O NICH JEST GŁOŚNO

Byli o krok od rozwodu! Dziś Andrzej i Mariola Gołotowie są ulubieńcami widzów!

Małżeństwo jest objawieniem bieżącej edycji „Agenta Gwiazdy”

Liliana Śnieg-Czaplewska 21 marca 2019 16:48

On, były bokser i mistrz wagi ciężkiej. Ona z pozoru delikatna i krucha, jednak w rzeczywistości stanowcza i nie znosząca sprzeciwu. Andrzej i Mariola Gołotowie z pewnością nadali charakteru bieżącej edycji show TVN i udowodnili, że mimo różnic w sposobie bycia tworzą związek idealny. Co mówili o swojej miłości i małżeństwie? Przypominamy wywiad pary dla VIVY! z 2010 roku, za czasów, gdy Andrzej Gołota brał udział w Tańcu z gwiazdami...

Wywiad Andrzeja i Marioli Gołotów z 2010 roku w VIVIE!

Koniec z boksem...? Nigdy więcej!? Ale Andrzej ciągle trenuje, choć tym razem powalczy na parkiecie. O Kryształową Kulę „Tańca z gwiazdami”. Na ringu budził i budzi obłędne emocje. Uwielbiany i wygwizdywany. O nim samym krążyły legendy. 

Boże, kobieta gania mnie po parkiecie”, wzdycha Andrzej Gołota i nie przestaje się śmiać (w „Tańcu z gwiazdami” wystąpi w parze z Magdaleną Soszyńską-Michno). Jest inny, niż się spodziewałam. Ma zaskakująco delikatny uścisk dłoni. Bywa roztargniony, ciągle gubi telefony komórkowe i okulary przeciwsłoneczne. Przesądny. Gdy w warszawskim hotelu wylądował na 13. piętrze i na dodatek w pokoju numer 13, natychmiast zaprotestował w recepcji.

Rodzina Gołotów do Warszawy zjechała w komplecie, z dziećmi. Andrzej trenuje, Mariola wpada do sali ćwiczeń, by przyjrzeć się, jak idzie, choć zaraz wraca do Chicago z 19-letnią Olą. Trzynastoletni Andrew junior jeszcze zostaje. „Andrzej lubi się z synem droczyć. Do córki ma słabość”, opowiada Mariola Gołota. „Chociaż... gdy Ola włoży krótkie szorty albo spódnicę, pyta ją: »Nie masz jakichś dłuższych? Nie widzisz, jak oni na ciebie patrzą?!«”. 

W tym roku Gołotowie będą obchodzili 20-lecie związku. Na pytanie, co w życiu najważniejsze, bokser bez sekundy zastanowienia mówi: „Moje dzieci i to stworzenie, które siedzi obok mnie”, wskazując na żonę.

Liliana Śnieg-Czaplewska: Andrzej, kiedy ostatnio tańczyłeś z własną żoną?

Andrzej Gołota: O, Boże!

Mariola Gołota: No, kiedy, kiedy? W ostatnią sobotę.

Andrzej: Zgadza się. W zeszłą sobotę Mariola kazała mi tańczyć na swoich spóźnionych urodzinach. Specjalnie czekaliśmy z obchodami na przyjazd do Warszawy, więc dałem się wyciągnąć na tańce. Kolejny raz zresztą.

To był taniec z figurami? W końcu od paru tygodni trenujesz.

Andrzej: Jeszcze nie, ale pracuję nad tym. Na razie dziękuję Panu Bogu za wytrwałość trenerki. Wiesz, że pani Magda na mnie pokrzykuje i skłania do ciężkiej pracy na parkiecie?

Tak z ręką na sercu, chętnie tańczysz, czy to rodzaj przymusu?

Andrzej: Wszystko zależy od tego, czy przedtem zażyję coś dla kurażu… (śmiech). Ale w gruncie rzeczy chętnie. Bo po pierwsze – to przygoda, a poza tym… inne wyzwanie.

To wróćmy do Waszego amerykańskiego życia. Jak wygląda zwykły dzień rodziny Gołotów w Ameryce, w takim ładnym domku z zadbanym ogródkiem na przedmieściach Chicago?

Andrzej: Mariolka prowadzi kancelarię prawną, ma praktykę i moc klientów, wychodzi wcześnie, wraca wieczorem. Rano jemy z dziećmi śniadanie. Ola zaczęła pierwszy rok college’u, zostały jej jeszcze trzy lata, Andrzejek idzie do szkoły. Ja zostaję sam i organizuję dzień po swojemu (tu Gołota puszcza oko i się śmieje). Chodzę na siłownię, czasami basen, jogginguję, jeżdżę po okolicy superszybkim profesjonalnym rowerem, jaki mają kolarze.

Mieszkamy w ładnej okolicy, mówimy o niej „nasza wieś”, ale mieszka tu 40 tysięcy ludzi na 10 milach kwadratowych. Mnóstwo tu takich wsi wokoło, za jedną z nich jest jezioro Michigan – blisko, pięć minut jazdy. Można tam pływać, żeglować, chociaż ja od jeziora wolę basen z dwiema trampolinami, cztery mile dalej. Z Mariolką widzimy się w środku dnia, bo lubimy jeść razem lunch w down-town. Dojeżdżam do żony, mamy kilka  ulubionych miejsc.

Bardzo dbasz o kondycję?

Andrzej: Bardzo jak bardzo, ale staram się nie poddawać.

Nie rezygnujesz z myśli o powrocie na ring?

Andrzej: Na pewno nie. Ooo, nie…

Żona się o Ciebie martwi. Tyle kontuzji na ringu, ciężki wypadek drogowy, w którym zginął Twój kolega...

Andrzej: Przeszedłem ciężką operację barku, jeszcze boli mnie łokieć i złamany kciuk. Ale… George 
Foreman miał 45 lat, gdy po raz kolejny został mistrzem świata. 

No, to masz jeszcze trochę czasu… A Mariola ma widać do Ciebie pełne zaufanie, skoro zostawia Cię w Warszawie wystawionego na różne pokusy.

Andrzej: Te pokusy po 20 latach ani tak nie działają, ani nie są takie niebezpieczne jak kiedyś.

Z tego, co wiem, mieliście z żoną sporo wspólnych okazji do wirowania po parkiecie, bo to dwa śluby i dwa wesela...

Mariola: Cywilny tu, w Warszawie, kościelny w Chicago. I od razu prostuję: nigdy się nie rozwiedliśmy. Owszem, kiedyś nawet złożyliśmy papiery rozwodowe, ale je wycofaliśmy, więc to, co wypisują o nas w Internecie, to kompletna bzdura. Dwudziestą rocznicę jedynego cywilnego ślubu będziemy obchodzić drugiego października. Ślub kościelny, trochę przez przypadek, też wypadł drugiego października, tyle że... dwa lata później. Żadnego rozwodu na koncie! Nie mogliśmy od razu wziąć ślubu kościelnego, bo Andrzej czekał na dokumenty z kraju, poza tym nie był u bierzmowania. Więc to ja byłam świadkiem na uroczystości. Najładniejszym świadkiem.

Andrzej: Zdecydowanie. A ja najwyższym i najcięższym...

Mariola: …i najstarszym. Teraz częściej się zdarza, że dorośli idą do bierzmowania, wtedy w grupie 12–14-latków Andrzej naprawdę się wyróżniał.

Mieszkacie w USA od dawna. Miałeś 22 lata, gdy wyemigrowałeś, Mariola była w czwartej klasie podstawówki.

Mariola: Miałam 11 lat, gdy wyjechałam z rodzicami do USA. Tak się dziwnie złożyło, że dziadkowie ze strony mamy urodzili się w Stanach, tylko wrócili do Polski w czasach wielkiego kryzysu. Moja babcia, która miała wielu konkurentów do ręki, wybrała dziadka, bo „był dobrym człowiekiem”.

A dlaczego Ty wybrałaś Andrzeja? Bo miał już pierwsze sukcesy sportowe za sobą, dobrze się zapowiadał? Do tego przystojny, z temperamentem?

Mariola: Przystojny, małomówny, więc trochę tajemniczy. A że jest dobrym człowiekiem, czułam od razu. I ten temperament! Nie lubię uległych, którzy zrobią wszystko, czego zechce żona.

Andrzej: Powiedziałem: to masochistka. Nie patrz tak pytająco. Żartuję.

Mariola: Andrzej zawsze miał dobre serce. A to, że był niegrzecznym chłopcem, jeszcze bardziej mnie pociągało. Przecież ja miałam tylko 19 lat, gdy się poznaliśmy.

W jakich okolicznościach, gdzie, kiedy? Jak była ubrana Mariola? Chcę sprawdzić Twoją pamięć, bo podobno mężczyzna jest w stanie zapamiętać ten moment pod warunkiem, że kobieta jest ubrana na niebiesko.

Andrzej: Miała sukienkę w kwiatki, takie drobne. Niebieską! Ale mi się udało. Byłem w USA z reprezentacją narodową w boksie, mecz wygrałem. Tego dnia spotkałem się z moim dobrym kolegą Markiem Piotrowskim, świetnym kickbokserem, który poznał nas ze sobą pod restauracją Staropolska w Chicago. W pewnej chwili patrzę, a tu zajeżdża czerwony chevrolet camarra – z piskiem opon, z fantazją bierze zakręt, choć tam nie za bardzo można było robić takie manewry. Z dużego sportowego samochodu wysiadła bardzo drobna, bardzo szczupła szatynka, wyglądała niemalże jak dziecko.

Mariola: Poszliśmy wtedy do Magnolii na przedmieściach Chicago i cały wieczór przetańczyliśmy. A gdy powiedziałam Andrzejowi, że za miesiąc przyjadę do Polski, zaprosił mnie do siebie w Warszawie. Ciąg dalszy znasz…

Andrzej: Z tą jej wizytą u mnie to była ciekawa sprawa. Dwadzieścia lat temu mieszkałem na czwartym piętrze przy Koszykowej, w kamienicy z windą, choć bez telefonu. Mariolka nie zauważyła, że tam jest winda i weszła na piechotę. Byłem w domu, słyszałem stukot jej obcasów niemalże od parteru. 

Andrzej, mały egzamin z paru dat: kiedy się urodziła Ola?

Andrzej: Ojej… Wiem, marzec, 28, 1991 roku.

Andrzej junior?

Andrzej: Pierwszy września 1997 roku. Data, której też nie zapomnę, to drugi października – dzień obu ślubów.

Kiedy posłałeś Riddicka Bowe’ego na deski?

Andrzej: Grudzień 1996, ale dnia nie pamiętam. A daty urodzenia żony nie chcesz?

Dziękuję, sama wydedukowałam.

Mariola: Andrzej pamięta o urodzinach, są dla niego bardzo ważne. Obchodzi je i zaprasza gości dokładnie w dniu urodzin. Z kolei ja pamiętam, że gdy się zaręczyliśmy, nie miał dla mnie pierścionka. Dał mi swoją wielką obrączkę, powiesiłam ją na łańcuszku, na szyi. Później sam zaprojektował dla mnie pierścionek z pięcioma brylancikami, w białym i żółtym złocie.

Andrzej: Masz go jeszcze?

Mariola: Mam, choć teraz noszę inną biżuterię. Czasem opowiadam mojej córce, jakie niespodzianki sprawiał mi jej ojciec: „Oluś, życzę ci, żebyś znalazła chłopaka, który da ci tyle radości jako narzeczonej, co twój tatuś mnie”. Kiedyś jechał spóźniony na randkę, więc po drodze zahaczył o kwiaciarnię i dotarł z naręczem kwiatów na przeprosiny.

Andrzej: O giełdę kwiatową, przywiozłem z 80 róż.

Wybranek serca od początku spodobał się rodzinie?

Mariola: Najbardziej babci Marii, mamie mamy, bo przypominał jej dziadka, też takiego wysokiego. Ja myślałam realistycznie. Andrzej coraz bardziej mi się podobał, ale ja studiowałam w USA, a on mieszkał tutaj. Nie widziałam wspólnej przyszłości, bo co to za miłość na odległość. Stąd moja ostrożność.

Jak widać, wszystko w życiu ma swój sens. Andrzej musiał mieć tu w Polsce różne prawne kłopoty, byście się zdecydowali na wspólną przyszłość w Stanach.

Mariola: Te kłopoty nie były tak wielkie, jak o nich pisano. Zaręczyliśmy się w sylwestra i od tego momentu wiadomo było, że Andrzej ma narzeczoną w Stanach. I… zaczęły się trudności. Miał jechać na Igrzyska Dobrej Woli w Seattle, ale wiedziano, że jeśli wyjedzie, to pewnie nie wróci. I dobrze się stało! Skoro on nie mógł przyjechać tam, ja przyjechałam do Polski. Tu wzięliśmy ślub, załatwiliśmy formalności i Andrzej już całkowicie legalnie wyjechał, praktycznie z zieloną kartą w kieszeni.

Początki w Stanach były trudne? Zostaliście rodzicami w młodym wieku.

Andrzej: Bardzo młodym. Miałem 22 lata i zero gotówki. Niczego nie mieliśmy.

Mariola: W 1990 roku wzięliśmy ślub, w 1991 urodziła się Ola – trzy tygodnie przed przyjazdem Andrzeja do Chicago. Pomagała nam moja mama. Kiedyś mówi: „Mariolka, ja myślałam, że będziesz lepszą żoną”. „Mamo, co się stało?” – pytam.  „Jak ty możesz mężowi nie dawać jeść, suchą bułkę w kieszeni nosi”. Ja w śmiech. Było tak, że ja szłam do pracy, na zajęcia, a Andrzej na salę treningową z naszą córką, która wtedy ząbkowała. Wkładał przysuszoną bułkę do kieszeni i dawał jej do gryzienia, gdy marudziła. 
Nosił dziecko ze sobą, bo nie było co z nim zrobić.

Andrzej: Kładłem ją w nosidełku na blacie stołu, a jak ćwiczyłem, pilnował jej taki starszy, czarnoskóry opiekun sali treningowej. 

Mariola: To były trudne dni... Przerwałam studia, żeby urodzić Olę, Andrzej nie wiedział, czy jeździć na truckach, czy wrócić do boksu.

To jak się stało, że nie zostałeś zawodowym kierowcą, tylko zawodowym bokserem? Gdzieś wyczytałam o pierwszych walkach na ringu za marne pieniądze.

Andrzej: Nie wiem, czy 200 dolarów 20 lat temu było takie marne. Nie były to krocie, ale zmuszały mnie do szybkiego kończenia walki, czyli nokautu. Przychodzili na walki różni obserwatorzy i dzięki nim nie zostałem kierowcą ciężarówki. Ale teoretyczny, pisemny egzamin na kierowcę zdałem, do praktycznego nigdy nie podchodziłem. Więc gdy byłem w domu, trenowałem i zajmowałem się Olą.

Mariola: Karmił, kąpał, przewijał.

Andrzej: No, nie przesadzaj z tym przewijaniem.

Andrzej, życiorysy innych bokserów są banalnie proste: tyle walk wygrał, tyle przegrał, tylu znokautował.  A u Ciebie co walka, to zakręt, przygoda na cztery fajerki albo afera na cały świat.

Andrzej: Coś się dzieje przynajmniej, coś się dzieje! Trochę nieudana kariera, chcesz powiedzieć.

Z takimi możliwościami mogłaby być lepsza. Choć przyznać trzeba, że Twoje walki wzbudzały obłędne emocje. Walka z Riddickiem Bowe’em – jedna z dziesięciu najlepszych w zawodowym boksie – skończyła się dyskwalifikacją za ciosy poniżej pasa. Po walce wybuchły zamieszki. Ktoś Cię walnął telefonem komórkowym. Musiał być duży i ciężki…

Andrzej: Nie, był z tych nowocześniejszych. Uderzył mnie ostrym kantem w głowę.

Mariola: Pamiętam tę bijatykę. Andrzej i jego trener Lou Duva trafili do szpitala. Duva kurczowo się trzymał noszy, a znosili go z ringu w pionie. My z Andrzejem też pojechaliśmy na opatrunek. Prawdziwy horror, krew i krzyki, ale teraz chce się człowiekowi śmiać. Chodzę na wszystkie mecze męża, siedzę blisko ringu. Dlatego zrobiłam licencję zawodowego sędziego. Bo Andrzej komentował cudze walki, własnych – nigdy.

A ja chciałam znać kryteria sędziowania, bo nie ma nic gorszego niż niesprawiedliwi sędziowie. Andrzej to dla mnie „mistrz bez pasa”. Cztery razy podchodził do walki o mistrzowski pas, w tym jedną na pewno wygrał, tę z Johnem Ruizem, gdy stawka była wysoka – tytuł prestiżowej organizacji bokserskiej WBA. Przegrał na punkty, choć tamten był dwa razy na deskach. 

Andrzej, co potrafisz zrobić w domu własnymi dziesięcioma paluszkami?

Andrzej: Chwila, moment, muszę pomyśleć…

Mariola: Jest mistrzem w grillowaniu. Zanurza steki w dobrej marynacie i zaprasza gości. Jeszcze nikt mu nie odmówił.

Andrzej: O, przypomniałem sobie. Umiem robić jajecznicę. I naleśniki, o które często prosił mnie syn.

Mariola: Nasz syn przez lata wierzył, że ojciec naprawdę mu te smakołyki osobiście przyrządza. A tata składał zamówienie w pobliskiej restauracji, gdzie robią pyszne naleśniki z serem i truskawkami.

Andrzej: Ja je robię z mąki żytniej, tej zdrowej, ale mało, jak do omleta. I chude mleko, jajka, całość mocno zmiksowana, puszysta. Opanowałem recepturę. Były tak dobre, że syn za często o nie prosił, nie dawałem rady albo nie miałem czasu. I dzwoniłem do restauracji.

Mariola: Myślisz, że dziś Andrzejek junior jest lepszy od swojego ojca? W życiu! Jak dostanie na obiad coś, czego nie lubi, przychodzi i mówi: „Mama, daj siedem dolarów, jadę do restauracji”  ZOBACZ ZDJĘCIA

Rozmawiała: LILIANA ŚNIEG-CZAPLEWSKA

Zdjęcia: MICHAŁ SZLAGA

Stylizacja: JOLA CZAJA

Asystentka stylistki: AGNIESZKA DĘBSKA

Makijaż: ASIA PETTIT/ D’VISION

Fryzury: SYLWIA KILIŚ/METALUNA 

Produkcja: ELŻBIETA CZAJA 

Wideo

Dziś wypada 3. rocznica ich ślubu. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Monika Olejnik, Martyna Wojciechowska, Joanna Przetakiewicz, Anna Lewandowska i Jessica Mercedes Kirschner. Pięć niezwykłych kobiet w niezwykłej sesji VIVY!. Janusz L. Wiśniewski w mocnej rozmowie o współczesnych kobietach oraz Debora i Joszko Brodowie z 11-stką dzieci o sile rodziny.