Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński
Z ARCHIWUM VIVY!

Janusz Majewski o miłości życia, przyjaźni z Romanem Polańskim i Łodzi czasów PRL-u

Taki jest prywatnie wybitny polski reżyser, który kończy dziś 90 lat!

Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska 5 sierpnia 2021 06:03
Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Zawsze wolał świat fikcji od świata rzeczywistego. Tworząc filmy, uciekał od wojennych przeżyć, polityki i socjalistycznej brzydoty. Łódzka Szkoła Filmowa dała mu legitymację do bycia ciekawym artystą i ciekawym człowiekiem. Tu, w Łodzi, nauczył się, jak się robi kino, jak żyć, by zawsze być wolnym. Tu poznał wyjątkowych ludzi i… swoją przyszłą żonę. Tu w końcu kręcił filmy i jak je kręcić, uczył kolejne pokolenia. Z Januszem Majewskim, reżyserem, scenarzystą i pisarzem, do Łodzi pojechała Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska. Wywiad ukazał się na łamach „VIVY!” w lutym 2015 roku.

Janusz Majewski o pobycie w Łodzi, studiach i komunizmie

Domu, w którym Janusz Majewski mieszkał z Romanem Polańskim i w którym odbywały się najdziksze imprezy studentów Szkoły Filmowej, już nie ma… Przejeżdżamy ulicą Narutowicza, kamienica mieściła się naprzeciwko rozgłośni Polskiego Radia. Ale ślad po niej zaginął… W końcu było to ponad 50 lat temu. Zmieniły się czasy, zmieniły się miejsca. Ludzi niektórych też już nie ma. Jedni zagubili się w świecie, inni już przeszli do historii. Próbujemy w tej naszej podróży poskładać to, co pozostało, wrócić do Łodzi lat 50.… Za wehikuł czasu służą nam wspomnienia.

Janusz Majewski przyjechał tu w 1954 roku. Przywiózł walizkę i głowę pełną marzeń. Zakochał się w łódzkich klimatach, w ludziach, którzy w szarej rzeczywistości chcieli być kolorowi, w postfabrykanckim pałacyku na Targowej 61/63, gdzie mieściła się słynna Filmówka. Teraz opowiada, że była to szkoła filmu i szkoła życia. Dla młodych pasjonatów kina, niezgadzających się z socjalistyczną „urawniłowką”, szukających piękna, Łódź stała się Fabryką Snów, dzięki której mogli potem żyć, tworzyć, kręcić filmy. Autor kultowych „Zaklętych rewirów”, „Sprawy Gorgonowej”, „Lekcji martwego języka”, „Królowej Bony” czy hitu „C.K. Dezerterzy”, nie jest sentymentalny. Ale kiedy chodzimy po korytarzach Szkoły Filmowej, siedzimy na słynnych schodach, spacerujemy ulicą Piotrkowską, a potem konstatujemy, że słynnej kawiarni „Honoratka” też już nie ma, wzdycha znacząco. 

Jest środek grudnia, poprzedniego dnia lał deszcz, ale rano pojawia się słońce. Janusz Majewski uśmiecha się. „Zawsze miałem szczęście do pogody”. Mamy w planach zdjęcia w łódzkich plenerach. A ze zdjęciami jak z filmem. Pogoda może wszystko popsuć. W naszym scenariuszu jednak nie przewidujemy chmur. „Jacy wtedy byliście?”, pytam. „Ożywieni. I tamto ożywienie pozostało na całe życie”.

Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska: Często Pan wraca do Łodzi?

Janusz Majewski: Nie mam powodu, by tu bywać. Ponad rok temu byłem w Łodzi na jubileuszu Szkoły Filmowej…

Który rok minął od jej założenia? 

Wtedy – w październiku 2013 – sześćdziesiąty piąty.

Kawał historii. Spotkał Pan kogoś ze studenckich czasów?

Z mojego pokolenia prawie nikogo nie było… Studiowałem na roku z Romkiem Polańskim, a on w Paryżu, z Witkiem Leszczyńskim, który już nie żyje, z Basią Sass, która mieszka w Warszawie i nie dotarła. Był jeszcze Janek Rutkiewicz, też już nie żyje, Romek Załuski – nie wiem, co się z nim dzieje. I to wszystko. Na uroczystości byłem więc sam… Smutno. Cóż, czas…

Jest Pan sentymentalny?

Nie. Ale nutka nostalgii odzywa się w takich okolicznościach. Spędziłem w Łodzi parę lat życia. A człowiek z wiekiem dochodzi do wniosku, że lata studenckie to lata najpiękniejsze. Tyle czasu minęło, a ja wciąż widzę wyraźnie… Sceny jak na taśmie filmowej. Scena pierwsza: Idę Piotrkowską w czarnych okularach, pod pachą taszczę książki. Słońce, dziewczyny się uśmiechają, świat należy do mnie. Scena druga: Skaczę na główkę do fontanny na podwórku Szkoły Filmowej. Romek Polański kręci etiudę „Rozbijemy zabawę”. Woda w fontannie sięga do kolan, więc cudem nie rozbijam łba.

Scena trzecia: Jeździmy z moją dziewczyną Zosią Nasierowską na jej skuterze Lambretta. Zadajemy szyku. Taki motor dawał status społeczny, jaki dziś mają posiadacze rolls-royce’ów. Scena czwarta, piąta, szósta… Wszystko widzę, pamiętam. Miałem szczęście, bo w moich czasach Szkoła Filmowa rozkwitła. Wypuściła już kilka roczników, a wśród absolwentów sławy, jak Andrzej Wajda, Kuba Morgenstern, Kurt Weber. Ale moje pokolenie nadało jej rys i charakter. A sama szkoła była wyjątkowo ważna na tle łódzkiego pejzażu. Życie w ogóle było wtedy ciekawe. Młodość, dziewczyny, jazz, kino… 

Czytaj także: Zofia Nasierowska i Janusz Majewski byli razem 50 lat. Ich miłość rozdzieliła śmierć

Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Janusz Majewski w młodości

Właśnie, kiedy Pan stwierdził, że – tak jak powiedział Orson Welles – „Kino to jest najlepsza mechaniczna zabawka dla chłopców, jaką wynaleziono”?

Żeby to móc powiedzieć, trzeba się zacząć bawić tą zabawką. Poczuć magię kręcenia filmu. Zakosztować tej przyjemności, która dla mnie balansowała na granicy doznań zmysłowych. Od dzieciństwa miałem przeczucie, że kino to będzie jedna z najlepszych rzeczy, które mnie spotkają w życiu. W zasadzie moje drugie życie. Ciekawy świata chłopczyk, jakim byłem przed wojną, zafascynował się filmami Disneya. Starszy chciał oglądać filmy poważniejsze, co nie było proste, bo przecież w czasie wojny „tylko świnie siedziały w kinie”. Potem, zanim na dobre rozpanoszyła się inwazja sowiecka, już jako nastolatek liznąłem filmów zachodnich. Później, gdy przyszła czerwona noc i socrealizm stał się jedyną wytyczną dla twórców, wierzyłem, że nadejdzie chwila, kiedy znikną z kin pokraczne produkcyjniaki. Być może też dzięki mnie… 

Wybór był prosty: Szkoła Filmowa!

Jak zdałem maturę, chciałem pakować walizkę i jechać do Łodzi. Jednak żeby startować na wydział operatorski czy reżyserię, trzeba było skończyć inne wyższe studia albo wykazać się artystycznymi osiągnięciami. Takich młodziaków zapaleńców jak ja nie przyjmowano. Do tego moi rodzice nie wyobrażali sobie, żebym mógł zostać „cyrkowcem”, jak się wyrażali, bo z tym kojarzył im się film. W tamtych czasach 
w Polsce kręciło się jeden, dwa filmy rocznie. Mówili mi więc: „Kiedy ty, Januszku, dojdziesz do tego, żebyś sam mógł zrobić film?”. I tak poszedłem na architekturę i zawsze potem powtarzałem, że to była najlepsza szkoła filmowa, jaką przyszło mi skończyć. 

Dlaczego?!

Bo nauczono mnie zasad, które się przydają i w zawodzie architekta, i w życiu, i w kinie. Nauczono, co to jest dom i na czym polega logika jego budowania. Że dom musi mieć konstrukcję, solidne fundamenty, musi być zaprojektowany tak, żeby był dla ludzi. I musi być piękny.

Czytaj także: Maria Czubaszek i Wojciech Karolak przeżyli razem 40 lat. W tym tkwił sekret ich związku

Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Janusz Majewski w Łodzi, 2015 rok

A z filmem jest tak samo?

Dokładnie. 

Modnie było być filmowcem?

Niesamowita aura otaczała ten zawód. Nadal tak jest, choć w moim przekonaniu ta aura spsiała. Nadal jednak fascynuje młodych, którym się wydaje, że kino to lepsza strona życia. Pamiętam scenę. Jest Święto Pracy roku 1951, może 1952. Ulicami Krakowa idą tłumy. Maszerują jak na komendę. Obserwuję te szeregi w białych koszulach, czerwonych krawatach, z transparentami. I nagle w drugim planie dostrzegam jeepa, którym jadą jacyś ludzie z kamerami i statywami. Pewnie to ekipa „Kroniki Filmowej” – myślę – reżyser, jego asystent, operator…

Patrzę, jak filmują pochód. Wyluzowani, ubrani są w ciuchy z amerykańskiego demobilu, co było szalenie modne: wojskowe kurtki, drelichowe spodnie, czapeczki bejsbolówki. Całą swoją postawą dają do zrozumienia, że są inni, lepsi od tego maszerującego stada… I tak oglądam sobie ich naiwnym, młodzieńczym spojrzeniem, bo przecież miałem 20 lat, i myślę, że trzeba mieć dystans do tego całego cyrku. Zaświtało mi w głowie, że w tym odpychającym świecie, w którym jednostka niczym, można znaleźć jakąś niszę i w niej się schronić. Kamera, film, kino… To była moja droga do wolności. 

Jakim byliście pokoleniem?

Zawieszonym w czasie, zapętlonym w historię. Wszyscy mieliśmy wojenne przeżycia, mniej czy bardziej drastyczne. Byliśmy za młodzi, żeby brać udział w wojnie, i zbyt dojrzali, dzięki wojnie właśnie, żeby uwierzyć w miraże nowego świata i systemu. Pchała nas jednak jakaś dziwna siła, by wyrwać się z tego marazmu, który toczył Polskę. Poza tym sny i wyobraźnia. To nas trzymało na powierzchni. 

Kiedy wojna się skończyła, miał Pan 14 lat…

A gdy wybuchło Powstanie Warszawskie – 13, bo urodziłem się 5 sierpnia 1931 roku. Moi rówieśnicy w Warszawie, chłopcy z Szarych Szeregów, stanęli na barykadach. Ukrywaliśmy się na wsi pod Rzeszowem, ojca ścigało gestapo, ale wieści o powstaniu dotarły szybko. Miałem kolegę, syna właściciela ziemskiego, i w trzecim dniu powstania postanowiliśmy uciec do Warszawy. On wziął pistolety pojedynkowe dziadka, ja – łuk i strzały i tak dwóch głupków poszło na wroga. Dopędził nas dworski parobek wysłany przez ojca kolegi i zagonił do domu. Pierwsze lata po wojnie dały posmak innego życia. Zafascynował nas jazz, zwłaszcza że szybko okrzyknięty został synonimem „zgniłego Zachodu” i stał się zakazany.

Słuchanie jazzu było więc symbolem resztek wolności, pomostem łączącym świat brzydoty i zniewolenia, w którym żyliśmy, z odległą rzeczywistością, która jawiła się nam jako raj. Dopóki to było w miarę legalne, kupowaliśmy prasę angielską, amerykańską. Był taki protoplasta „Playboya”, który się nazywał „Men Only”, ale to było poczciwe pisemko w porównaniu z późniejszym „Playboyem”, nie mówiąc o współczesnej pornografii. Pozowaliśmy na romantycznych kombatantów, zgorzkniałych rozbitków życiowych. I bardzo chcieliśmy być modni. 

Światowi.

Mama miała rodzinę w Ameryce. Przed I wojną światową wyemigrowali, zostawiając kilkuletnią wówczas mamę, która dostała odry i nie mogła wsiąść na statek. Została u ciotki, potem wybuchła wojna, potem kryzys lat 20. i nigdy nie zobaczyła już rodziców. Korespondowali jednak ze sobą i kiedy po 1945 nastał komunizm, zaczęli przysyłać nam paczki. Czekoladę, kawę, puszki, ale także ciuchy, buty, krawaty, których próżno było szukać w naszych sklepach.

Świat robił wszystko, żeby zrobić ze mnie snoba, który chciał być angielskim dżentelmenem, jeździć dobrym samochodem, podróżować slipingami, zatrzymywać się w najlepszych hotelach i mieć piękną kobietę. Tak sobie wyobrażałem szczęście w tamtych szarych czasach. Spodobała mi się książka „Outsider”. Analiza postawy outsidera w stosunku do polityki i społeczeństwa. Ta postawa mnie zafascynowała. Być takim outsiderem, w nic się nie angażować. Żyć dla siebie i swojej przyjemności. I tak żyłem. 

Czytaj także: Duża różnica wieku i skandal w tle. Trudna miłość Emmanuelle Seigner i Romana Polańskiego

Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Janusz Majewski w Łodzi, 2015 rok

Jest 1954 rok. Jedzie Pan do Szkoły Filmowej. Jaka jest Łódź w tamtym okresie?

Włókiennictwo rządzi. Od pokoleń. Tyle że przed wojną były to fabryki prywatne. Tu, w Łodzi, kumulowały się fortuny. Przeważnie niemieckie i żydowskie. Ulica Piotrkowska przed wrześniem 1939 roku tętniła życiem i ociekała bogactwem. Sklepy wyglądały jak w Paryżu. Kobiety nosiły kapelusze. W fabrykach lały się pot i łzy, a w restauracjach szampan. Żydzi mieli w rękach pół miasta. Taki Poznański czy Grohman tworzyli łódzką elitę, która spłonęła w wojennej pożodze. Po wojnie fabryki przeszły w ręce państwa, a miasto zrobiło się proletariackie. Kiedy przyjechałem do Łodzi, rzuciła mi się w oczy niesamowita rzecz. Na ulicach dominowały młode kobiety. Wręcz kobiecy żywioł. To były prządki, zatrudniane hurtowo. W większości bardzo ładne i… szukające towarzystwa. 

To dlaczego w tej przemysłowej Łodzi powstała Szkoła Filmowa?

A gdzie miała powstać? Warszawa była zrujnowana. Wielu artystów znalazło schronienie w Łodzi. Tak stworzyła się baza ludzi, którzy szukali ujścia dla pasji i talentów. Najpierw na terenie hali sportowej powstała wytwórnia filmowa, potem szkoła muzyczna, aktorska, na koniec filmowa. I tak wykreowano polską Fabrykę Snów. Łódź, która niewiele ucierpiała w czasie wojny, dysponowała postfabrykanckimi pałacykami, znacjonalizowanymi przez państwo ludowe, które chętnie rozdawało takie dobra. I tak na Targowej zadomowiła się Szkoła Filmowa. Do dziś zresztą tam jest.  

Spodobał się Panu ten pałacyk, gdy zobaczył go Pan po raz pierwszy?

Byłem oczarowany. I budynkiem, w końcu oceniał go student architektury, i atmosferą szkoły. Przyjeżdżałem na konsultacje, bo wymyśliłem sobie, że dostanę się do Łodzi, robiąc jako dyplom na architekturze projekt wytwórni filmowej. Plan zadziałał. Obserwowałem wszystko, co działo się za murami szkoły. Podobało mi się, że roczniki są po kilka osób. Na moim roku na krakowskiej architekturze było 200 studentów. Spodobali mi się ci ludzie. Kolorowi na tle szarej rzeczywistości, z pasją, z pomysłem na siebie. I profesorowie… Czułem, że mogę się od nich wiele nauczyć. 

Więc lekcje kina czy lekcje życia?

I tego, i tego. Szkołę Filmową tworzyła niezwykła kadra. Przed wojną kilku filmowców założyło spółdzielnię „Start”. Ci młodzi jeszcze ludzie zapragnęli, by w Polsce powstawały filmy artystyczne. Wtedy kręciło się prawie wyłącznie komedie z Ordonówną i Dymszą. Słusznie pomyśleli, że żeby to inne kino powstało, trzeba przygotować do tego jakichś zapaleńców. Po wojnie garstka ze „Startu” wróciła do zamierzeń. I to był zaczątek późniejszej Szkoły Filmowej. Kiedy ja się tam pojawiłem w 1954 roku, chłonąłem wiedzę i obserwowałem profesorów. Prócz filmu, uczyli właśnie życia, jak postępować, kim być, jak samemu się stworzyć. Był profesor Antoni Bohdziewicz, który w jednym palcu miał teorię filmu. Z pasją oglądał studenckie etiudy, czytał pierwsze nieporadne scenariusze. Potrafił doradzić, wskazywał rozwiązania, wyłapywał scenariuszowe mielizny.

Ciekawe, bo sam nie był wybitnym reżyserem. Może był wobec siebie zbyt krytyczny i to mu wiązało ręce? Był fantastycznym człowiekiem, prawdziwym Europejczykiem, przed wojną spędził parę lat w Paryżu, wiedział, co to znaczy uroda życia. Dobrze się ubierał, znał się na alkoholach, dobrym jedzeniu. Można go było słuchać w nieskończoność. Imponował nam. Jak mówiłem, mało nas było na roku. Sześć osób. I wszyscy coś ciekawego w filmie zdziałali. Gdyby tak popatrzeć z boku, życie zauważyło, gdzie, kto i w jakiej skali mógł dać coś z siebie.

Czytaj także: Roman Polański i Nastassja Kinski: historia skandalicznego romansu 

Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Janusz Majewski w Łodzi, 2015 rok

Marzyliście o karierze międzynarodowej?

Czy człowiek przewiduje, co się wydarzy w życiu? Kiedy zacząłem robić filmy, wyjeździłem się na festiwale. I wiele nagród przywiozłem. Z wiekiem to powszedniało, a blichtr nudził. Nie było to żadną atrakcją. Atrakcją zawsze była robota. Ale wracając do studenckich czasów, było wiadomo, że Roman Polański przebije się przez najgrubsze mury, bo miał taką siłę, taką energię… I stało się. To, że zapłacił za to wielką cenę, to inna sprawa. 

Jak się Pan poczuł, gdy pierwszy raz znalazł się na planie filmowym?

Na początku dorabiałem przy filmach jako scenograf. Musiałem odciążyć ojca. Mama była chora, straciła słuch, potem doszły inne choroby. Tata miał na utrzymaniu ją, siebie i dwoje studentów, bo w tamtym czasie zaczęła też studia moja siostra Zofia. Jako absolwent architektury pracowałem w biurach projektowych, miałem też predyspozycje do pracy przy filmowych scenografiach. Profesor Antoni Bohdziewicz zaproponował mi stanowisko scenografa przy filmie „Szkice węglem”. To, co zobaczyłem, powinno mnie odwieść od pomysłu zostania reżyserem. Uroczy Europejczyk i bon vivant na planie stawał się brutalem i awanturnikiem. Drobiazgi urastały do skali kataklizmu, wszyscy tracili głowę. Mimo to z Bohdziewiczem zrobiłem jeszcze dwa filmy.

Bywałem też aktorem w epizodach. Wnikliwy widz „Pociągu” Kawalerowicza dostrzeże na ekranie idącego przez peron młodego człowieka z piękną blondynką, z którą zamyka się w przedziale slipingu na cały film. Wysiadają na Helu, jako ostatni, którzy zaspali, znużeni, w domyśle, miłością. To byłem ja przypadkiem wciągnięty do obsady. Inna rzecz, że tego nie pamiętałem, bo kiedy po latach zobaczyłem ten film, głośno zastanawiałem się, co tam robi mój syn, który w młodości był wyjątkowo do mnie podobny (śmiech). Za kamerą stanąłem, kręcąc etiudę „Rondo”. Tu już praca odbywała się na moich warunkach. Film zrobił furorę, obiegł cały świat, co mi dało wejście do prawdziwego filmu. 

Życie filmowca to balansowanie między fikcją a rzeczywistością?

Tak nie jest. To jest normalny ciężki zawód i trzeba stąpać po ziemi, żeby się znaleźć w chmurach. Kiedy już stanąłem za kamerą zawodowych filmów, nauczyłem się rozróżniać przyjemność i udrękę robienia filmu. Bo jest to udręka. Trzeba mieć siłę woli i charakteru, i wręcz siłę fizyczną i psychiczną, żeby uprawiać ten zawód. Jest bardzo trudny i wyczerpujący. Euforia, owszem, zdarza się, ale czasami. Pracuje się przez sześć dni w tygodniu, dzień w dzień, najczęściej od świtu do późnej nocy. Nie można stracić chwili, bo pieniądze lecą… Jest się uzależnionym od warunków, pogody, ludzi, przeszkód. Cały czas w stresie, żeby zdążyć i żeby było dobrze. I właściwie gdyby porównać to, co się chciało nakręcić, z tym, co wyszło, to są to czasem diametralnie różne filmy. I dlatego kino trzeba kochać, mieć do niego serce i wierzyć, że nie ma lepszego zajęcia na świecie. Inaczej nic z tego nie będzie. 

Zobacz także: Biografia Sharon Tate ujawnia wstrząsające tajemnice jej małżeństwa z Romanem Polańskim

Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Janusz Majewski w Łodzi, 2015 rok

Jak wyglądało Wasze studenckie życie?

W szarej rzeczywistości próbowaliśmy być kolorowi. Jakoś się wyróżnić. Choćby strojem. Nosiłem czarne spodnie, czarne okulary i amerykański oficerski trencz z demobilu, czyli z paczki od ciotki. Tego płaszcza zazdrościli mi wszyscy, jeden z profesorów po egzaminie wstępnym do Szkoły Filmowej poleciał za mną i zapytał: „Skąd pan, do diabła, ma ten płaszcz?”. Romek Polański też się świetnie nosił. Jego ojciec był „prywatną inicjatywą”, więc mógł sobie pozwolić na garnitury i kolorowe koszule. Pasjami czytaliśmy książki. Pochłonąłem całą literaturę polską i obcą. Żyliśmy kinem i to naszej egzystencji dodawało barw. Szkoła dysponowała archiwum filmów z lat 20. i 30. Przede wszystkim jednak mieliśmy dostęp do filmów zachodnich, które władze odrzuciły z dystrybucji kinowej. A to dzięki powiązaniom profesorów, którzy te „zgniłe produkcje” choć na jeden dzień ściągali do szkoły. Zbierali się wtedy wszyscy, brali kanapki i herbatę w termosie, siadali gdzie popadnie i film szedł jeden za drugim, żeby zdążyć przed godziną oddania. 

Które filmy robiły wrażenie? 

Ciekawe było kino francuskie. Film „Pustelnia parmeńska”, z genialnym Gérardem Philipe’em. Z jednej strony komercyjny, z drugiej – ambitny artystycznie. Pamiętam mroczny film „Skarb rodziny Goupi”. Mógłbym oglądać go w kółko. Był taki reżyser Clouzot, który robił sensacyjne filmy z duszą. Dziś filmy akcji pod względem atrakcyjności wydarzeń biją go na głowę, ale gdzie im do budowy charakterów, psychologii postaci, jakie swoim filmowym kunsztem kreślił Clouzot. Uwielbiałem też „Obywatela Kane” Orsona Wellesa, filmowy wzór. Tak jak powiedziałem, żyliśmy filmem. 

A kino polityczne, zaangażowane? Czasy sprzyjały temu.

W etiudach i pierwszych filmach nie myśleliśmy o przesłaniach politycznych. Jaka polityka, jaka walka z kamerą? W tych kilku latach, które nastąpiły po odwilży 1956, można było mieć wrażenie, że skończyła się szarzyzna epoki stalinowskiej, zaczniemy kręcić filmy dla inteligentów, a nie dla „świniarek i pastuchów”. Przy okazji będziemy prowadzić ciekawy tryb życia, podróżować i nawiązywać kontakty ze światem… Ja krok po kroku realizowałem te zamierzenia. W Łodzi przeszedłem wszystkie etapy dojrzewania do dorosłości. Przyjechałem tu z walizką i zamieszkałem w domu akademickim, który był brudną dziurą. Wytrzymałem tam dwie noce, w czym pomógł mi poker i alkohol. A potem przyrzekłem sobie, że moja noga tam więcej nie postanie.

Dzięki rekomendacji przyjaciela Witka Leszczyńskiego wynająłem pokój w pięknej kamienicy na Piotrkowskiej 56. To było duże, pięknie urządzone mieszkanie, na piątym piętrze bez windy. Ale kto w tamtym czasie i w tym wieku zwracał na to uwagę. Z moim lokum na Piotrkowskiej wiąże się wiele zabawnych historii. Którejś nocy, gdy wróciłem późno, nie chcąc budzić gospodarzy, poszedłem do toalety na poddaszu. Nie było w niej klamki i niechcący się zatrzasnąłem. Bez wahania, po wąziutkim parapecie, trzymając się muru, przeszedłem do sąsiedniego, na szczęście otwartego okna na korytarz. Kiedy rano zobaczyłem, jak niebezpieczna była to przygoda, z wrażenia nie mogłem dojść do siebie. Gdyby tylko osunęła mi się noga…

Kiedy bywam w Łodzi, idę tam pokontemplować moją młodzieńczą głupotę. Któregoś razu przyjechała z wizytą moja ówczesna dziewczyna, Tamara. Tamara studiowała w Warszawie, więc jak się już spotkaliśmy, trzeba było nadrobić rozłąkę. Akurat było Święto Pracy i Piotrkowską szedł pochód. Ja w majtkach, a Tamara w nocnej koszulce wyszliśmy na balkonik, który wychodził na Piotrkowską, by poobserwować idący tłum. W tym momencie przechodziła Szkoła Filmowa, a któryś z kolegów, Witek czy Romek, spojrzał w górę, skonstatował, kto stoi na balkonie, i głośno zaintonował imię mojej dziewczyny: „Tamara, Tamara”. Chwilę potem „Tamara Tamara!” krzyczała cała Piotrkowska…

…a Pan zyskał opinię największego łódzkiego playboya.

Filmowcy stanowili atrakcyjne towarzystwo dla dziewczyn. Można powiedzieć, że Łódź nas rozpieszczała… Zagłębiem pięknych dziewczyn była Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych. Czy byłem playboyem? Może trochę w czasach, gdy zamieszkałem z Romkiem Polańskim.

Czytaj też: Barbara Kwiatkowska-Lass była pierwszą żoną Romana Polańskiego. Nazywano ją polską Brigitte Bardot

Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Wasz pokój, a właściwie Wasze łóżko, było znane w towarzystwie…

Do Romka wprowadziłem się krótko po tym, jak musiałem opuścić lokum na Piotrkowskiej. Jeszcze przez chwilę mieszkałem u starszego małżeństwa na peryferiach Łodzi, ale było to mieszkanie prymitywne, więc Romek się zlitował i zaprosił mnie do siebie. Wynajmował duży pokój u państwa profesorostwa, w pięknym domu, który już dzisiaj nie istnieje, co skonstatowałem z żalem, gdy wczoraj razem go szukaliśmy. Nawet nie wiem, kiedy został zburzony… A to był taki porządny przedwojenny dom… Romek w pokoju na środku postawił tapczan, na którym przedzieleni poduszką spaliśmy we dwóch.

Rano witaliśmy się mocnym uściskiem dłoni, wieczorem mówiliśmy sobie „dobranoc”. Wszystko z arcypoważnymi minami. Nad łóżkiem, w celach rozpustnych, Romek obstalował lustro. Nasze pożycie układało się nad wyraz dobrze. Indywidualne, dzienne godziny korzystania z tapczanu, czyli „grafik zajętości dupczana”, bo tak go nazywaliśmy, ustalaliśmy zawsze z wyprzedzeniem, by ten drugi mógł przeczekać w szkole czy kawiarni. Żadna jednak z zapraszanych przez nas dam nie mogła pozostać na noc. Wyjątek stanowiły wizyty aktualnej narzeczonej Romka, która przyjeżdżała z Krakowa, a ja musiałem wtedy szukać sobie noclegu na mieście… 

Na mieście… Właśnie. Gdzie się wtedy chodziło, bawiło, bywało?

Centrum dowodzenia była kawiarnia „Honoratka”. Na tle szarej Łodzi, na dzisiejsze określenia, byliśmy „ciachami”. Każdy z nas miał świadomość, że w dziewczynach może przebierać jak w ulęgałkach. Potem stworzyliśmy pewnego rodzaju kodeks, podrywanie na legitymację Szkoły Filmowej było w złym tonie. Życie koncentrowało się na Piotrkowskiej, w kwadracie kilku ulic. W „Honoratce” siedzieli wszyscy, choć sama kawiarnia nie posiadała toalety. Za potrzebą szło się do restauracji „Halka”, naprzeciwko. Tam też najczęściej jadało się obiady. Smaczne i na studencką kieszeń.

Szkoda, że „Honoratka” już dziś nie istnieje. Jedyne, co po niej pozostało, to pamiątkowa tablica. Za to w niej jest bank. Wszędzie te banki… W pobliżu było kino Polonia, niedawno reaktywowane. Tam się chodziło na filmy, bo blisko. Niedaleko była filharmonia, odbywały się koncerty muzyki poważnej i czasem jazzowe. Kiedy do Łodzi przyjechał światowej sławy jazzman Dave Brubeck ze swoim kwartetem, było to dla nas przeżycie na miarę trzęsienia ziemi.

Hotel Grand...

Jedzenie pierwsza klasa, ale nie dla studentów. Drogo… Ale w sali restauracji w Grandzie nakręciłem etiudę „Rondo” i teraz zwróciłem uwagę, że wiele się nie zmieniło. Kiedy po Szkole Filmowej zacząłem kręcić filmy w Łodzi, zawsze mieszkałem w Grandzie, jak całe filmowe towarzystwo. Gdyby ktoś w tamtych czasach wpadł na pomysł, by zamontować kamery w pokojach hotelowych, wyszedłby erotyk wszech czasów. Tam się rozgrywały romanse i tragedie miłosne. Seks, rozstania, łzy, śmiech. Byłby film. Ja, gdyby tak policzyć, w Grandzie przemieszkałem z rok, a może i dwa…

Czytaj także: Przeżył Holokaust dzięki pomocy polskiej rodziny! Historia Romana Polańskiego

Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Jak to się więc stało, że najprzystojniejszy playboy Szkoły Filmowej zakochał się w Zosi Nasierowskiej, skromnej, niewysokiej, chudziutkiej studentce wydziału operatorskiego? 

Która w dodatku wyglądała na pięć lat mniej niż miała! Gimnazjalistka, w plisowanej spódniczce, bluzce z kołnierzykiem. Co ja poradzę. Przelatuje jakaś iskra, wzajemne zauroczenie, a potem się wydaje, że już bez siebie nie da się żyć. I tak to się stało. Zosia kończyła wydział operatorski, ale wybrała fotografię i przez lata była najlepszym polskim portrecistą. Prócz uczucia łączyła więc nas pasja do sztuki. Ponieważ mieszkałem wtedy z Romkiem, musiałem mu powiedzieć, że się zakochałem i wyprowadzam. Romek się śmiertelnie obraził, popatrzył na mnie oczami zranionej sarny i powiedział: „Jak chcesz, ale wątpię, że będzie ci gdzieś lepiej”. 

Jednak było!

Zosia była miłością mojego życia, przeżyliśmy razem ponad 50 lat, aż do jej śmierci w 2011 roku. I nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Romek po jakimś czasie też przestał się gniewać (śmiech). 

Żal było Panu wyjeżdżać z Łodzi?

Młodość musi się kiedyś skończyć. I nie ma na to rady. Wyprowadziliśmy się z Zosią do Warszawy, wzięliśmy ślub. Ona stworzyła atelier fotograficzne, ja zacząłem kręcić dokumenty, potem filmy fabularne. Porodziły nam się dzieci. W 1969 roku zostałem wykładowcą w Szkole Filmowej, więc w Łodzi bywałem często. Z perspektywy profesora jednak wszystko wyglądało inaczej. 

Co straciłby Pan w życiu, gdyby nie pojechał Pan do Łodzi, do Szkoły Filmowej?

Nie robiłbym filmów. Zostałbym architektem, a życie architekta w tamtych czasach było unormowane przepisami i biedą. Budowało się wstrętne bloki mieszkalne, budynki użyteczności publicznej. Architektura podlegała normom socjalistycznego realizmu. Chwilę pracowałem w biurze projektów w Łodzi, wcześniej w Krakowie. Nawet jeden mój budynek został zrealizowany. Gdzieś w Pabianicach chyba, nie wiem, czy jeszcze istnieje. Zawsze miałem estetyczne nastawienie do świata, bardziej interesowało mnie jego piękno niż jego brzydota. Byłem zdziwiony, że wielu moich kolegów filmowców ukochało sobie tę brzydotę.

Praca w filmie pozwoliła mi zrealizować wiele życiowych marzeń, także finansowych, bo dała mi szansę w moich czterech ścianach odciąć się od szarości komunizmu. Razem z żoną przez lata kolekcjonowaliśmy antyki i piękne przedmioty. Podróżowaliśmy po świecie, by z końcem lat 80., kiedy w Polsce rozkręcał się wyścig szczurów, znów wybrać inną drogę i przenieść się na Mazury. Film też pozwolił mi stworzyć samego siebie. Stałem się tym gościem z amerykańskich tygodników, które czytywałem jako chłopiec. I do dziś mi z tym dobrze.

Czy przypuszczał Pan, chodząc lata temu po Piotrkowskiej, że wiele lat później odsłoni Pan swoją gwiazdę?

Ktoś skopiował ten pomysł z hollywoodzkiej Alei Sław. Ale oczywiście przyjemnie zobaczyć swoje nazwisko w szeregu filmowych znakomitości. Cóż, ta gwiazda jest dla mnie dwojakim symbolem. Z jednej strony upamiętnia moje istnienie, że był ktoś taki i robił filmy. Z drugiej strony – to przecież kawałek chodnika, ludzie po tym chodzą, stąpają, biegną, skaczą… I za każdym razem, gdy widzę, jak ktoś idzie „po Majewskim”, myślę, że reżyser to jednak zawód usługowy. I jak nic ta gwiazda symbolizuje służebność wobec publiczności. 

Publiczności, dla której nakręcił Pan prawie 80 tytułów. I z tego, co wiem, przymierza się Pan do następnego filmu.

Ale to są już inne czasy, inni ludzie, inna historia.  

Rozmawiała: Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska, Łódź, 9 grudnia 2014

Za pomoc w realizacji materiału redakcja dziękuje Szkole Filmowej w Łodzi, ul. Targowa 61/63, 90-323 Łódź, www.filmschool.lodz.pl, klubowi Wytwórnia, ul. Łąkowa 29, 90-554 Łódź, www.wytwornia.pl oraz za gościnność hotelowi DOUBLE TREE BY HILTON LODZ, ul. Łąkowa 29, tel. +48 42 208 80 00, www.doubletreelodz.pl

Janusz Majewski, VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Janusz Majewski, Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska VIVA! luty 2015, 4/2015
Fot. Bernard Kwapiński

Janusz Majewski, Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska, autorka wywiadu, VIVA! luty 2015

Wideo

Piękni, szczęśliwi, zakochani. Tak Karol i Małgorzata Strasburgerowie pozowali w sesji dla VIVY!  

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

JULIA KUCZYŃSKA „MAFFASHION” – Influencerka, ikona stylu, bizneswoman. Teraz przyszedł czas na nowy rozdział w jej życiu. ZBIGNIEW ZAMACHOWSKI w dniu 60. urodzin wyjawia „całą” prawdę o karierze i swoich pryncypiach. MODA W WIELKIM MIEŚCIE – Czy Carrie i jej przyjaciółki z serialu „Seks w wielkim mieście” zrezygnują z designerskich strojów, zobaczymy w sequelu „And Just Like That”. KRYSTYNA KOFTA – Nagła choroba spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Jak wyglada teraz jej życie? W cyklu EXTRA: Co się stanie z milionami Afganek w kraju, gdzie wciąż kamienuje się kobiety?