PODRÓŻE

Wystawa afrykańskich zdjęć Marcin Kydryńskiego to tylko element wtorkowej gali VIVA! Photo Awards!

Olga Figaszewska 8 listopada 2016 07:30
Marcin Kydryński
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Marcin Kydryński w swojej książce „Biel. Notatki z Afryki” poprzez wyjątkowe zdjęcia pokazuje obcy kontynent, dla nas zupełnie dziki. Ten album stał się osobistym zapisem licznych podróży fotografa do Afryki. Jego podróże wynikały ze zwyczajnej zachłanności na piękno. W końcu człowiek od zawsze snuł wielkie marzenia o podróżach.

 

„Każda podróż jest w rzeczywistości wędrówką do własnego wnętrza, to truizm. (…)” - pisał w swoim reportażu dla VIVY! w 2015 roku.


Marcin Kydryński wielokrotnie udowadniał, że podróżowanie jest dla niego czymś więcej. Znany podróżnik, fotograf i i znawca muzyki wciąż wraca do Afryki. Stworzył opowieść o kontynencie zbierając w jedną całość wspomnienia i zapisy podróży z 25 lat. Powroty w miejsca naszych życiowych dramatów oswajają dotąd zaklęte przestrzenie. Pozwalają sięgnąć w głąb własnych lęków, stawić im czoło. Ułatwiają zrozumienie puszczy czasem trudniejszej do poznania niż las wnętrza Afryki: naszej duszy” - wyjaśnił.

 

Jak zrodziła się miłość do tego nieznanego kontynentu? Czego boi się tak naprawdę? Czego pożąda? Jak wiele razy uniknął śmierci? Na te i inne pytania, znany fotograf odpowiedział Romanowi Praszyńskiemu  w wywiadzie dla magazynu VIVA! Moda.

 

Polecamy też: Podróże: Etiopia, Sudan, Kenia. Warsztaty z portretu - Afryka oczami Marcina Kydryńskiego

 

Marcin Kydryński, Viva! Moda 2016
Fot. Zuza Krajewska/LAF AM

Marcin Kydryński w sesji z 2016 roku dla VIVY! Mody

 

Kiedy pomyślał Pan pierwszy raz: muszę jechać do Afryki?
Marcin Kydryński: Bardzo wcześnie. Kiedy byłem dzieckiem. Nad moim łóżkiem wisiała mapa świata,  a Afryka była w samym centrum, wabiła mnie. Całe moje dzieciństwo z braku gier elektronicznych było wypełnione lekturami. Te książki, które zostały we mnie najsilniej i zaważyły na moim życiu, były książkami podróżniczymi. O Afryce w szczególności.


– Pierwsza wyprawa przez cały kontynent z Marcinem Mellerem i Olgą Stanisławską. Miał Pan wyobrażenie, na co się porywacie?
Żadne z nas nie miało wcześniej ważnych doświadczeń podróżniczych. Byliśmy bardzo młodzi, mieliśmy po dwadzieścia parę lat. Cała nasza wiedza pochodziła z książek Kapuścińskiego i kilku numerów „National Geographic” w wersji oryginalnej.


– Brawura?
Bez wątpienia. Odwaga wynikająca z całkowitej niewiedzy. Wtedy każde z nas doświadczyło sytuacji krańcowych. Po raz pierwszy spotkaliśmy się ze śmiercią – przeżyliśmy dramatyczny wypadek autobusu w Kenii. Cud, że uszliśmy z życiem. Doświadczyliśmy chorób i dramatycznej nędzy. A jednocześnie były to bez wątpienia również doświadczenia ekstatyczne. Nigdy wcześniej nie byliśmy wystawieni na taką próbę urody życia. Nic nas wcześniej nie przygotowało na widok Sahary czy tropikalnych wysp albo dżungli Zairu. To były doznania trudne dziś do przekazania i trudne do doświadczenia. Zdążyliśmy zobaczyć Afrykę przed histerycznym wzrostem masowej turystyki.


– W swojej nowej książce „Biel. Notatki z Afryki” napisał Pan: „Chorowałem. Bałem się. Pożądałem”.
Afryka to są bardzo silne doświadczenia. Pożądanie, o które pan pyta, to  zachłanność na urodę świata. Jako fotograf dostrzegam je w każdym źdźble trawy. To nie musi być od razu powabna, roznegliżowana młoda dama. Naprawdę uroda tego kontynentu w jego różnorodności jest trudna do wytrzymania. I to pożądanie dotyczy także tego, żeby zatrzymać ją w sobie, dla siebie, a także próbować o tym opowiadać obrazem innym ludziom.


– A lęk?
Tego mi nigdy nie brakowało. Jest taka droga w Ugandzie do granicy z Rwandą.  Bardzo wąska, kręta szosa długości 420 kilometrów w górach, gdzie cały czas pada. I autobus pełen ludzi zatrzymujący się bodaj 30 razy pokonuje tę drogę w cztery godziny. Człowiek siedzi w nim i myśli: Co ja tu u licha robię? Bo nie ulega wątpliwości, że tego się przeżyć nie da. A jest jeszcze lęk o najbliższych. O ludzi, których się zostawia w kraju. Gdyby rzeczywiście coś mi się stało, czy zostawiłem ich w poczuciu, że byli dla mnie ważni? Czy wiedzą, że ich kocham? Czy nie zostawię po sobie czegoś, co kiedykolwiek może im sprawić ból? Każda podróż samochodowa czy lotnicza małą cessną na środek pustyni niesie w sobie zagrożenie.

 

Marcin Kydryński w magazynie VIVA! MODA
Fot. Zuza Krajewska/LAF

Marcin Kydryński w sesji z 2016 roku dla VIVY! Mody


– Zwłaszcza z pijanymi pilotami?
Tak było w Sudanie, leciałem z Chartumu do Malakal. Ormiańscy piloci nie mogli być trzeźwi, bo nikt trzeźwy nie zgodziłby się pilotować tego złomu. A w dodatku lecieliśmy w strefę wojenną. Niebezpiecznie było w powietrzu i na ziemi. Gdy wylądowaliśmy, rozchełstani, pijani winem palmowym żołnierze przystawili nam karabiny do piersi i powiedzieli, że mamy się wynosić. Tam życie ludzkie nie ma do dzisiaj żadnej wartości. Mogli nas rozwalić choćby dla sportu, dla czystej przyjemności, żeby coś się działo w ich nudnym miasteczku.


– Dlaczego Pan tak ryzykuje?
Wtedy nie wiedziałem, że tak się to skończy. Natomiast wciąż mi się wydaje, że jestem znaczenie bliżej krańcowych sytuacji w codziennym życiu. Każdy z nas może  zachorować, nie trzeba w tej sprawie jeździć do Konga. Mnie akurat tam dopadła malaria z domieszką tyfusu. I byłem zupełnie sam w samym środku dżungli, bez znajomości języka i szansy zadzwonienia do kogokolwiek. To była sytuacja znaczenie bardziej dramatyczna.


– Jak Pan się uratował?
Miałem szczęście. Tego nigdy dosyć. Mój organizm mógł się poddać, a tego nie zrobił. Przez jakiś czas wahałem się na krawędzi życia i śmierci. Byłem w dwu szpitalach. Potem, mając 40 stopni gorączki, wracałem samolotem do kraju. To był czas na dwa miesiące przed wybuchem epidemii eboli. Na nikim więc nie robiło wrażenia, że słaniający się w malignie facet wsiada do samolotu.


– Rozmawiałem kiedyś z Pana mamą, Haliną Kunicką. Powiedziała, że bardzo przeżywała Pana nieobecność. I to, że znów Pan wrócił do Konga.
Jak na to spojrzeć chłodno, moje zachowanie było dość szalone. Zachorowałem, jadąc w miejsce, na którego zobaczeniu bardzo mi zależało. To jedno z tych, o których „National Geographic” pisze: „Ostatnie miejsce na ziemi”. Po takiej chorobie każdy normalny człowiek by się wycofał. A ja wróciłem do Konga, żeby przejść tą drogą jeszcze raz. Żeby w mojej pamięci nie urosła do mitycznych rozmiarów. Mam taką teorię, codzienną walkę, mój prywatny dżihad, że należy odczarowywać miejsca i sytuacje. Dlatego staram się jak najczęściej jeździć drogą z Nairobi do Mombasy, gdzie z Marcinem mieliśmy tragiczny wypadek.

 

Zobacz też: „Afryka to pretekst do rozmowy”. Filmowy wywiad z Marcinem Kydryńskim o notatkach z podróży


– Czego Pan właściwie szuka w Afryce?
Nie ma na to jednej odpowiedzi. Chyba jest tak, jak z fotografią. W niej nieustająco szukamy siebie. Kim jesteśmy, na ile dojrzewamy, na ile mądrzej potrafimy na ten świat patrzeć. Moje podróże wynikały ze zwyczajnej zachłanności na piękno. Bo jakkolwiek, lądując w afrykańskim mieście, zawsze myślę: to niemożliwe, co ja tu robię. Afrykańskie metropolie są przedsionkiem piekła. Ale potem ruszam w interior i nie ma miejsca, gdzie czułbym się lepiej. Gdzie czułbym się szczęśliwszy, gdzie uroda ludzi i krajobrazu zachwycałaby mnie bardziej.


– Nieustająco musi Pan tam wracać?
Kiedyś byłem znakomitą ilustracją tezy, że życie jest gdzie indziej.  Kiedy mieszkałem w Lizbonie, chciałem być u siebie na farmie w Polsce. Kiedy byłem na farmie, chciałem być w Afryce. Kiedy byłem w Afryce, to dostałem na przykład cholernej malarii i myślałem: co ja tu robię, chciałem być w domu na Żoliborzu. Więc byłem rozdarty. Ale teraz, może to kwestia wieku, czytam starych chińskich poetów i cytując jednego z nich: „moje serce jest spokojne jak szeroka rzeka”.


– Serio?
Dzisiaj nie. Jestem trochę spięty tym, że jutro wychodzi moja książka „Biel. Notatki z Afryki”. Że rozmawiamy o niej i nie wiem, czy będę miał wystarczająco ciekawe rzeczy do opowiedzenia. I jak sobie jutro poradzę w „Dzień Dobry TVN”? Jestem człowiekiem raczej nieśmiałym i skrytym. Najbardziej na świecie nie lubię występować przed publicznością. Więc są chwile, kiedy jestem trochę podminowany, ale ostatnio moje życie znacznie się wyprostowało. Pewne rzeczy sobie przetłumaczyłem. Taką na przykład fundamentalną, jak się miało okazać, kwestię, żeby polubić swoją bezimienność. Nieistnienie.

 

 

Polecamy też: Podróże: W górę rzeki, w głąb duszy. Kongo oczami Marcina Kydryńskiego

Ksiażka Marcina Kydryńskiego
Fot. materiały prasowe/Edipresse Książki

„Biel. Notatki z Afryki” Marcina Kydryńskiego, wydawnictwo Edipresse Książki


– Co to znaczy?
Wychowałem się w domu otoczony ludźmi, którzy byli istotni w owych czasach. Moi rodzice – Halina Kunicka i Lucjan Kydryński – i ich najbliżsi przyjaciele byli otoczeni przez znaczną część społeczeństwa sympatią, szacunkiem, niektórzy z nich nawet uwielbieniem. Szczerze mówiąc, nie znałem nikogo innego. Za rzecz naturalną uważałem, że moim powołaniem w życiu jest dokładnie to samo – być wielki. Niech mi pan wierzy, że to ogromnie mi przeszkadzało. Chciałem bardzo dorosnąć do świata, w którym się wychowałem. A to siłą rzeczy przynosiło nieszczęście. I jakiś czas temu bez wyraźnej przyczyny i momentu przełomowego pomyślałem sobie: nie muszę być wielki. Zaakceptowałem swoją nieistotność.


– Książka „Biel” też jest nieistotna?
Napisałem ją przede wszystkim dla siebie. Jest formą terapii po dramatycznych sytuacjach, które mnie spotkały przez 25 lat podróży po  Afryce. I bez wątpienia jest formą potwierdzenia, że to wszystko nie zdarzyło się komuś innemu. Ale będę przeszczęśliwy, jeżeli słuchacze moich audycji odnajdą w niej coś dla siebie. Od lat dostaję od nich wiele maili i wiem, że interesują ich moje rozmaite przemyślenia – od pozornie błahych na temat muzyki po istotne, jak kwestia religii czy miłości.


–  Pokazał Pan Afrykę swoim synom?
Byliśmy parokrotnie razem, ale prawdopodobnie byli za młodzi. Nie byli zachwyceni, entuzjazmu wystarczyło na kilka dni zaledwie. Pocieszam się nadzieją, że zostało w nich wspomnienie urody, pejzażu, zapachu.  I przygody. W Kenii dostaliśmy się w oko cyklonu. Rzeka porwała obóz, w którym mieliśmy mieszkać. Na naszych oczach zmyło namioty i samochody.


– Chciałby się Pan podzielić Afryką z synami?
Miałem, jak każdy rodzic, potrzebę obdarowania synów wszystkimi moimi fascynacjami. Wszelako nie trafiły one na żyzny grunt. Moi synowie mają inne zainteresowania, inne pasje. Odrzucili mnie
z całym wachlarzem moich propozycji muzycznych, fotograficznych, podróżniczych i literackich.


– Jak Panu z tym?
Ciężko. Ale myślę sobie, że to się może zmienić. Też wielu wyborów mojego taty nie rozumiałem. Choćby opery. A po drugie – nie powinniśmy na siłę nikogo zmieniać. Jak każdemu ojcu, zależy mi, żeby moi synowie byli szczęśliwi. Wierzę, że osiągną to swoimi drogami.


– Co Pana ciągnie do Lizbony? Ma Pan tam mieszkanie.
To moja późna miłość. Zakochałem się w niej, mając czterdziestkę. Nigdy wcześniej nie podejrzewałem się o tak silne uczucia. Lizbona w jakiś sposób zastąpiła mi Afrykę. Jest pocieszeniem po tym, że nie znalazłem w Afryce domu. Szukałem go na pograniczu Somalii i Kenii, to mało spokojne miejsce, zwyciężył rozsądek. Lizbona jest preludium do Afryki. Tam intensywnie czuje się klimat, kulturę Afryki.

 

Marcin Kydryński w magazynie VIVA! MODA
Fot. Zuza Krajewska/LAF

Marcin Kydryński w sesji z 2016 r. dla VIVY! Mody                        

 

Polecamy też: Marcin Kydryński opowiedział o swojej fascynacji Afryką. Zobaczcie film z sesji do nowej VIVY! MODY!


– Muzykę?
Oczywiście! Muzyka afrykańska jest mi najbliższa. Jestem wielkim wyznawcą muzyki luzofońskiej, skupionej wokół języka portugalskiego – ona korzenie również ma w Afryce. Zakochałem się w portugalskiej muzyce ulic. Napisałem o tym książkę. A dziś szczerze tej ulicznej muzyki  nienawidzę.


– Dlaczego?
Bo się rozpleniła. Jest wszędzie, jest jej za dużo i kiepskiej jakości. Chciałbym, żeby jak w Nowym Jorku, za czasów Billie Holiday, weryfikowano tych ulicznych grajków. Z braku innych chętnych sam mogę zostać kuratorem. Wiem, że Lizbona jest miastem tolerancji, tak głosi hasło tego miasta, ale wszelka tolerancja ma swe granice.


– Głos inkwizytora?
Bardzo chętnie przyjąłbym ten tytuł, żeby ocalić lizbońską muzykę. Moim ulubionym kościołem jest Santo Domingo, gdzie zapadały wyroki Inkwizycji. Stamtąd wyprowadzano tych nieszczęśników na stracenie. Siadam tam często.


– Pan lubi samotność?
Jest mi niezbędna. Ilekroć jestem na farmie – mam dom poza Warszawą – cieszę się ciszą. Jakkolwiek jestem dosyć towarzyską osobą, muszę czasami mieć dni, albo i tygodnie, kiedy nie odzywam się do nikogo i nikt do mnie nie mówi. Czytam, chodzę po lesie, patrzę na krowy. Chłonę szczęście.


– Życie w drodze jest najważniejsze?
Podróżować jest bosko, jak śpiewa Kora. Ale jestem ulepiony z wielu postaci. Sekret mojego szczęścia tkwi we właściwych proporcjach. Nie wyobrażam sobie wyłącznie życia na farmie. Ani nieustannego przedzierania się przez dżungle Konga. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, bardzo się cieszę chwilą. Sytuacja, w której mam kilka osobnych życiorysów – podróżnika, fotografa, miłośnika muzyki – jest idealna.

 

Polecamy też: Podróże: W górę rzeki, w głąb duszy. Kongo oczami Marcina Kydryńskiego

 

Zobacz też: Spośród 3 tysięcy zdjęć wybraliśmy jedynie 12. Zobacz prace laureatów VIVA! PHOTO AWARDS 2016

Wideo

Ten kosmetyk zmniejszy widoczność zmarszczek w ciągu jednej nocy!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Niezwykła rozmowa z Grażyną Torbicką o jej wszystkich miłościach. A Remigiusz Mróz zdradza nam tajemnice swojego sukcesu!