W wieku 40 lat uciekła do Maroka, by zacząć od nowa. Ten reportaż działa jak plaster na złamane serce
Maroko Elżbiety Sęczykowskiej nie jest jedynie miejscem na mapie, lecz przestrzenią wewnętrznej przemiany, pamięci i poszukiwania siebie. W reportażu „Trzy kolory Maroka” autorka prowadzi czytelnika przez Tanger, Asilę i kolejne miasta pełne światła, muzyki, zapachów oraz emocji, tworząc niezwykle zmysłową opowieść o podróży – tej geograficznej i tej najważniejszej, odbywającej się w głąb własnego wnętrza.

Poniżej publikujemy fragment reportażu Elżbiety Sęczykowskiej „Trzy kolory Maroka” (wyd. Purple Book), którego premiera odbyła się 6 maja 2026 roku. To nastrojowa, literacka opowieść o kobiecie, która wyrusza do Maroka, by odnaleźć spokój, oddech i własny głos. Autorka z wyjątkową wrażliwością opisuje atmosferę Tangeru i Asili, splatając obrazy oceanu, muzyki gnawa, zapachów mięty i soli z refleksją nad pamięcią, stratą oraz potrzebą nowego początku.
Fragment reportażu „Trzy kolory Maroka” Elżbiety Sęczykowskiej – podróż przez Tanger i Asilę
CZĘŚĆ 1.
PODRÓŻ DO BŁĘKITU
Tanger*. Brama wiatru
3 kwietnia 2018
Wysiadam z promu,
jakbym wychodziła z własnego cienia.
Niebo jest poszarpane, wiatr gorący,
słony, pełen niepokoju.
Szybują nade mną mewy; niosą w dziobach białe okruchy nieba. Port pachnie wilgocią, rybami i czymś jeszcze – czymś starym jak ziemia. Jak decyzja, której nie da się już cofnąć. Przez chwilę mi się wydaje, że słyszę głos matki, choć nigdy tu nie była.
W rękach mam tylko jedną walizkę, a w niej aparat, notatnik, trzy sukienki i list, którego nie odważyłam się przeczytać od dnia, gdy go napisałam. List do siebie. Z tamtego czasu, gdy wszystko jeszcze miało imię.
Teraz dobiegam czterdziestki, jestem wewnętrznie wypalona, doznaję poczucia straty i niewypowiedzianej potrzeby odcięcia się od przeszłości. Uczynienia pierwszego kroku w nieznane. Nie pytam już nawet, co jest na końcu drogi. Idę.
Tanger nie wita mnie uśmiechem. Nie potrzebuje. Jest sobą – surowy, szorstki, czysty, piękny jak początek pieśni, której słów się jeszcze nie zna. Pachnie jak drzwi, które nie są ani zamknięte, ani otwarte, tylko lekko uchylone. Morze oddycha we mnie – jakby z każdym krokiem coś się usuwało. Ciężar, imię, może wspomnienie.
Spacer przez miasto to prawdziwa przyjemność. Moim oczom ukazują się białe mauretańskie domy, intensywnie zielone drzwi z symbolami Fatimy, imponujące rezydencje pamiętające jeszcze czasy francuskich kolonizatorów, piękne parki, kołyszące się na wietrze palmy, tajemnicze zaułki. W jednym z nich fotografuję chłopca z kotem na tle pięknych, starych, zielonych drzwi. Krążąc po zakamarkach miasta, zaglądam niekiedy do prywatnych ogrodów, jeśli pozwala na to niezbyt wysoki mur. Upajam się zapachami egzotycznych kwiatów i podziwiam wspaniałą, bujną roślinność. Pnącza okalające ekspansywnie stare drzewa sprawiają wrażenie wiedźm zagarniających swymi drapieżnymi dłońmi coraz większe ich fragmenty.
Przed znalezieniem noclegu postanawiam jeszcze odwiedzić Muzeum Ibn Battuty, największego średniowiecznego podróżnika – odkrywcy tamtych czasów. Zawsze mnie fascynował.
Ibn Battuta przez trzydzieści lat swej duchowej drogi do Mekki odwiedził większość krajów Afryki, Azji i Europy, dokładnie je zarazem opisując. Stał się tym samym najwspanialszym dokumentalistą tamtego islamskiego świata. Zazdroszczę mu odwagi.
Wieczorem sadowię się na tarasie nad medyną, czyli historycznym starym miastem. Wsłuchuję się w nawoływania muezina do modlitwy. Zdaje się, że jego pieśń niesie się hen, wysoko, ponad minarety i dachy domów, ponad wody, aż do nieba.
Herbata jest gorzka, ale mięta koi spierzchnięte gardło. Zapisuję w notatniku:
Nie jesteś już turystką. Nie jesteś uciekinierką. Jesteś kobietą w drodze. A skoro tak, nie potrzebujesz planu, tylko odwagi.
*
Następnego dnia schodzę wolno wąskimi schodami, które pachną wilgocią i solą. Otwiera się przede mną biały taras kawiarni „Hafa” – tej samej, w której od ponad stu lat przesiadują ludzie szukający w Tangerze czegoś więcej niż zwykłej podróży.
Cafe „Hafa” to nie tylko kawiarnia – to punkt zwrotny, gdzie kultura bierze górę nad turystyczną rutyną. Stoły z widokiem na zamglony Gibraltar, pomarańczowe światło zachodu, śmiechy poetów, których nazwiska słyszało echo ścian – wszystko to sprawia, że każdy, kto tu wstąpi, staje się częścią historii.
Zanim dostrzegę wolne miejsce, sięgam po aparat i robię wnętrzu kilka zdjęć. Siadam przy drewnianym stoliku, pamiętającym dłonie setek wędrowców. Zamawiam u kelnera szklankę gorącej herbaty z miętą. Doznaję uczucia, że w tym naparze zamyka się cały smak Maroka – ostry, słodki, zielony i nieco gorzki.
Kieruję wzrok na morze – w stronę cieśniny, która dzieli dwa światy i łączy z sobą dwa kontynenty. I wtedy sobie przypominam rozmaite opowieści: tutaj siadywał Paul Bowles i notował pierwsze zdania o pustyniach i zagubieniu. Tutaj także przesiadywał William S. Burroughs, przytłoczony własnym mrokiem i papierzyskami. Tu bywali Allen Ginsberg i Jack Kerouac – przychodzili patrzeć na fale, zanim ruszali w dalszą drogę.
Kiedyś, mając przed oczami ten sam krajobraz, wyobrażał sobie swoje postacie Jean Genet i szukał oddechu Tennessee Williams. Nawet Mohamed Choukri i Tahar Ben Jelloun mówili, że „Hafa” stanowiła dla nich szkołę wolności – miejsce, gdzie można było słuchać i być wysłuchanym.
Teraz siedzę tu ja. Kobieta z zeszytem, która również szuka własnych słów, własnej opowieści. Czuję ich obecność – nie jako cień, lecz znak, że każdy, kto wpada do „Hafy”, staje się częścią tego niezwykłego dialogu między morzem, wiatrem i człowiekiem.
Zapisuję w dzienniku:
W Tangerze wszystko jest początkiem. Herbata smakuje jak zdanie, które dopiero się rodzi. Fale przemawiają językiem poetów. Kawiarnia „Hafa” jest niczym brama, przez którą każdy musi przejść, by spotkać siebie.
*
Na placu Grand Socco jakaś kobieta sprzedaje liście mięty. Jej dłonie przypominają pędy oliwek, są spracowane, ale cudownie żywe. Kiedy ją pytam o drogę do hotelu, nie odpowiada, tylko dotyka mojego ramienia i mówi:
– Nie szukaj mapy. Posłuchaj, dokąd prowadzi cię wiatr.
I wtedy go czuję – ten wiatr znad Atlantyku, który niesie głos. Nie jest to wszakże głos zewnętrzny, raczej coś, co od dawna we mnie milczało, a teraz szeptało: „Idź. Będziesz musiała zgubić się wiele razy, nim odnajdziesz błękit”.
„Tak – pomyślałam – to tutaj się łączą ciemne wody oceanu z jasnymi wodami Morza Śródziemnego, tu splatają swą mokrą, słoną bryzę w całość. One już się odnalazły”.
Nieopodal tego miejsca mała dziewczynka z warkoczykami sprzedaje papierowe chusteczki za parę dirhamów. Kupuję je. Może się przydadzą, gdy trzeba będzie otrzeć łzę?
Asila. Miasto pełne szeptów oceanu
5 kwietnia 2018
Nie wszystkie ściany służą temu, by się od nich odbić. Niektóre uczą, jak słuchać wiatru.
Wyruszam z Tangeru bladym świtem, kiedy miasto jeszcze drzemie w gęstej mgle. Pociąg sunie wolno wzdłuż linii oceanu. Z każdym kilometrem jego oddech się pogłębia, a we mnie cichnie to, co domagało się sensu.
Asila zaskakuje mnie kolorem, spokojem i otwartością. Medyna (centrum) jest tu biała, jakby oczyszczona z historii, ale jednocześnie pełna murali, śladów po festiwalach, muzyce zaklętej w ścianach. To miasto mówi cicho – przez sztukę, światło i zapach soli.
Zapis z dziennika:
W Tangerze ruszyłam. W Asili pierwszy raz poczułam, że jestem w drodze.
Spaceruję ciasnymi wąskimi uliczkami, które kończą się nie nagle, lecz łagodnie… w oceanie. Fale biją o skały i mury, a w ich rytmie odnajduję coś, co przywodzi na myśl bicie mojego serca, kiedy jeszcze wierzyło w miłość.
Na jednej ze ścian widnieje mural z cytatem:
Il n’y a pas de mer sans mémoire*.
Zastanawiam się nad sensem tego zdania. Może właśnie dlatego tu przyjechałam? By poczuć, że pamięć nie zawsze musi boleć. Że może być falą, która zamiast niszczyć, łagodnie obmywa.
Schodzę ku wodzie i zanurzam w niej stopy. Ocean jest ciemny, zimny i ogromny. Brodzę w wodzie pośród płaskich, prawie czarnych ostrych kamieni, które stanowią tu część plaży. Natrafiam na fragment uszkodzonej mozaiki. Zabieram ją ze sobą.
Nieopodal kilku wędkarzy łowi ryby, tworząc malowniczy obraz na tle zachodzącego słońca. Nie umiem się oprzeć przed zrobieniem im zdjęcia, choć wiem, że to kicz.
*
Niedługo później siadam na murach obronnych Asili i spoglądam na Atlantyk, który uderza o skały. Wiatr niesie zapach soli i krzyk tutejszych mew. W powietrzu wibruje echo barwnych murali, zostawianych tu co roku przez artystów z całego świata.
Mimo to miasto błyszczy bielą, a jego uliczki zdają się mówić: sztuka jest sposobem na oddychanie.
Z dziennika:
Asila przypomina, że piękno jest wciąż żywe. I nie potrzebuje innego uzasadnienia niż samo istnienie.
*
Kiedy wracam z pustej plaży, słyszę dźwięki muzyki gnawa. Jeszcze jej wtedy nie znałam… Zafascynowana podążam za nimi, za tą marokańską pieśnią niewolniczą, za transowym rytmem sprzed wieków, za afrykańskim rytuałem, w której kobiety i mężczyźni, kręcąc głowami, wprawiają w ruch „pędzelki” na czapkach. Nie rozumiem tej muzyki, ale całą sobą ją czuję.
Zapis z dziennika:
Nie bój się tych miejsc, które nie wołają głośno. Czasem to właśnie one czekają najdłużej.
Podoba mi się tutaj. Atmosfera tego miejsca w przedziwny sposób mnie pociąga. Postanawiam się zatrzymać na dłużej, niż wcześniej planowałam. Tu w Asili powietrze ma smak soli i zapach cynamonu. Ulice zadziwiają bielą wapna i błękitem drzwi; w górze nad dachami domów kołują mewy.
To jest miasto spokoju i zarazem rytmu, gdzie każdy wieczór kończy się muzyką. Na targu w pobliżu murów portugalskiej fortecy spotykam znów grupę muzyków gnawa, mężczyzn w długich tunikach, z bębnami tbel i metalowymi kastanietami qraqeb. Ich muzyka niesie się jak echo po pustyni. Głęboki, transowy rytm i śpiew, w którym czuję tę samą nutę tęsknoty, co w sercu Tangeru – tylko tu ma ona jeszcze głębszy odcień oceanu.
– Znasz sens tego rytmu? – pyta najstarszy z muzyków podczas przerwy na herbatę.
– Nie – odpowiadam – ale czuję go w sobie.
– I słusznie, bo to pieśń o wolności i pamięci. Gnawa to muzyka, w której zaklęte są duchy niewolników i wędrowców. Śpiewamy, by nie zapomnieć drogi.
Sadowimy się później razem na plaży. Słońce na horyzoncie tonie z wolna w wodzie. Kobiety sprzedają na tacach świeże sardynki z cytryną i harissą, a tuż obok młody chłopak smaży kalmary (calamar à la plancha). Z pobliskiego stoiska płyną zapachy mięty, kolendry i chleba khobz. Jem powoli, słuchając dźwięków, które wydają się łączyć niebo z ziemią.
*
Po zmroku trafiam do małego antykwariatu przy rue Hassan II. W środku panuje półmrok, w nozdrza uderza zapach kadzidła; widzę szkatułki z inkrustowanego drewna i srebrne bransolety z agatem. Do lady podchodzi starszy mężczyzna – właściciel – o oczach jak piasek pustyni i pokazuje ciężki naszyjnik z motywem słońca.
– To berberyjska ochrona – mówi. – Kamień pamięta dotyk ziemi.
– Czy sprzedaje pan wspomnienia? – Uśmiecham się.
– Nie, tylko rzeczy, które mają duszę.
Kupując bransoletkę, mam wrażenie, że unoszę ze sobą coś więcej – okruch światła, które towarzyszyć mi będzie w dalszej podróży.
W nocy Asila rozbrzmiewa muzyką. Gdzieś w oddali znów słychać śpiew gnawa – a wiatr z oceanu zanosi ich głosy hen daleko, w głąb lądu, ku Fezowi, Marrakeszowi i dalej, aż na skraj pustyni.
Przysiadam obok jednej z białych latarni i kreślę w dzienniku tylko jedno zdanie:
Tu nauczyłam się słuchać, nie mając nic do powiedzenia.
*
Po całym dniu spędzonym na targu i wśród muzyków gnawa zatrzymuję się w małej kawiarence, położonej przy murze nad oceanem. Szyld, wyblakły od słońca i soli, informuje, że to „Café Zahra”. Wnętrze pachnie kawą, farbami i wilgotnym drewnem.
Zaraz przy pierwszym stoliku siedzi mężczyzna z notesem i pudełkiem farb akwarelowych. Ma dłonie poplamione błękitem i oczy, w których migoczą świetlne refleksy odbite od morza.
– Czy malujesz Asilę? – pytam, siadając obok.
– Nie można namalować Asili – odpowiada z uśmiechem. – Można tylko pozwolić, by sama się objawiła. Błękit nie jest kolorem. To sposób oddychania.
– A więc to miasto oddycha błękitem?
– Tak. Ale tylko ci, którzy zatrzymują się tu na dłużej, potrafią to dostrzec.
Cieszy mnie to, co usłyszałam, bo przecież postanowiłam pozostać tu jeszcze kilka dni… „Może uda się odetchnąć błękitem?” – myślę.
Rozmawiamy o sztuce, o ciszy między dźwiękami, o tym, że każda podróż zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy szukać drogi, a zaczynamy słuchać własnych kroków. Na stole stygnie kawa, a zza murów dobiega rytm bębnów gnawa. Miasto, oddychając, szepcze swoje tajemnice.
– Przyjedź pod koniec lipca – mówi malarz z uśmiechem – rozpoczyna się wówczas Asilah Arts Festival. Święto kolorów i spotkań. Ulice wypełniają się malarzami, poetami, muzykami z Afryki, Hiszpanii i Ameryki Południowej. Młodzi artyści malują murale, kobiety sprzedają naszyjniki z bursztynu, a dzieci biegają z pędzlami zamiast latawców.
*
Wracając do mojego małego hotelu, spotykam po drodze ciekawą artystkę z Tangeru. Ma na imię Nadia. Maluje kobiece sylwetki w błękicie i czerwieni.
Zatrzymuję się obok niej, śledząc szybkie ruchy jej szczupłych dłoni, gdy nakłada farbę na płótno.
– Dlaczego te kolory? – pytam zaciekawiona.
– Bo między nimi jest kobieta – wyjaśnia. – Błękit to jej dusza. Czerwień to krew. Kiedy maluję, próbuję połączyć obie: duszę i krew.
– A złoto?
– Złoto to miłość, ale o niej maluje się dopiero po tym, jak się ją utraci.
Przy tych słowach myślę o tym, którego kiedyś zostawiłam tam daleko – o spojrzeniu, które wciąż wracało w snach. O tym, że podróż to także sposób zapominania i pamiętania zarazem.
*
Wieczorem miasto wypełnia się ciepłym światłem i ciszą. Ci, którzy po nim spacerują, przypominają trochę zjawy, zwłaszcza kobiety przemykające w czarnych hidżabach. Ocean lśni jak lustro, a niebo różowieje, jakby świat postanowił się na chwilę zatrzymać i po prostu być pięknym.
Zapis z dziennika:
Asila pachnie słońcem i farbą. W nocy, gdy wszystko cichnie, słychać, jak morze opowiada historie tym, którzy potrafią słuchać. Zrozumiałam, że błękit nie zawsze jest spokojem – czasem jest tęsknotą, czasem niepokojem, który drzemie pod skórą.
Dziś jadłam sardynki z kolendrą, rozmawiałam z artystą o ciszy, a muzyka gnawa brzmiała jak echo modlitwy.
Nie wiem jeszcze, dokąd idę. Ale wiem, że Asila napełniła mnie światłem. Zabiorę je ze sobą dalej, może do Fezu, by rozjaśniło labirynt, który tam na mnie czeka.
CZYTAJ TEŻ: Wygląda jak Sardynia sprzed lat. Ta włoska wyspa to ukryty raj bez tłumów
