WYWIADY VIVY!

Izabela Trojanowska: „Mam wiarę i to nie są czcze słowa. Zostałam wychowana w jej duchu”

„Mam wiele marzeń, ale boję się je spełniać”

Elżbieta Pawełek 5 października 2020 06:19

W ramach cyklu Archiwum Vivy!: wywiady przypominamy rozmowę Elżbiety Pawełek z Izabelą Trojanowską. Wywiad ukazał się we wrześniu 2020 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA Izabela Trojanowska wywiad

W siermiężnym PRL-u była ikoną stylu i kolorowym motylem. Nikt nie śpiewał i nie ubierał się tak jak „Boska Iza”. Nucono jej przebój „Wszystko, czego dziś chcę”, a mężczyźni po koncertach przychodzili z kwiatami, żeby się jej oświadczać. Po 40 latach na scenie tryska energią. Czy teraz będzie ostrą jurorką w „The Voice Senior” i jaką cenę zapłaciła za sukces, Izabelę Trojanowską pyta Elżbieta Pawełek.

Seksowna rockmanka, jaką pamiętamy z występów z Budką Suflera i Stalowym Bagażem, dziś śpiewa „Idę na skos. Oszukuję los”. Nie lubisz prostych dróg?

Czy nie lubię? Choć nie jestem autorką tych słów, tylko Wojtek Byrski, to nie były mi obce drogi na skos. Często szłam pod prąd… 

 Ale zawsze miałaś mnóstwo fanów, a jednym z pierwszych był Lech Wałęsa. 

To prawda, dostał nawet legitymację z numerem jeden w moim pierwszym fanklubie Rudy Kot. Był bardzo dowcipny, witano go wielkimi brawami. Ale kiedy pierwszy raz wszedł do klubu z zapaloną fajką, fani kazali mu ją zgasić, bo wiedzieli, że jestem wielką przeciwniczką palenia papierosów. „Szkoda, bo to jedna z dwóch męskich rzeczy, które robię. W tej sytuacji zostaje mi już tylko golenie”, powiedział Wałęsa, czym rozbawił wszystkich. „Solidarność” miała siedzibę niedaleko Rudego Kota przy ulicy Garncarskiej w Gdańsku, więc przychodzili tam też Anna Walentynowicz, Bogdan Lis, Andrzej Gwiazda… Rozpierała mnie duma.  

 Śpiewałaś wtedy ostre piosenki, stałaś murem za walczącymi.

Byłam bezkompromisowa, co mi zostało do dziś, tylko dziś nie ma takiej sytuacji jak wówczas. Szczęśliwie idę do sklepu i dostaję tłuste mleko, które było na kartki dla matek karmiących, pralki zaś tylko dla młodych małżeństw. Bunt narastał we wszystkich. Chcieliśmy walczyć, nie wiedząc, czy „Solidarność” zwycięży. Żyliśmy w przedsionku wojny i straszono nas, że nasz „wielki brat” w każdej chwili może wejść. A jednak ludzie, zwłaszcza młodzi, odważnie stawiali się władzy. 

Tak jak Ty?

Do pokornych nie należę. Wtedy wszyscy walczyli, choć każdy na swój sposób.  

 W szarym PRL-u stałaś się kolorowym motylem. Zawsze fajnie ubrana, stylowa. Jak to możliwe? 

Pomagały mi manualne zdolności. Robiłam swetry na drutach, szyłam i szydełkowałam. Kochałam wymyślać sobie makijaże i fryzury.  

 Dziewczyny próbowały Cię naśladować. Nosiłaś niebanalne kreacje, często „z pazurem”, których nie powstydziłby się sam Yves Saint Laurent.

To jest „too much”. Niezwykle cenię Saint Laurenta, ale moim guru modowym jest Thierry Mugler. Poza tym wszystko zależy od tego, jak się nosi dany strój i czy pasuje do klimatu piosenki. Pamiętam oburzenie dyrektora festiwalu w Sopocie w 1980 roku, któremu nie spodobała się moja cudowna garsonka od Muglera. Aksamitna, bordowa, wybijana brylantami, z szerokimi ramionami i głębokim rozcięciem na boku ołówkowej spódnicy. Kazał mi ją zdjąć, a że jestem uparta, więc ruszyłam w niej potem w trasę koncertową z Budką Suflera. Na festiwalu w Opolu znowu nie chcieli mnie wpuścić na scenę w lateksowym płaszczyku, bo źle się niektórym kojarzył. Zaryzykowałam jednak i go włożyłam. Pisano potem, że byłam najlepiej ubraną artystką. A ryzykowałam nawet całkowitym szlabanem na występy.

Izabela Trojanowska, VIVA! 18/2020
Fot. Filip Zwierzchowski/DAS Agency

 Ale słynną fryzurę „na Izkę”, jak wspominasz w swojej autobiografii, która właśnie trafiła do księgarń, przywiozłaś z Londynu?

Trochę w tym udział miała moja przyjaciółka Ewunia Wuenche, która zasponsorowała mi wizytę w salonie samego Vidala Sassoona, za co jestem jej ogromnie wdzięczna, bo to nie było na moją kieszeń. Po kilku godzinach cięcia byłam tak odmieniona, że sama Path, fryzjerka odpowiedzialna też za fryzury modelek, zadzwoniła do Sassoona, że spod nożyczek wyszła jej rewelacja. Moją fryzurę nazwano „à la Polka”. Zrobiono mi sesję i miałam wielką satysfakcję, widząc potem swoje zdjęcia w witrynach salonów Sassoona w centrum Londynu. 

 Dziś gwiazdy mają speców od wizerunku, stylistów…

Wtedy ich nie było, więc musiałam sobie radzić sama. W tym czasie śpiewałam z Budką Suflera, wychodziłam na scenę ze świetnymi tekstami Andrzeja Mogielnickiego, wspaniałymi kompozycjami Romka Lipki i wyrafinowanymi gitarami Janka Borysewicza. Nie można się było do niczego przyczepić, a i tak spadały na mnie ostrza krytyki za cokolwiek. Gdybym była zachowawcza i śpiewała „lalala” w sukience z falbanami, wszystko byłoby w porządku. Ale za innowację trzeba płacić. Na szczęście wspierał mnie mój mąż Marek, matematyk cybernetyk, pracownik PAN, tak samo jak ja kochający rockową muzykę. Zawsze jeździł ze mną na koncerty, dodawał odwagi. 

 Wracając do autobiografii, dość długo broniłaś się przed nią.

Opowiadanie o sobie nie jest łatwe. Bolało mnie nawet to, że ktoś dowie się o moich fanaberiach na podwórku czy o wagarach, na których policjant mnie zatrzymał. Nie wagarowałam w ogóle, zrobiłam to tylko raz. Jakiego trzeba mieć pecha, żeby tak wpaść? 

– A jeszcze potem wylali Cię z olsztyńskiego liceum. Powiesz, za co? 

Za udział w „Telewizyjnej Giełdzie Piosenki”, na której zaśpiewałam z zespołem Andrzeja Rosiewicza Hagaw. Dyrektor szkoły nie zgodził się na mój występ, bo miałam spore zaległości w nauce, często uczestnicząc w koncertach. Ale że jestem uparta, pojechałam. Oczywiście wyrzucono mnie dyscyplinarnie. Głupia sprawa. Wyjechałam do Warszawy, gdzie podjęłam naukę w liceum imienia Narcyzy Żmichowskiej.

Twoja kariera błyskawicznie się potoczyła. Właściwie skąd się wzięła „Boska Iza”, kto ją namaścił?

Nikt. Na sukces ciężko się pracuje. Namaściły mnie, jeśli już, ciężkie studia aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni pod dyrekcją Danuty Baduszkowej. Miałam szczęście, że trafiłam tam pod skrzydła wymagającego aktora Henryka Bisty i jego wspaniałej żony Urszuli Mordzewskiej. 

Czy w Twojej rodzinie były jakieś tradycje muzyczne?

Mój dziadek Franek miał głos jak Kiepura. Pięknie śpiewał też brat mojego taty, Henryk Strzelecki, który przyjaźnił się z Plácidem Domingo i towarzysko śpiewał z nim arie. Stworzył też markę ubrań jachtowych Henri Lloyd. Mieszkał w Manchesterze. Za osiągnięcia dla Anglii i za promowanie polskości dostał od królowej Elżbiety tytuł lorda. Był typem showmana, śpiewał na wszystkich przyjęciach. Być może po nim mam energię, która mnie rozpiera (śmiech).

 Twój ojciec nie był jednak zadowolony z tego, że śpiewasz, choć już w wieku 16 lat zgarnęłaś pierwszą nagrodę w Opolu za debiut.

Wtedy już był ze mnie dumny, ale wcześniej bał się, że pójdę w lekką muzę i nic z tego nie wyjdzie. Ojciec był uzdolnionym inżynierem, po którym zdolności odziedziczył mój starszy brat Maksymilian. Tata, obserwując mój zapał do malowania, widział mnie przy sztalugach. Mama bała się, że skończę pod mostem jak większość biednych artystów malarzy. Kochała muzykę i balet. Opowiadała mi, że jak byłam mała, tylko śpiewem mogła mnie uspokoić. Widocznie śpiewanie wyssałam z mlekiem matki. 

 W tym roku mija 40 lat, jak opolską publiczność rzuciłaś do stóp piosenkami: „Wszystko, czego dziś chcę” i „Tyle samo prawd ile kłamstw”. Kompozytorem obu był Romuald Lipko. 

Miałam szczęście, że spotkałam Romka na swojej drodze. Napisał dla mnie wiele wspaniałych piosenek, ale moją ukochaną pozostanie „Jestem twoim grzechem”. Walczyła o tytuł piosenki roku w radiowej Trójce w 1980 i jednym głosem przegrała z „Woman in Love” Barbry Streisand.

Izabela Trojanowska, VIVA! 18/2020
Fot. Filip Zwierzchowski/DAS Agency

 Co się stało, że będąc u szczytu sławy, nagle wyjechałaś do Niemiec? Obraziłaś się na Polskę?

Kocham Polskę. To były pomówienia, żeby mnie ukarać za wyjazd z kraju. I te wszystkie okropne plotki o mnie, których nie chcę powtarzać. Byłam wściekła, ale postanowiłam to przeczekać. W Niemczech mąż został zatrudniony na kierowniczym stanowisku w poważnej firmie, więc dobrze nam się powodziło. Jeździłam dużo po świecie. Kiedy w witrynach sklepowych widziałam cudowne dekoracje i wspaniałe zabawki, przypomniała mi się moja szmaciana lalka z dzieciństwa… Po pewnym czasie kupiliśmy z mężem w Berlinie elegancką restaurację Landhaus Dahlem. I tak stałam się restauratorką. W kuchni jednak nigdy nie siedziałam, wszystkim zajmował się Marek ze wspólnikiem i menedżerką. Bywali u nas znani politycy, w tym kanclerz Helmut Kohl. Niestety, po wprowadzeniu euro nadszedł kryzys dla prywatnych przedsiębiorstw i zrezygnowaliśmy z restauracji. Czasem wydaje mi się, że moje bogate życie to gotowy scenariusz na film. 

 Jakiś reżyser już się zgłosił?

Jeszcze nie, ale dopiero co skończyłam pracę nad moją autobiografią w formie wywiadu rzeki, który przeprowadził ze mną znawca muzyki, pisarz Leszek Gnoiński. Film musi jeszcze poczekać (śmiech). 

Będzie to film bez happy endu, bo po 30 latach rozstałaś się z mężem. 

Dlaczego bez happy endu? Wciąż jesteśmy małżeństwem, choć nie mieszkamy razem. I mamy córkę, z której oboje jesteśmy bardzo dumni. Oni zostali w Niemczech, a ja wróciłam do Polski, bo wymagała tego moja praca zawodowa. Dostałam od zespołu Budka Suflera propozycję wspólnej trasy koncertowej i zdecydowałam się z nimi w nią wyruszyć. Po dłuższej przerwie postanowiłam pomyśleć o sobie i powrócić do śpiewania. 

Zapewne Monika Ross, grana przez Ciebie w „Klanie” od ponad 20 lat, zgodziłaby się z tym. Jest ostra jak Alexis z „Dynastii”… 

Ostatnio nieco złagodniała, człowiek się zmienia. Miałam okazję poznać Joan Collins grającą słynną Alexis podczas jej wizyty w Polsce. Magazyn „Halo!” poprosił, abym podczas wywiadu z nią towarzyszyła ich dziennikarce. Przed nami był Wojtek Jagielski i musiał coś o mnie wspomnieć, bo Collins powiedziała dziennikarce: „Ty nie wejdziesz, tylko wejdziesz ty” i wskazała na mnie. 

 I zrobiłaś ten wywiad?

Oczywiście. Dostałam na kartce pytania po angielsku, ale byłam potwornie spięta, bo nie umiałam do końca obsłużyć dyktafonu. Cała sytuacja bardzo ubawiła Collins. Na początku była oficjalna. „Przecież ty jesteś polską Alexis. Jak ci się gra?”, zapytała. „W porządku, oryginał jest jeden, a reszta to kopie”, odpowiedziałam. Wtedy otworzyła się. Wyszedł fajny wywiad, trafiłam z Alexis na okładkę.  

Co w życiu jest ważniejsze: miłość, macierzyństwo, kariera?

Dla mnie najważniejsza jest córka. Ale na razie Roxanna chyba nie myśli o dzieciach, bo dopiero skończyła studia prawnicze i zatrudniła się w poważnej kancelarii adwokackiej. Nie mamy dla siebie za dużo czasu. Ciężko to czasem znoszę, jak słyszę przez telefon: „Mamo, już muszę kończyć, czeka mnie mnóstwo pracy”.

Słyszałam, że Roxanna ma piękny głos. Nie chciała śpiewać?

Nie chciała, bo nie podoba jej się takie życie, jakie wiodę. To, że brak mi prywatności, że kiedy jesteśmy razem, nie możemy spokojnie przejść ulicą, aby ktoś nas nie zaczepił i nie porównał córki z mamą. Pamiętam nasz wyjazd do Jastrzębiej Góry. Zamieszkałyśmy w hotelu w lesie, a obok harcerze rozbili obóz. Jak tylko wyszli z namiotów, każdy chciał mieć mój autograf. Słyszałam szept: „A kto to jest?”. I odpowiedź: „Nieważne, bierz”. A dziecku nie można odmówić. W pewnym momencie zobaczyłam, że moja sześcioletnia córka stoi pod płotem i płacze. Trudno, ten zawód tak ma. Są gorsze. 

Dzisiaj kursujesz między Polską i Niemcami, bo Twoja córka mieszka w Berlinie, mama i bracia w Düsseldorfie. Nie doskwiera Ci samotność?

Na szczęście jej nie odczuwam, mam dużo pracy. A jak nie mam, to zawsze mogę odwiedzić rodzinę, choć obecnie epidemia ogranicza nas w kontaktach.  

Nie boisz się przemijania?

Dzięki córce dziś już nie boję się niczego. Jak dopada mnie lęk, to słyszę jej słowa: „Mamo, nie bój się żyć. Życie to piękny dar, trzeba się cieszyć każdym dniem”.

Izabela Trojanowska, VIVA! 18/2020
Fot. Filip Zwierzchowski/DAS Agency

Masz własny sposób na chandrę?  

Mam wiarę i to nie są czcze słowa. Zostałam wychowana w jej duchu, zawsze mi pomaga. Mam też wielu przyjaciół. I mam pracę, która jest moją pasją. Czego chcieć więcej? Jestem szczęściarą.

 A niebawem będziesz też jurorką w „The Voice Senior”. Zamierzasz surowo oceniać uczestników?

Skądże, widziałam uczestników poprzedniej edycji, często dużo starszych ode mnie, pięknie śpiewających. To było wzruszające. Chcę służyć im pomocą, żeby mogli w czasie programu zrobić postępy. Sama śpiewu uczyłam się przez 10 długich lat. Wiem, że nie wystarczy mieć talent, trzeba jeszcze posiąść technikę oddychania, czyli odpowiedniego operowania przeponą.  

Gdzie się widzisz za 10 lat?

Mam nadzieję, że w tym samym miejscu. Ale zastanawiam się, czy podczas epidemii nie przerzucić się na hodowanie kwiatów (śmiech). Przecież nie ma prawie koncertów. Brakuje żywego kontaktu z publicznością. Takiej wspólnej radości. Śpiewanie online jest fajne, ale to nie jest to samo. Zobaczymy, dokąd to wszystko nas zaprowadzi. A może przejdę na emeryturę i będę jeździć na osiołku gdzieś w Andaluzji…

Pięknie wyglądasz. W czym tkwi sekret nieprzemijającej urody?

Wszyscy mówią, że robiłam sobie liftingi. Ale nic z tych rzeczy, przecież z bliska widać, że mam delikatne zmarszczki. Jestem pewnie fotogeniczna… Oczywiście dbam o siebie, chodzę do kosmetyczki, łykam witaminy, ale skalpela nie widziałam. Do tego rower i siłownia. No i dieta, na której jestem już od wielu lat.   

 Jakieś marzenia? 

Mam ich wiele, ale boję się je spełniać, bo wtedy przestaną być marzeniami. A bez nich żyć nie potrafię. 

Wideo

Marynarki, kardigany, sukienki maxi, kozaki na słupku. Te produkty będą modne jesienią i zimą 2020/2021

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

JOANNA PRZETAKIEWICZ I RINKE ROOYENS Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach… Dlaczego zdecydowali się na ślub? KASIA STRUSS Życiowa rewolucja supermodelki. JOE BIDEN – rodzinne tragedie, trudne wybory i droga na szczyt 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych. VINCENT ŻUŁAWSKI Co zawdzięcza rodzicom – Andrzejowi Żuławskiemu i Sophie Marceau? Polska „junioromania”, czyli wszystko o EUROWIZJI JUNIOR 2020. W cyklu Extra Elitarne szkoły i uczelnie Wielkiej Brytanii (nie)tylko dla wybranych.