Zakopane 18.02.1958 r. Krzysztof Komeda Trzcinski i Zofia Komedowa
Fot. Zakopane 18.02.1958 r. Krzysztof Komeda Trzciński i Zofia Komedowa Zdj. Wojciech Plewiński/Forum
NIEZWYKŁE HISTORIE

Krzysztof Komeda i Zofia Komedowa: jazzman i jego muza. Historia wyjątkowej miłości

Poznaj niezwykłą historię ich relacji

Dorota Falkowska 23 kwietnia 2021 13:03
Zakopane 18.02.1958 r. Krzysztof Komeda Trzcinski i Zofia Komedowa
Fot. Zakopane 18.02.1958 r. Krzysztof Komeda Trzciński i Zofia Komedowa Zdj. Wojciech Plewiński/Forum

On kształcił się na lekarza, a jazz miał mu towarzyszyć tylko po godzinach pracy. Ona kochała muzykę i zaraz po wojnie, w latach 50. związała się ze środowiskiem jazzowym. Kiedy się poznali, byli pewni dwóch rzeczy: że będą razem na zawsze, a Krzysztof Komeda zostanie słynnym jazzmanem. 

Krzysztof Trzciński

Osobny – tak o nim mówili. Czyli taki człowiek, po którym za wiele nie widać. Miły i uśmiechnięty, ale mruk. W dzieciństwie chorował na polio, przez co utykał na jedną nogę, a do tego był rudy, o czym ciągle przypominała mu jego matka, więc już od małego nabawił się sporo kompleksów. Na dodatek niewiele po sobie pozostawił, ani listów, ani dziennika. Naturalnie poza genialnym, muzycznym dobytkiem. To, jaki był, wiemy głównie ze wspomnień jego żony, Zosi. A te wspomnienia często były sprzeczne z tym, co pamiętają o nim inni. 

Zośka Lachowa

Zosię nazywali Szaloną Dziewczyną, nie bez powodu. To dla niej Krzysztof Komeda skomponował utwór „Crazy Girl”. A poza tym szaleństwo podążało za nią na każdym kroku. Ze swoją iskrą w oku i długim blond warkoczem olśniewała na salonach, piła wódkę i tańczyła w Klubie Środowisk Twórczych. Jazz był wtedy zakazany, a ją na długo przed poznaniem Komedy, ciągnęło do tego środowiska i uczestniczyła w wielu festiwalach jazzowych. Kochała muzykę, choć nigdy nie grała na żadnym instrumencie. Lubiła za to słuchać. 

Pierwsze spotkanie Zofii Komedowej i Krzysztofa Komedy

Ta miłość do muzyki ich ze sobą połączyła i doprowadziła do pierwszego spotkania. W pewne Zaduszki, a dokładniej w Zaduszki Jazzowe w Krakowie, Zosia zasłuchała się w tego pochłoniętego w swojej grze złotorudego chłopca, jak go później nazwała. Z miejsca ją zachwycił i już wtedy wiedziała, że zrobi z niego najpopularniejszego jazzmana w Polsce. 

Czytaj także: Wymodliła go, poderwała i doprowadziła do ślubu: o miłości Aliny Janowskiej i Wojciecha Zabłockiego

Warszawa, 1965. Krzysztof Komeda Trzcinski
Fot. Warszawa, 1965. Krzysztof Komeda Trzcinski Zdj. Marek Karewicz/Forum

„Zrobię z ciebie muzyka”

Spotkali się na tym samym festiwalu rok później. Wtedy Zosia awansowała już na prezesa krakowskiego Jazz Klubu. Nie było wtedy osoby, która by jej nie znała. Była wtedy „słynną Lachową” (nazwisko po pierwszym mężu), chodzącą legendą w jazzowym światku. Jego też już rozpoznawano jako „słynnego Trzcińskiego”, bo nie używał jeszcze swojego pseudonimu. Zresztą w tamtym czasie wcale nie miał zamiaru niczego zmieniać. W jego planach było uprawianie jazzu po godzinach pracy, a w ciągu dnia pełnienie obowiązków młodego lekarza laryngologa. Wybierał się nawet do Pragi po dalszą edukację. 

Wszystko zmieniło się tego wieczoru, gdy poznał Zosię osobiście. Od razu pogrążyli się w rozmowie. Wymknęli się z odgrywanego wówczas jam session, żeby całą noc spacerować po Wawelu, pić wino i zwierzać się sobie ze swoich marzeń. 

„On mi się zwierzył, że chce stworzyć zespół i szuka muzyków, którzy by mogli grać modern jazz. Powiedziałam: »Ja ci pomogę w tym wszystkim«. Od tego czasu wiedzieliśmy, że będziemy razem. To zaskoczyło nas oboje. Był zamknięty w sobie, a wszystko mi opowiedział tej nocy” – powiedziała Zofia Komedowa dla „Gazety Wyborczej”.

Pierwsze koncerty Krzysztofa Komedy

Zosia dotrzymała słowa. Na początku pracowała z zespołem Krzysztofa bezpłatnie, organizowała wyjazdy i dbała o to, żeby w ich grafiku ciągle coś się działo. Z czasem ten grafik wypełniony był tak bardzo, że młody jazzman nie umiał pogodzić koncertów z pracą lekarza. Miał problemy, żeby się zwalniać na wyjazdy i szukać zastępstwa. „Uwolniłam go od tego”, powiedziała Zosia. „Powiedziałam mu, że on może być tylko muzykiem”. Komeda posłuchał, poszedł do kliniki i tym samym pożegnał się z karierą laryngologa. W tym samym dniu rozstał się też poniekąd ze swoją rodziną, bo kiedy jego rodzice usłyszeli, co zrobił, to go wyklęli. Matka wystawiła mu za drzwi kołdrę i sześć ręczników i pojechali z Zosią do jej mieszkania, do Krakowa. W 18-metrowej zawilgotniałej kawalerce zaczynali nowe życie. 

Ślub Komedów w Święto Zmarłych

W 1958 roku, pod koniec października biorą ślub, co spotyka się z kilkoma pretensjami, bo jak to tak, „Święto Zmarłych, a wy ślub bierzecie”. Ale ta data nie była przypadkowa, bo właśnie wtedy muzycy z całej Polski zjechali się do Krakowa na Zaduszki Jazzowe. Zosia wspomina, że w tym dniu było tłoczno i wesoło. Panna młoda miała na sobie sukienkę z materiału bouclé kupionego w komisie, którą sama sobie uszyła. Nie był to jej krawiecki debiut, bo Zosia w ogóle wtedy dużo szyła. Tak zarabiała na dom, bo nie utrzymaliby się z pensji Krzysztofa. „Komeda zaczął zarabiać dopiero przed śmiercią. Właściwie jak zaczął zarabiać, to umarł”, podsumowała dla „Gazety Wyborczej”. 

Krzysztof Komeda: życie na Żoliborzu 

Dwa lata po ślubie przenoszą się z małym Tomkiem, synem Zosi z pierwszego małżeństwa, z Krakowa na warszawski Żoliborz. On całymi dniami komponuje, a ona dba o dom i o ich utrzymanie. Wieczorami wychodzą do SPATiF-u, żeby zrelaksować się wśród grona znajomych i przyjaciół i zwyczajnie upić. „Świadomie Komedę upijałam. Żeby się odprężył - tyle pracował. Ale i tak następnego ranka siadał przy pianinie”, wspominała. Kiedy komponował, oddawał się temu zajęciu w stu procentach, a świat mógł dla niego nie istnieć. Zosia co jakiś czas przerywała mu sesje i odciągała go od pracy, ale czasami przeszkadzało mu to na tyle, że przerywał to, co robił, dzwonił do przyjaciela, a potem dawał mu 200 złotych na imprezę w klubie, byleby tylko zabrał Zosię ze sobą. 

Ciemna strona małżeństwa Komedów 

On był z natury cichy i potulny, a ona awanturna i despotyczna. Nie raz dochodziło między nimi do starć. To właściwie nie były kłótnie, bo Komeda się nie kłócił. „To ja na niego krzyczałam, potrafiłam mu walizkę wystawić, wypchnąć go i zamknąć drzwi. Ale jak się wykrzyczałam tak ze 40 minut, to mi się go żal robiło i myślałam, gdzie on poszedł. Otwieram drzwi, walizka stoi i on – twarzą do drzwi. Bez słowa. To ja walizkę z powrotem i mówię: »Chodź tutaj. Już mi przeszło«” – wspominała Zofia Komedowa na łamach „Gazety Wyborczej”. 

Incydent z walizką za drzwiami wydarzył się, gdy Zosia dowiedziała się o jego zdradzie z pewną aktorką. Tych zdrad w ogóle było kilka, a każdą z nich Komedowa bardzo przeżywała. Jemu z kolei bardzo imponowało, że się podoba kobietom. Ostatecznie był zakompleksionym, rudawym chłopakiem, który bardzo chciał zrobić na kimś wrażenie. Po karczemnych awanturach Zosia przymykała oko na te romansowe epizody. Za bardzo go kochała. 

Ustronie Morskie 1958. Koncert zespołu jazzowego Melomani.
Fot. Ustronie Morskie 1958. Koncert zespołu jazzowego Melomani. Nz. od lewej: Andrzej Trzaskowski, Witold Sobociński, Andrzej "Idon" Wojciechowski, Krzysztof Trzciński (Komeda) i Jerzy "Duduś" Matuszkiewicz. bpt/meg PAP/Reprodukcja Zdj. CAF/PAP

Era Hollywood i Kołysanka Rosemary

W 1967 roku Roman Polański roztoczył przed Komedą wizję wielkiej kariery i ściągnął go do Stanów. Z miejsca zatrudnił go jako kompozytora muzyki do jego filmów. Dla ledwo utrzymującego się muzyka w komunistycznej Polsce Komeda awansował na kompozytora u samego Polańskiego. Czekały na niego willa, szybkie samochody i opalone dziewczyny na tle zachodzącego słońca. Czekała prawdziwa kariera. 

Zosia nie patrzyła na pomysł z przeprowadzką do Hollywood przez te same różowe okulary, co jej mąż. W ogóle jej się ta wizja nie spodobała. Liczyła bardziej na to, że będą mieszkać gdzieś w Europie, jeśli nie w Polsce, to chociażby w Londynie lub Rzymie. 

Krzysztof Komeda zachłysnął się Ameryką. To była miłość od pierwszego wejrzenia. W końcu poczuł się prawdziwie wolny i ogromnie doceniany. Doceniany do tego stopnia, że dyrektor artystyczny Paramountu zrobił sobie z nim zdjęcie i powiesił nad biurkiem. Dnie wypełniana mu praca, a noce imprezy z Romanem Polańskim, pięknymi młodymi aktorkami i ludźmi ze świata filmu. Upijał się tam w doborowym towarzystwie, a rano wracał do pracy. 

W tym czasie powstał film „Dziecko Rosemary” w reżyserii Polańskiego oraz jedna z najpopularniejszych ścieżek dźwiękowych autorstwa Komedy. Zarówno film, jak i muzyka okazały się hitami. Słynną kołysankę słychać było zewsząd. Nucił ją cały Nowy Jork. To miał być początek świetlanej kariery. 

Zobacz też: To była miłość od pierwszego wejrzenia. Małgorzata i Paweł Królikowscy byli razem ponad 30 lat

Tragiczny koniec. Wypadek Krzysztofa Komedy

W Hollywood Komeda poznał się z Markiem Hłasko. To był duet nierozłączny. Zosia ujęła ich relację w słowa: „Bardzo się pokochali”. Pewnego wieczoru opijali razem kolejny sukces Krzysia i w pijackim amoku włóczyli się w okolicach jego willi w Beverly Hills. Rozprawiali o czymś, może trochę się sprzeczali i w pewnym momencie Komeda się zamyślił. To było takie typowe dla niego zachowanie, ale może Hłasko nie do końca o tym wiedział. Chciał zwrócić na siebie jego uwagę i szturchnął go łokciem. Ten zachwiał się i spadł ze skarpy, uderzając się w głowę. Hłasko próbował mu pomóc, podbiegł do niego i chciał go wnieść na górę, ale po drodze obaj upadli. Ostatecznie udało mu się zadzwonić po karetkę. 

Na miejscu wykonano Komedzie badania, ale nie wskazywały na nic groźnego. Przez następne tygodnie muzyk słabo się czuł, ale nie połączył tych objawów z wypadkiem. Mówił, że to początki grypy. W pewnym momencie zemdlał i nigdy do końca się już nie ocknął… Okazało się, że to krwiak mózgu. 

Zosia o jego stanie dowiedziała się dopiero po dwóch tygodniach. Kiedy tylko przyjechała do Stanów, nie odstępowała swojego Krzysia na krok. Trzymała go za rękę. 

„Jak przyjechałam do Ameryki, to na mnie reagował. Jedną stronę miał sparaliżowaną, a drugą rękę trzymał w mojej dłoni i kciukiem mnie głaskał. Ja opowiadałam, on słuchał. Myślę, że słyszał” – mówiła Zofia Komedowa. Hłasko też wiernie trwał przy łóżku przyjaciela i wyrzucał sobie, że to on jest temu wszystkiemu winny. 

Zosia zorganizowała przewiezienie męża ze Stanów do Polski, żeby na miejscu został poddany operacji. Bardzo ufała polskim lekarzom, ale przyjechali za późno. Krzysztof Komeda zmarł po pięciu dniach pobytu w polskim szpitalu, 23 kwietnia 1969 roku. Na jego pogrzebie, na warszawskich Powązkach, zagrano Kołysankę z „Dziecka Rosemary”. 

Zosia Komedowa nie wyszła ponownie za mąż. Zmarła 20 sierpnia 2009 roku.  

Krzysztof Komeda
Fot. PAP

Wideo

Piękni, szczęśliwi, zakochani. Tak Karol i Małgorzata Strasburgerowie pozowali w sesji dla VIVY!  

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

NATALIA KUKULSKA Z CÓRKĄ ANNĄ: Wzruszająca rozmowa o tym, jak być matką, kiedy samej się jej nie miało. JUSTYNA I JAKUB PRZYGOŃSCY: Motocyklista i kierowca rajdowy i współwłaścicielka modowej marki – jak łączą życie rodzinne z pasją i pracą? DEKADA GIERKA: Dlaczego lata 70. wciąż fascynują i inspirują? LILIANA GŁĄBCZYŃSKA-KOMOROWSKA: Aktorka i reżyserka, kobieta po przejściach, celebruje dojrzałą miłość. Matka ANNY LEWANDOWSKIEJ – MARIA STACHURSKA snuje historię cioci Stanisławy, położnej w hitlerowskim obozie koncentracyjnym.