Reklama

Miał charakterystyczny głos, niepowtarzalny styl i miliony wiernych słuchaczy. Jan Ciszewski był ikoną sportowego komentarza w czasach PRL-u. Kibice uwielbiali jego emocjonalne relacje, zabawne lapsusy i niezwykłą charyzmę. Choć od jego śmierci minęły dekady, legenda „Cisa” wciąż pozostaje żywa. Mało kto wie jednak, jak dramatyczna była jego ostatnia walka.

Wypadek, który przekreślił jego sportowe marzenia

Jan Ciszewski od dziecka marzył o sporcie. Chciał zostać żużlowcem, ale tragiczny wypadek przekreślił jego plany. Jako nastolatek spadł z motocykla i złamał nogę. Doszło do zakażenia krwi i gruźlicy stawu. Lekarze walczyli o uratowanie kończyny, a przed amputacją uratowały go aż cztery operacje. Po chorobie jedna noga była krótsza o 12 centymetrów, przez co mocno utykał. Koledzy przezywali go „kuternogą”. Najbardziej bolało go jednak to, że już nigdy nie będzie mógł uprawiać sportu.

Los szybko otworzył przed nim nowe drzwi. Gdy klub żużlowy z rodzinnego Sosnowca szukał stadionowego komentatora, zgłosił się bez chwili wahania. Pierwszy raz przed mikrofonem usiadł w 1952 roku. Najpierw komentował lokalne mecze piłkarskie, a kilka lat później został jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów sportowych w Telewizji Polskiej.

Jan Ciszewski stał się głosem całej Polski

Widzowie pokochali go za emocje i naturalność. Nie był perfekcyjny językowo, ale właśnie to dodawało mu autentyczności. Potrafił przekręcić zagraniczne nazwisko albo rzucić lapsusem, który przechodził do historii. Jeden z najbardziej znanych padł podczas konkursu skoków jeździeckich na igrzyskach olimpijskich w 1980 roku. „Proszę państwa, teraz wszystko w rękach konia”, powiedział na antenie, rozbawiając widzów do łez.

CZYTAJ TEŻ: Przeżył piekło i wrócił na szczyt. Życie Krzysztofa Krawczyka to historia jak z filmu

Jan Ciszewski
Jan Ciszewski PAP/Edmund Radoch

Bohdan Łazuka, który prywatnie przyjaźnił się z Ciszewskim, jakiś czas temu w rozmowie z portalem Shownews.pl wspominał go jako człowieka niezwykle barwnego. Mówiono o nim „profesor Cis”. Uwielbiał dobre towarzystwo, biesiady i eleganckie życie. Z piłkarzami podróżował jednym samolotem, potrafił nawet nocować z nimi w hotelach podczas zagranicznych wyjazdów. Był duszą towarzystwa i człowiekiem, do którego wielu zwracało się po pomoc.

To właśnie Ciszewski komentował największe sukcesy polskiego sportu. Relacjonował słynne mecze Górnika Zabrze z Romą w 1970 roku, olimpijskie złoto w Monachium w 1972 roku czy legendarny dwumecz Polski z Anglią na Wembley. Informował również kibiców o mistrzostwie świata Jerzego Szczakiela na żużlu oraz o olimpijskim triumfie Jana Kowalczyka w Moskwie.

Krystyna Loska wspominała, że widzowie często telefonowali do telewizji tylko po to, by upewnić się, że to właśnie Jan Ciszewski będzie komentował najważniejsze spotkania. Uważano, że jeśli ona zapowie mecz, a „Cis” go skomentuje, sukces transmisji jest gwarantowany.

Hazard, długi i tajemnice PRL-u. Tak wyglądały ostatnie chwile Jana Ciszewskiego

Choć zawodowo odnosił ogromne sukcesy, prywatnie nie zawsze radził sobie równie dobrze. Uwielbiał hazard. Bywał na wyścigach konnych i w kasynach, a poker oraz ruletka stały się jego wielką słabością. Wpadł w długi, a wierzyciele zaczęli nachodzić go nawet w pracy. To właśnie wtedy PRL-owskie służby bezpieczeństwa próbowały wykorzystać jego sytuację. Został zarejestrowany jako tajny współpracownik o pseudonimie „Sprawozdawca”, jednak według akt IPN okazał się „mało przydatny, bo bardzo nieszczery”.

Dopiero trzecie małżeństwo przyniosło mu stabilizację. Krystynę, neurolog młodszą od niego o 16 lat, poznał we Wrocławiu. Pod jej wpływem rzucił palenie i ograniczył niezdrowy tryb życia. W 1976 roku urodziła się ich córka Joanna.

Najbardziej dramatyczny rozdział jego życia rozegrał się podczas mistrzostw świata w Hiszpanii w 1982 roku. Był już ciężko chory, ale nie wyobrażał sobie, że mógłby zrezygnować z wyjazdu. Polska reprezentacja zachwycała kibiców: wygrana 5:1 z Peru czy hat-trick Zbigniewa Bońka przeciwko Belgii elektryzowały cały kraj. Ciszewski przeżywał każdy mecz niezwykle emocjonalnie. Płakał po remisie z ZSRR, który dał Polsce awans do półfinału mundialu.

Mało kto wiedział, że w tym czasie komentator walczył już z ciężką chorobą. Cukrzyca, marskość wątroby i nowotwór wyniszczały jego organizm. Aby przetrwać mundial, faszerował się morfiną. Według wspomnień Antoniego Piechniczka po powrocie do kraju z lotniska miała zabrać go karetka. On jednak uparł się, że najpierw poczeka na żonę.

Jan Ciszewski zmarł 12 listopada 1982 roku. Miał zaledwie 52 lata. Dla milionów kibiców pozostał jednak głosem największych emocji w historii polskiego sportu.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Nie chcę zostać sama”. Krzysztof Krawczyk powiedział jej to tuż przed śmiercią. Ewa w VIVIE! ujawniła, co działo się za zamkniętymi drzwiami

Jan Ciszewski
Jan Ciszewski PAP/Afa Pixx/Irena Komar

Authors

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...