Brigitte Bardot: kobieta, która nie podążała za modą. To moda podążała za nią
Zrewolucjonizowała sposób, w jaki kobiety się ubierają, poruszają i patrzą na własną seksualność. Brigitte Bardot nie była tylko ikoną stylu – była symbolem wolności, który zmienił modę na zawsze.

- Redakcja VIVA!
Nigdy nie podążała za modą – to moda podążała za nią. Gdy inne kobiety, chcąc być piękne i zauważane, podporządkowywały się trendom, ona ubierała się dla siebie. Bezczelnie niezależna, bezkompromisowa, daleka od konwenansów. Bardotka to wolność odziana w kobiece szaty. Ale historia tej wolności zaczyna się od ucieczki.
Burza blond włosów, nadąsana buzia, rozchylone usta, talia osy i krągłe biodra – nie było chyba piękniejszej blondynki w historii kina. Ale też aktorki, która tak potrafiła zmienić wizerunek kobiety. Jej ekstatyczny taniec w filmie „I Bóg stworzył kobietę”, pot na twarzy, wirujące w nieładzie włosy i nagie uda wywołały w latach 50. więcej niż szok. To była rewolucja.
A zakazane bikini noszone przez młodziutką Brigitte na plaży w Cannes? Przecież w tamtych czasach kobiety nosiły nobliwe garsonki. Kostiumy kąpielowe zakrywały uda i brzuch, nawet w najbardziej odważnej wersji nie odsłaniały pępka. Papież Pius XII grzmiał, że bikini to grzech i zagrożenie dla moralności.
Ale Brigitte – dziewczyna wychowana w surowej, katolickiej rodzinie – w ogóle się tym nie przejmowała. Była niezależna i wywrotowa. Superkrótkie spódnice i sukienki mini też nosiła jako jedna z pierwszych. Miała piękne nogi i lubiła je eksponować.
Narodziny francuskiej it girl
Jeszcze parę słów o jej początkach, koniecznych, żeby zrozumieć, jak stała się francuską it girl, zanim to określenie w ogóle stało się modne. Urodzona w 1934 roku Bardot jest symbolem Francji czasu „Les Trente Glorieuses” – 30 lat powojennego rozkwitu gospodarczego i obyczajowej rewolucji. Państwo się odbudowywało, burżuazja trwała przy katolickich wartościach, młodzież emancypowała się i tworzyła własny świat. To był również złoty okres francuskiego kina.
Wtedy właśnie Roger Vadim zaproponował jej rolę w „I Bóg stworzył kobietę”. Film wyniósł Brigitte na szczyt międzynarodowej sławy i uczynił mitem. Niezwykłe było to, że Bardot nie przepraszała za swoje pragnienia. Nie wstydziła się ciała. Nie udawała, że nie wie, jak działa na mężczyzn. Była pierwszą Francuzką na ekranie, której seksualność była naturalna i – co najważniejsze – pozbawiona poczucia winy.
Dlatego fascynowała i oburzała jednocześnie. Otrzymywała setki listów – z pogróżkami i wyznaniami miłości. W 1959 roku Simone de Beauvoir w eseju „Brigitte Bardot et le syndrome de Lolita” pisała: „Bardot nie jest ani buntownicza, ani niemoralna; dlatego moralność nie ma z nią szans. Dobro i zło są częścią konwencji, której ona nie ma zamiaru szanować. (…) Pragnienie i przyjemność wydają się jej bardziej prawdziwe niż przykazania i konwencje. Nikogo nie krytykuje. Robi to, co jej się podoba, i to jest takie niepokojące”.
Porzuciła wtedy dziewczęce, rozkloszowane spódnice. Zastąpiły je obcisłe swetry, spodnie rybaczki, później dżinsy. Dekolt przestał być przypadkiem – stał się manifestem. Włosy, coraz jaśniejsze i coraz dłuższe, unosiły się na wietrze w Saint-Tropez.
Mit Bardotki
Obok Coco Chanel była tą Francuzką, która najmocniej wpłynęła na światową modę – nie poprzez projekty, lecz poprzez sposób noszenia ubrań. Zmysłowo, nonszalancko, wbrew konwenansom. Sprawiała, że zwykła koszula zsuwająca się z ramion i rozpuszczone włosy stawały się deklaracją wolności.
Była i pozostaje ponadczasową ikoną, bo jej styl nie miał w sobie nic sztucznego. Nie była gwiazdą wymyśloną przez producentów w filmowych studiach. Miała wrodzoną elegancję, francuskie wyczucie smaku.
Kiedy mówimy „bardotka”, nie myślimy wyłącznie o staniku bez ramiączek. Myślimy o sylwetce – bardzo kobiecej. O ramionach odsłoniętych w bluzce z dekoltem w łódkę (bardot neckline). O wąskiej talii podkreślonej paskiem. O spódnicy w drobną kratkę gingham, która wiruje przy każdym kroku. Brigitte była uosobieniem francuskiej swobody, która nie potrzebuje wysiłku, by zachwycać. Jej styl rodził się na styku niewinności i prowokacji.
Podobno nie było mężczyzny, który mógłby się jej oprzeć. Nie dobiła jeszcze czterdziestki, kiedy miała już za sobą trzy małżeństwa i kilkunastu kochanków. Wśród nich był zakochany w niej po uszy legendarny Serge Gainsbourg. To dla Brigitte napisał najsłynniejszą miłosną piosenkę „Je t’aime… moi non plus”. Uwikłana w małżeństwo z niemieckim multimilionerem Günterem Sachsem, prosiła Gainsbourga, by schował taśmę, którą razem nagrali. Gdy później usłyszała, jak Serge śpiewa tę piosenkę w duecie z Jane Birkin, pękło jej serce. Przyznawała, że jest trudna, impulsywna, że nie sposób jej kochać „na zawsze”. Ale on ją tak kochał – mimo kolejnych związków.
Szafa Brigitte Bardot
Jej garderoba była lekcją prostoty. Bluzki z odkrytymi ramionami stały się jej znakiem rozpoznawczym – podkreślały szyję i obojczyki. Nosiła je do dopasowanych spodni rybaczek, zwanych capri, dżinsów z wysokim stanem albo rozkloszowanych spódnic za kolano. Kochała sukienki w kratę vichy – różowe, czerwone, błękitne. To w takiej sukience brała ślub z drugim mężem, aktorem Jacques’em Charrierem, w 1959 roku. Sława tej kreacji wyszła daleko poza mury małego ratusza w Louveciennes, gdzie odbyła się kameralna ceremonia. Konserwatywna Francja wrzała. Sukienka w kratkę – co to jest? Zamiast bogatej, strojnej sukni piknikowy obrus? Ale wszystkie młode Francuzki chciały takiej kratki.

Francuski szyk zamiast hollywoodzkiego glamouru
Brigitte Bardot była daleka od hollywoodzkiego glamouru Marilyn Monroe czy swojej prawie równolatki Elizabeth Taylor. Nosiła rzeczy, które wydawały się codzienne: T-shirty w marynarskie pasy, dzianinowe swetry, dżinsy, sukienki mini. Wzory jej sukienek drukowały magazyny – można było je wyciąć i, jak ktoś powiedział, „przywłaszczyć sobie styl BB”.
Wyglądała fantastycznie we wszystkim: w białej mini, małej czarnej, w skórzanych spodniach i swetrze. Uwielbiała opaski i chusty, które zawadiacko przeplatała przez włosy, tworząc niepowtarzalny look. Musiały mieć koniecznie kolor kontrastujący z jej jasnymi blond włosami. Najlepiej, by były wzorzyste i zwiewne. W jej szafie z pewnością można było znaleźć kilkaset kapeluszy, zwłaszcza tych z dużym rondem, pod którym mieścił się jej zawadiacko upięty kok. W ogóle kochała akcesoria i dodatki, które świetnie uzupełniały jej look. Makijaż? Zwykle podkreślone czarną kreską oczy i delikatny róż na ustach. Słynne były też jej baleriny marki Repetto.
Lata 60., jedno z przyjęć w Saint-Tropez, które z rybackiej wioski zmieniało się już w kurort odwiedzany przez artystyczno-finansową elitę. Bardotka zjawia się wieczorem w połyskującej sukience w pasy i… z bosymi stopami. Znowu szok, bo przyjście bez pantofelków, szpilek, choćby balerinek, kojarzyło się z brakiem manier i biedą – a nie z modową prowokacją i podkreśleniem naturalności.
Zaskakiwała tak nieraz. Ale poza ubraniem miała jeszcze to coś – francuski szyk, wdzięk, lekkość i zmysłowość.
Sekret stylu Bardot tkwił w detalach
Jej wizerunek powielano na plakatach, w magazynach, na okładkach płyt. Stała się symbolem francuskiej kobiety, która nie goni za perfekcją. Podkreślała swoją naturalność – aż chciało się powiedzieć: „I Bóg stworzył Brigitte Bardot”. Ale nonszalancja była pozorna. BB doceniała wagę szczegółów, język detali. To dlatego jej włosy nigdy nie były idealnie wygładzone, kreska na powiekach lekko rozmazana, koszula odpięta o ten jeden guzik za dużo.
Naśladować Brigitte Bardot? Wcale nie jest tak łatwo. Ogromną rolę w jej życiu i wizerunku odegrało Saint-Tropez. To właśnie w tej małej wiosce rybackiej nad Morzem Śródziemnym, gdzie Bardot postanowiła osiąść w otoczeniu swoich ukochanych zwierząt i którą rozsławiła na całym świecie, pojawiła się całkiem nowa estetyka – bohème chic. BB stała się jej symbolem.
A zatem: przewiewne sukienki w kwieciste wzory, lekkie niczym śródziemnomorska bryza, koszula zawiązana na brzuchu, odsłaniająca nonszalancko talię osy. Sukienki w pasy albo oversize’owy kardigan zarzucony na zwykłe bikini.
Równie ważne były dodatki: haftowane torby, słomiany kapelusz z szerokim rondem lub kolorowa chustka zawiązana na włosach, płaskie sandały, jeśli nie całkiem boso. Duże okulary, za którymi mogła się ukryć. Miała obsesję, że jest stale obserwowana. Nie znosiła paparazzich. „Wyskakują z pojemników na śmieci”, mówiła z lekceważeniem.
Choć należała do złotej ery kina, wyprzedzała swój czas. Była hipiską, zanim formalnie ten ruch narodził się w USA.
Tekst: Agnieszka Dajbor, Paulina Krasińska-Sawicka
Więcej o Brigitte Bardot przeczytasz w najnowszym wydaniu VIVA! Moda
