Nie chciano im dać ślubu! Jacek Jeschke i Hania Żudziewicz pierwszy raz o problemach wokół wesela we Włoszech: „Goście czekali i o niczym nie wiedzieli”
To miał być jeden z najpiękniejszych dni w ich życiu. Malownicze Włochy, wymarzona ceremonia i najbliżsi obok. Jednak niewiele brakowało, a ślub Hanny Żudziewicz i Jacka Jeschke w ogóle by się nie odbył. W rozmowie z Rafałem Kowalskim w ramach cyklu Domy Gwiazd para po raz pierwszy tak szczerze opowiedziała o kulisach ceremonii i stresie, który przeżywali tuż przed wejściem do kościoła. Choć dziś wspominają ten dzień z uśmiechem, w pewnym momencie sytuacja była naprawdę dramatyczna.
Hanna Żudziewicz i Jacek Jeschke otworzyli przed Rafałem Kowalskim drzwi do swojego dwupoziomowego mieszkania. W najnowszym odcinku formatu Domy Gwiazd wielokrotni zwycięzcy Tańca z gwiazdami pokazali salon, kuchnię, garderobę, sypialnię oraz pokój małej Róży. Podczas szczerej rozmowy nie zabrakło jednak również wspomnień o jednym z najważniejszych dni w ich życiu. Po raz pierwszy opowiedzieli o kulisach swojego ślubu we Włoszech i ujawnili, że niewiele brakowało, by ceremonia w ogóle się nie odbyła. Jak przyznali, przez problemy z dokumentami i formalnościami do ostatnich chwil nie mieli pewności, czy powiedzą sobie sakramentalne „tak”.
"Prawie ślubu nie było"
Rozmowa zeszła na temat organizacji ślubu za granicą. Rafał Kowalski zauważył, że coraz więcej par decyduje się na ceremonię poza Polską, jednak takie przedsięwzięcie wiąże się z ogromnym wyzwaniem logistycznym. Hania Żudziewicz i Jacek Jeschke nie kryli, że sami boleśnie się o tym przekonali. Jak wyznał tancerz, niewiele brakowało, by ich wymarzona ceremonia w ogóle się nie odbyła.
"Wydarzyło się to, że prawie ślubu nie było."
Przeszkodą nie okazały się jednak kwestie organizacyjne czy pogoda, lecz formalności. Para do ostatniej chwili walczyła z dokumentami.
"Dokumenty, żeby to wszystko miało rację. Logistyka była spora. Dowiedzieliśmy się wszystkiego technicznie, wiedzieliśmy jak, no ale później papierkowo, no bo ślub robiliśmy pierwszy raz."
Największe zamieszanie wywołały rozbieżne informacje przekazywane przez duchownych. Jak wspominał Jacek, każda kolejna rozmowa przynosiła inne stanowisko.
"Bo ksiądz na miejscu powiedział, że jest okej, ksiądz, który był na miejscu ślubu powiedział, że nie jest okej. Ksiądz z Polski powiedział, że jest okej."

Decydujący telefon do kurii
Ostatecznie konieczna była interwencja kurii w Genui. Problem w tym, że kontakt z nią wcale nie był prosty.
"Ksiądz, który był tam na miejscu musiał zadzwonić do kurii w Genui, a że oni mieli siestę, to nikt nie odbierał."
Ta chwila oczekiwania wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Dopiero gdy udało się dodzwonić, pojawiła się nadzieja.
"I ktoś powiedział si. I si."
To właśnie wtedy para mogła odetchnąć z ulgą. Jak przyznał Jacek, dopiero tuż przed ceremonią mieli pewność, że ich ślub będzie ważny.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
"Goście nie wiedzieli, że ślub jest opóźniony"
Największy stres przeżywała Hania, która czekała w hotelu i nie wiedziała, jak zakończy się cała sytuacja.
"Mieliśmy najpierw aperitif, więc goście nie wiedzieli, że ślub jest opóźniony. Ale ja, która siedziałam w hotelu, już wiedziałam"
Tancerka bez przerwy próbowała skontaktować się z Jackiem.
"I cały czas dzwoniłam do Jacka i jak już widziałam, że nie odbiera i co on mi mówi, że 15 minut, no to ja już znam męża, że jest po prostu przerąbane, bo nie chciał mówić, co się dzieje."
Choć goście spokojnie korzystali z aperitifu, państwo młodzi walczyli z czasem i formalnościami.
Nie było wymarzonego wejścia do kościoła
Przedłużające się oczekiwanie sprawiło, że Hania musiała zrezygnować z jednego z momentów, o którym marzy wiele panien młodych.
"Ja mówię, ja idę, bo ja swoje wesele przegapię. I nie miałam wejścia takiego, wiecie, do kościoła ładnego w sukni. Po prostu weszłam, była impreza i zaczęliśmy od zdjęć."
Zamiast rozpocząć ceremonię zgodnie z planem, para robiła wszystko, by zyskać dodatkowy czas.
"Zaczęliśmy od zdjęć, podziękowań i tak dalej."
Jednocześnie Jacek przyznał, że byli już przygotowani także na mniej optymistyczny scenariusz.
"Już wiedzieliśmy, że nawet jak tam coś nie wyjdzie, no to zrobimy sobie przysięgę tutaj po swojemu."
Dziś mogą się z tego śmiać
Choć emocji tamtego dnia nie brakowało, dziś wspomnienia wywołują już przede wszystkim uśmiech. Co ciekawe, zdjęcia z włoskiej sesji ślubnej nie zdradzają ani odrobiny stresu.
Jak wyjaśnili, powód jest prosty.
"Sesja była dzień przed, tak, czy dwa dni. Więc to było na spokojnie, byliśmy zrelaksowani."
Patrząc na fotografie trudno uwierzyć, że zaledwie chwilę później ważyły się losy całej ceremonii. Jak pokazuje historia Hani Żudziewicz i Jacka Jeschke, nawet najbardziej dopracowany ślub za granicą może zostać wystawiony na nieoczekiwaną próbę. Na szczęście w ich przypadku wszystko zakończyło się szczęśliwie — choć, jak sami przyznają, niewiele brakowało, by tego dnia powiedzieć sobie "tak" w zupełnie innych okolicznościach.


Cały wywiad obejrzysz na naszym kanale YouTube
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.