeciągnięcia świata na  swoją stronę. Ona już na  poziomie życia płodowego była nadaktywna. Małgosia – moja niesamowicie łagodna i spokojna żona – powiedziała kiedyś, że „gdyby ta druga była pierwsza, to byłaby jedyna”. Tak, Roza dała jej nieźle w kość, chociażby tym, że przez pierwsze trzy lata nie lubiła spać w ciągu dnia, a  w nocy budziła się co  trzy godziny. Dziś nadal ma największą energię z  nas wszystkich i w konkurencji, która w naszej rodzinie osiągnęła wysoki poziom (czyli takiej komunikacji werbalnej, która ma zapędzić adwersarza w kozi róg) potrafi – mimo iż najmłodsza – nieźle nas rozprowadzać po  kątach.

Umiejętność inteligentnego odparowania jest u  nas walutą wysoce cenioną. Ćwiczymy to od  lat i  jak się komuś uda kogoś ładnie zakasować dowcipem, to trzeba mu przybić piątkę, a nie się wściekać. Cieszy mnie też, że  Konstancja i  Rozalia mają poczucie humoru. To  pomaga przejść przez życie z  dystansem.

Między moimi córkami jest prawie sześć lat różnicy. Kiedy zdecydowaliśmy się na  drugie dziecko, byliśmy pewni, że też będziemy musieli korzystać z procedury in vitro. Umówiliśmy się do kliniki w przeświadczeniu, że czekają nas kolejne miesiące lub lata zabiegań o  dziecko. Pamiętam ten moment bardzo dobrze: siedziałem przed komputerem i  pisałem teksty do materiałów promocyjnych o filmie „Ciało”, który nakręciliśmy nieco wcześniej i  który miał wejść do kin. I nagle sobie przypomniałem, że nic nie wiem o terminach w  klinice, a  tam się przecież czeka wiele miesięcy. Więc się zerwałem z  fotela i  krzyknąłem do  Małgosi, która była gdzieś w  mieszkaniu: „Kiedy nas w  końcu umówisz do  tej cholernej kliniki”. A ona wyszła z  łazienki i  powiedziała: „Nie idziemy do  żadnej kliniki”. Ja  na  to: „Jak to  nie idziemy?  Zwariowałaś?!”, a ona: „Nie musimy”. I położyła mi na biurku test ciążowy z dwiema niebieskimi kreseczkami... 

Konstancja jest już prawie dorosła, Roza lubi o  sobie myśleć, że jest dorosła, ale ciągle jeszcze nasze córki lubią spędzać z  nami czas. Robimy razem mnóstwo rzeczy i  dobrze się przy tym bawimy. Bez znaczenia, czy to  są wspólne wakacje, oglądanie filmów, słuchanie audiobooków, granie w  planszówki, rżnięcie w  karty, czy po  prostu rozmowa. Ważne, że jesteśmy razem. Dla moich córek – mimo iż mają własne światy – jest to ciągle ważne. Przynajmniej taką mam nadzieję, bo nie czuję, by się zmuszały do  kontaktu ze  starymi.

Zobacz również: „Nie byłem gotowy na dzieci”. Janusz Józefowicz w szczerym wyznaniu o ojcostwie 

Z młodszą córką, Rozalią. 2008 r. 

andrzej saramonowicz o córkach żonie byciu ojcem
Fot. Krzysztof Kuczyk / Forum

Andrzej Saramonowicz: dumny ojciec dwóch córek 

W  każdej z  córek zauważam coś z  siebie. Konstancja ma  po  mnie skłonność do stania z boku i obserwowania. A Rozalia ma tę potrzebę rozśmieszania ludzi, którą pamiętam również ze  swoich lat dziecięcych. Kiedy miała z  pięć lat, nie więcej, siedzieliśmy z  moją mamą przy stole, a  Roza „przykicała” do  nas i  z  niewinną minką zaświergoliła: „Jestem zajączkiem, który złamał nogę”. „Naprawdę, kochanie?” – zatroskałem się. – „Nie widać…”. Na  co  jej buzia zmieniła się w okamgnieniu z  anielskiej w diabelską i chrapliwy niczym u Nergala głos mojego dziecka – któremu towarzyszyło błyskawiczne walnięcie mnie w udo – oznajmił: „Tobieeee!!!” (śmiech). Babcia ze  śmiechu o  mało nie wykonała zgonu. Ja zresztą też, bo to był żart z tej półki absurdu, który lubię.

Moje córki przewyższają mnie inteligencją. I bardzo mnie to cieszy. Oczywiście bystre dzieci doskonale potrafią doprowadzić do  szału codziennej bezmyślności, ale ilekroć mnie przywiodą na  skraj desperackiej rozpaczy, że nic ich nie potrafię nauczyć, tylekroć przypominam sobie, że moi rodzice również czepiali się różnych zdumiewających pierdół, uważając mnie za  niedorozwiniętego. I odpuszczam. A przynajmniej staram się odpuścić.

Trudno jest znaleźć właściwą relację między byciem rodzicem partnerem a rodzicem bogiem. Po  prostu rodzicem rodzicem. Oboje z Małgosią jesteśmy raczej liberalni, ale nie uważam, że relacje z dziećmi powinny być koleżeńskie. I kiedy nasze córki zaczynają nas traktować jak kumpli, mówimy: „Hola, hola!”. I wprowadzamy stan wojenny. I obcinamy im głowy. I zakopujemy do  ziemi. I oblekamy złym słowem. Na szczęście potem wszystko wraca do  normy i  jest tak dobrze jak dawniej.

Zobacz także: Andrzej Saramonowicz: „Ciągle jesteśmy ze sobą, ale dlatego, że chcemy być razem”

Pozwalać dziecku żyć

Mam nadzieję, że córki mnie lubią. Staram się też być dla nich wzorcem. Także jako facet. Prawdziwy facet nie kłamie, jeśli nie musi. I  mówię im, że je  kocham, choć staram się nie dewaluować słów ponad miarę. Ojcostwo wykuwa się nie przez słowa, ale  postawę. Dla mnie męskość to  dusza opowiadana czynami. Do  związków z  innymi ludźmi własne dzieci wychowuje się przez całe życie. Jako człowiek, który dużo przemyślał w  przestrzeni relacji damsko-męskich, staram się nie dawać dzieciom gotowych recept, ale uświadomić im, jakie reguły gry obowiązują w  życiu.

Nie mam żadnych problemów z  tym, co  trapi wielu ojców: jak zaakceptować innych mężczyzn w  życiu córek? Takie traumy przeżywa się zresztą znacznie mocniej, kiedy córka jest mała, ma  dwa-trzy latka, popyla na  rowerku po  podwórku, a  tatuś myśli: „I  jakiś zarośnięty palant ma  ją kiedyś całować w  kark   I  trzymać za  udo   Po  moim trupie!”. Ale kiedy córki dojrzewają, trzeba odcinać pępowinę i  pozwolić im przeżyć własne życie. Jedyne, co  mogę, to  nauczyć córki, gdzie w  życiu spodziewać się zasadzki, a  gdzie nagrody. I  jak właściwie odczytywać innych ludzi. Ale nie chcę nad nimi wisieć jak strażnik.

Wiem też, że trzeba dziecku pozwolić popełniać jego błędy. Nie jest to  łatwe, zwłaszcza gdy widzisz jeszcze ten moment przed błędem. Jeszcze można go powstrzymać, a  twoje dziecko tego nie widzi lub widzieć nie chce i  brnie wprost w  katastrofę. Co  wtedy robić   Właściwie ocenić zagrożenia. Jeśli są naprawdę znaczne, trzeba wkraczać i  interweniować. Odpowiedzialna miłość wymaga czasem interwencji. Ale powinno się bardzo pilnować, by  nie zwyciężyła w  nas posesywność. Ta  zmora, która szepcze, że moje dziecko jest moje i  mam do  niego bezterminowe prawo.

Czytaj także: Hanna Konarowska o swojej mamie Joannie Szczepkowskiej: „Mama z mojego dzieciństwa była po prostu królową

Andrzej Saramonowicz w sesji dla magazynu "VIVA!" 2015 r. 

Andrzej Saramonowicz
Fot. Bart Pogoda/AFPHOTO

Aplikacja „Tata”

Jestem przekonany, że kiedy mężczyzna poukłada sobie w głowie hierarchie wartości i nie będzie się chował przed odpowiedzialnością za własne życie, to ojcostwo – będące odpowiedzialnością za życie cudze – też nie będzie trudne. Dla mnie jest to jedna z najcenniejszych moich odsłon. Od  kiedy włączyłem w sobie aplikację „Tata”, nie umiem ani  nie chcę jej wyłączyć. I  nawet kiedy wydaje mi  się, że mógłbym sobie wyobrazić życie bez codziennego kontaktu z Małgosią, to nie mógłbym bez codziennego kontaktu z córkami.

Zdumiewają mnie mężczyźni, którzy są ojcami weekendowymi nie tylko dlatego, że tak ułożyło się ich życie, ale dlatego, że chcą tacy być. Że przypominają sobie o dzieciach od  czasu do  czasu. Takich opisałem w powieści „Chłopcy”. To rzecz o męskiej nieodpowiedzialności w budowaniu relacji uczuciowych. Z kobietami, ale także z dziećmi. Ale także o  tym, jak wielki wysiłek musi włożyć facet, by  tę swoją nieodpowiedzialność (w  którą wpycha go struktura współczesnego świata) sobie uświadomić, a  potem przetransponować w  odpowiedzialność. Co  bardzo trudne, bo  odpowiedzialność zawsze wygląda na mniej kolorową niż krzykliwy infantylizm.

Zdumiewają mnie też faceci, którzy wyprowadzili się z  domu, gdzie były ich dzieci, i żyją z  kobietami, które mają własne dzieci. Broń Boże nie potępiam ani nie oceniam takich wyborów. Mówię tylko, że to dla mnie rzecz niepojęta, bo ja bym nie wiedział, jak wytłumaczyć swoim córkom, dlaczego mieszkam z  tamtymi dziećmi, a  nie z  nimi. Dla mnie to  rodzaj znacznie poważniejszej zdrady niż to, co klasycznie uznaje się za zdradę. Bo dla mnie być rodzicem to pozwolić dzieciom na  nieustanny dostęp do  siebie. Przeżyłem już tyle nocy w życiu, w których nagle drzwi się otwierają i jakiś zaspany stwór przychodzi, kładzie się przy tobie, bo mu się coś złego przyśniło. I ja  mam tam być. Rodzic ma  być jak ta  cholerna latarnia morska. Ma trwać niewzruszenie i świecić. Owszem, to  wkurzające, że przez większą część życia świeci się nie wiadomo po  co, bo  jest ładna pogoda i dobra widoczność. Ale przychodzi taki moment, że jest się potrzebnym. I nigdy nie wiadomo, kiedy ten moment przyjdzie. Właśnie dlatego, czy ci się podoba, czy nie – masz trwać przy dziecku. 

TEKST: Marzena Rogalska

Wideo

Za nami 25 lat tworzenia magazynu VIVA!. Tak wraz z gwiazdami zapamiętaliśmy ten wyjątkowy czas

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

MARIA DĘBSKA ma 31 lat i na koncie wiele wspaniałych ról. Nam opowiada o tym, dlaczego nie została pianistką, gdzie najlepiej łapie dystans i za co kocha podróże. AGATA WĄTRÓBSKA I JANUSZ CHABIOR w dowcipnej i pełnej czułości rozmowie o swoim związku, ukochanych psach i magii małżeńskiej obrączki. MOHAMED AL-FAYED: egipski miliarder, właściciel paryskiego Ritza, ojciec kochanka księżnej Diany, bohater „The Crown”. Kim jest naprawdę? KASPER BAJON: scenarzysta, pisarz, reżyser. Fachu filmowego uczył się od swojego ojca, reżysera Filipa Bajona. Czy dziś słucha jego uwag?