Tylko w VIVIE! Wiesław Komasa zdradził, jak jedno wydarzenie z dzieciństwa odcisnęło na nim piętno. „Występowałem w jasełkach i przeżyłem traumę”
Nie każdy aktor potrafi tak otwarcie mówić o swoich słabościach. Wiesław Komasa opowiada Katarzynie Piątkowskiej o chwilach triumfu, ale także o zdarzeniach, które na lata zapisały się w jego pamięci. Wspomnienie niewinnych jasełek z dzieciństwa niespodziewanie powróciło do niego podczas spektaklu „Hamlet”, gdy na oczach kolegów i publiczności nagle zabrakło słów. Jak z takich doświadczeń rodzi się prawdziwy artysta?

Wiesław Komasa od ponad pięciu dekad zachwyca publiczność jako aktor teatralny, filmowy i mistrz słowa. W rozmowie z Katarzyną Piątkowską wraca do momentów, które ukształtowały jego artystyczną drogę – od dziecięcych występów w jasełkach po jeden z najbardziej stresujących epizodów swojej kariery. To opowieść o pamięci, emocjach i niezwykłej sile teatru.
Zapomniany tekst, dziecięca trauma i siła, która przez całe życie prowadziła go na scenę. Wywiad VIVA!
[...]
– Nie miał Pan innego wyjścia, niż zostać artystą?
Musiałem pójść w tę stronę. Bardzo szybko zrozumiałem, kiedy ludzie traktują mnie inaczej. Kiedy mówiłem wiersze. Wtedy czułem się mocniejszy, mój głos się zmieniał, przechodziły mnie dreszcze, ludzie też mnie inaczej wtedy postrzegali. Już w przedszkolu mówiłem wiersze, bo mówiłem je głośno i nie wstydziłem się. Występowałem w jasełkach jako pastuszek, anioł i paź króla. Wszystko w jednym przedstawieniu. I taki byłem dumny, że mogę w tak krótkim czasie być trzema postaciami. Natomiast do pewnego momentu nie zdawałem sobie sprawy, ale potem odkryłem, że przeżyłem tam traumę. W czasie trwania jasełek zasłuchałem się w to, co się dzieje na scenie. I nastała cisza, która wydała mi się ciszą podejrzaną. Myślę, słucham i nagle z takiej starej budki teatralnej słyszę swój tekst, bo podpowiada mi suflerka. I tak mi podpowiadała, w sposób diabelski wręcz, że przestraszyłem się jej. Ten obraz został mi na zawsze.

– Kiedy pomyślał Pan o tym zdarzeniu jak o traumie?
Gdy grałem w „Hamlecie” w reżyserii Andrzeja Domalika w Teatrze Dramatycznym. Grałem Ducha Króla i Aktora. Jako Aktor mówiłem monolog. Po iluś latach grania tego przedstawienia zaciąłem się w tekście i zapomniałem następnych słów. A to jest przecież rytm wiersza… nic nie dopowiem. I wtedy przypomniała mi się sytuacja z tych niewinnych jasełek. Stanęła mi przed oczami jak wyryta, kiedy suflerka próbowała podać mi trudny tekst „Hamleta” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. Zorientowałem się, że nie powtórzę tego tekstu. Marek Walczewski, który grał Poloniusza, zrozumiał, co się dzieje, i zachował się po koleżeńsku. Powiedział: „Panie, a może już dosyć?”. Boże kochany, chciał mi pomóc, a ja prawie zemdlałem, bo jeszcze nic nie powiedziałem. Zobaczyłem, że kombinuje dalej: „Patrzcie, łzy mu w oczach stanęły. Patrzcie, nie może mówić. Wyprowadźcie go!”. I mnie wyprowadzili. Wymyśliłem sobie jeszcze finał, że upadam i krzyczę: „Biada! Biada! Biada!”.
– Biada!
(Śmiech). Ale żaden z kolegów nigdy nie skomentował tego wydarzenia.
– A publiczność się nie zorientowała?
Nie mogła się zorientować. W to, o czym opowiadam na scenie, wchodzę bardzo emocjonalnie, do końca, i to mi zostało.
[...]
Cały wywiad w nowej VIVIE! Magazyn dostępny w punktach sprzedaży od środy, 3 czerwca.
