TYLKO W VIVIE!. Choroba odebrała mu głos, ale walczył do końca. Tak wyglądał jeden z ostatnich wywiadów z Janem A.P. Kaczmarkiem
W 2023 roku, w jednym z ostatnich wywiadów, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! został spytany przez redaktor naczelną, o czym teraz marzy. Uśmiechając się przekornie, odpowiedział: „O stworzeniu Dzieła Życia, które być może już napisałem”. Ale potem dodał: „O niespiesznym śniadaniu z ludźmi, których kocham”. Jan A.P. Kaczmarek, kompozytor, laureat Oscara i nagrody Orła za całokształt twórczości, w niezwykłej rozmowie z Katarzyną Przybyszewską-Ortonowską. Nie tylko zwierzał się o marzeniach. Mówił, że „marzenia są przyszłością zaklętą w wymiar niepewności”.

- Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska
Piękna ta definicja i niesłychanie adekwatna do jego historii i życia. Zwłaszcza, gdy w ostatnich latach Jan A.P. Kaczmarek zmagał się z nieuleczalną chorobą. Napisałam w „niezwykłej rozmowie”, bo prócz tego, że emanowała z niej niesłychana pasja życia, odbywała się w sposób szczególny. Zwykle jestem blisko swoich rozmówców, obserwuję ich wnikliwie, w jakiś sposób próbuję „uwieść”, widzę ich reakcję na pytania, często zmieniam tor rozmowy albo drążę wątki, które wydają mi się niezwykle ciekawe. Tym razem nawet nie zobaczyłam swojego bohatera. Słowami chorego na MSA, czyli zanik wieloukładowy, kompozytora mówiła do mnie jego żona Aleksandra Twardowska-Kaczmarek. Odpowiedzi na pytania, które zadałam, spisywała później przez wiele dni, odpytując męża. W rozmowie z Beatą Biały w „Pani” powiedziała: „Czasem jestem jego ustami i wypowiadam słowa, które mi delikatnie podpowie albo pokaże”. Więc z tych słów właśnie składałam sobie obraz jednego z największych światowych twórców współczesnej muzyki symfonicznej i filmowej. Oglądałam wywiady z nim na YouTubie, by choć przez chwilę z nim „pobyć”. I go lepiej zrozumieć.
Kiedy zadałam pytania o przeszłość, szybko zorientowałam się, że przeszłość już go nie interesuje. Niezwykłe koleje życia: fascynacja muzyką, dziadek skrzypek w poznańskiej filharmonii, skomponowanie muzyki do szkolnego hymnu, studia prawnicze, staż w awangardowym Teatrze Laboratorium Jerzego Grotowskiego, współpraca z Teatrem Ósmego Dnia czy gra na fidoli Fischera – zbudowało go jako artystę, ale wracać do tego już nie chciał. Przyszłość to coś, co go interesowało i nakręcało do działania, bo jak powiedział w „Pani”: „Czas jest luksusem, czuję to coraz bardziej. Nie wiem, ile go mam, ale chciałbym dobrze wykorzystać”.
Mnie, wielbicielkę muzyki Kaczmarka, uzależnioną od soundtracku z muzyką kompozytora do „Całkowitego zaćmienia” Agnieszki Holland i „Niewiernej” Adriana Lyne’a, wzrusza, że Jan A.P. Kaczmarek wciąż tworzył, cieszył się życiem, wierzył w jutro i, jak powiedziała jego żona Aleksandra, czerpał energię z rzeczy zbudowanych. Dla miłości do Aleksandry właśnie wrócił z fabryki snów do Polski, do Krakowa. Amerykański sen spełnił, statuetka Oscara, którą dostał za muzykę do filmu „Marzyciel”, stoi teraz na wystawie poświęconej jego twórczości w krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Wystawa nosi tytuł „Jan A.P. Marzyciel”. W tym słowie „Marzyciel”, zaczerpniętym z tytułu obrazu, który przyniósł mu sławę największą – w życiu nie ma przypadków, zawiera się niezwykła metafora. Wszystko, co osiągnął, wzięło się z marzeń. I Hollywood, i muzyka do wielu hollywoodzkich filmowych hitów, i płyty nagrywane dla światowych wytwórni, i utwory „Kantata o Wolności”, „Oratorium 1956” czy „Universa”, i koncerty na największych światowych scenach, i choćby festiwal Transatlantyk, który organizował przez kilka lat, by przede wszystkim stworzyć ludziom przestrzeń do dyskusji o kondycji nie tylko sztuki, ale i współczesnego świata. Uważał, że dobra rozmowa może zmienić życie i być początkiem fenomenalnej transformacji. Wszystko, co dobre zresztą bierze się z rozmowy. I emocji. Ta rozmowa z Janem A.P. Kaczmarkiem była dla mnie niezwykłą lekcją życia i warsztatu dziennikarskiej pracy. Bo czasem jedno krótkie zdanie, jedno „tak” lub „nie” niesie w sobie więcej emocji niż dziesiątki – okazuje się – niepotrzebnych słów. Poza tym zawsze jest muzyka…

TYLKO W VIVIE!. Jeden z ostatnich wywiadów Jana A.P Kaczmarka
Czym w ogóle są marzenia?
Przyszłością zaklętą w wymiar niepewności.
A Pan jest marzycielem?
Byłem i jestem. Marzenie było w polskiej kulturze za mojej młodości w jakimś sensie zakazane. Trzeba było marzyć po cichu i w tajemnicy. A kiedy coś się udawało, to cieszyć się ostrożnie. To się na szczęście zmieniło. Mnie pomogła Ameryka.
Ameryka pozwala ludziom marzyć? A mówi się, że zabija marzenia…
Stany są wielkim krajem, gdzie da się znaleźć wszystko. Jednym rosną skrzydła, bo znajdują oparcie we wspaniałych instytucjach i prywatnych mecenasach. Inni są zmiażdżeni bezwzględnością neoliberalnego kapitalizmu. Królem jest jednak rynek. Ja sam doświadczyłem na początku mojej emigracji wielu aktów przyjaźni i bezinteresownej pomocy. Podsumuję: w dziedzinach kreatywnych ciągle jest przestrzeń na rozwój i karierę, ale tu przeciętni ludzie trochę nie mają perspektyw.
U szczytu kariery w Hollywood, kiedy Oscarem za „Marzyciela” spełnił Pan już część swoich marzeń, postanowił Pan stworzyć w Polsce festiwal Transatlantyk. Uczyć, inspirować i łączyć. Taka była Pana idea… Ale też kolejne marzenie…
Wiele się w Ameryce nauczyłem, dużo zrozumiałem, jak ważna jest dla artysty świadomość świata. Festiwal Transatlantyk był i jest odpowiedzią na pewien głód praktycznej wiedzy, jak funkcjonuje świat. Stąd też oprócz setek projekcji, koncertów ważne były debaty, warsztaty Masterclasses. To wszystko tworzyło holistyczną atmosferę. Festiwal nazwał się też glokalnym, co oznacza lokalne działanie w globalnym kontekście i konsekwencjach.
Powiedział Pan, że kompozytor to człowiek samotny z konieczności, a w Panu był głód ludzi. I że chciał spotykać Pan ludzi, którzy Pana inspirują. To też był powód? Bardziej prywatny?
Na pewno. Inspiracja to święte słowo. To fascynujące, kiedy coś nas uruchamia, kiedy umysł zaczyna pracować inaczej. Kiedy człowiek natchniony tym, co przeżył, zaczyna robić wspaniałe rzeczy. Dobry festiwal ma taką moc. Ze spotkania ludzi rodzi się nowa jakość dla każdego z osobna i dla całej społeczności.
Festiwal Transatlantyk miał być dla Pana rodzajem terapii.
Terapii przez spotkanie z innymi. Spotkanie z ciekawym człowiekiem to jak powiew świeżego powietrza.
Festiwal to nie tylko muzyczna i filmowa uczta, ale też – może przede wszystkim – możliwość debaty o sprawach ważnych.
Kiedy debata toczy się wśród muzyki, filmu i innych artystycznych aktywności, to nabiera przez to szczególnej mocy. Jest po prostu dużo ciekawsza.
Przy dzisiejszej kondycji świata nie brak tematów palących i bolesnych. Ludzie potrzebują rozmowy?
Zawsze, nawet jeśli tego nie wiedzą. Transformacja umysłu ludzkiego to rzadki fenomen. Rozmowa może doprowadzić do takiego stanu. Dlatego trzeba rozmawiać.
Na festiwal Transatlantyk do Pana przypływali niesamowici goście… Nagroda Glocal Hero Award przypadała ludziom zajmującym się w życiu bardzo różnymi zagadnieniami i sprawami. Niezwykły rozrzut… Ale zanim o ludziach, przy okazji Transatlantyku zaczęliśmy rozmawiać o glokalizacji…
Glokalny to w pewnym sensie negacja globalnego. To szukanie wartości lokalnie. I taka lokalna aktywność poprzez staranność, uważność, pasję działania nabiera globalnej doniosłości.
Bjørn Lomborg, Yoko Ono, Elżbieta i Krzysztof Pendereccy, Edward Norton, Janina Ochojska… Dlaczego te spotkania były dla Pana tak ważne?
Wszyscy, których pani wymieniła, są laureatami Glocal Hero Award, to znaczy wszyscy mają ogromne osiągnięcia lokalnie i w kontekście świata. Każda z tych wybitnych osób wniosła w moje życie coś istotnego, wyjątkowego w różnych dziedzinach. Bjørna Lomborga, duńskiego naukowca, doceniliśmy za autonomiczną drogę do rozwiązywania lokalnych i światowych kryzysów. Yoko Ono przez lata propagowała ideę pokoju. Krzysztof i Elżbieta Pendereccy razem stworzyli niezwykłą doniosłość Lusławic, nagrodziliśmy ich również za światowy wymiar ich muzycznej działalności. Janinę Ochojską podziwiałem od lat za wieloletnią pomoc humanitarną w najtrudniejszych miejscach na świecie i to, jak jej postawa i zaangażowanie wpływa na światowe organizacje niosące pomoc. Z kolei profesor Gayatri Chakravorty Spivak, indyjska teoretyk i krytyk kultury, poświęciła się działaniom antykolonialnym i zgłębianiu zagadnień związanych z rozwojem imperializmu i globalizacji, co również dla mnie było niesłychanie ważne.
„Żyjemy w czasach, w których nikt nie wie, kim jest, świat się chwieje, ledwo trzyma się na nogach, na poważnie rozważamy ewakuację na Marsa”, powiedział Pan w jednym z wywiadów kilka lat temu. To jeszcze było przed pandemią i wojną. Z jakimi obawami Pan dziś przygląda się światu?
Dzisiaj mamy wojnę za miedzą, kolizję mocarstw, która najpewniej zmieni porządek świata, czyli wszystko jest jeszcze mniej stabilne. Aż strach się zapuszczać w szczegóły.
CZYTAJ TEŻ: Najstarszy syn Deląga robi karierę za granicą i przyciąga spojrzenia. Podobieństwo do ojca jest uderzające

Co dziś jest dla Pana najważniejsze?
Rodzina ponad wszystko, potem twórczość i edukacja młodych. Życie z Aleksandrą, moją żoną, otworzyło nowy etap w moim życiu. Kiedy ją poznałem, była zafascynowana moją twórczością. Używała moich utworów w swojej pracy artystycznej – projektując piękne wnętrza, a także malując, rzeźbiąc czy szkicując. W jej projektowaniu jest wiele muzyki, to znaczy poczucia formy. Kiedy ono jest – energia płynie i uskrzydla. Z naszej interakcji narodziły się piękne rzeczy. Nasz syn Jaś jest najdoskonalszym owocem naszej wzajemnej fascynacji. Mamy dojrzały związek, w którym nic nie dzieje się przypadkiem.
Jaś ma dziś siedem lat. Czy w jakiś sposób przypomina Pana z tamtego okresu, czy jest to już zupełnie inne pokolenie, z innej rzeczywistości, wychowane na zupełnie innych wartościach?
Wartości są te same, natomiast inne są narzędzia komunikacji. Pomimo tego wydaje mi się, że nasz Jaś bardzo przypomina swoich rodziców. Jest pełnym pasji, ambitnym, inteligentnym chłopcem, którego kochamy nad życie. Aleksandra i ja dbamy o to, żeby oprócz elektronicznych było w jego życiu jak najwięcej analogowych sposobów poznawania świata, czyli dużo książek, sport, teatr, przyjaźnie.
O młodych ludziach jednak wciąż Pan myśli…
Ważna jest dla mnie misja dzielenia się z młodymi kompozytorami sztuką budowania kariery. W tradycji polskiej edukacji jest to teren mocno podminowany.
Dlaczego?
Ameryka nauczyła mnie odwagi dzielenia się swoją wiedzą bez najmniejszej obawy, że czegoś mi ubędzie. Będąc kompozytorem muzyki filmowej, trzeba być w jakimś stopniu erudytą – rozumieć świat i dzieło, nad którym się pracuje na wielu kondygnacjach.
W laudacji przed wręczeniem Panu tegorocznej nagrody Orła za całokształt twórczości Agnieszka Holland pięknie powiedziała: „Współpraca z Janem za każdym razem była czymś wyjątkowym i była niebywałą przygodą (…). Za każdy razem jego muzyka zaskakiwała mnie i była lepsza niż to, co sobie wyobrażałam”. To muzyka do „Całkowitego zaćmienia” Agnieszki Holland właśnie stała się przełomem w Pana karierze?
Tak, to początek mojej drogi do sukcesu. Do dziś jestem wdzięczny Agnieszce Holland za jej otwartość i serdeczność. Praca z Agnieszką to był zawsze „pokarm” dla umysłu i serca. Jej intelekt był inspirujący. Wydarzyły się wtedy rzeczy nadzwyczajne.
To znaczy?
Oprócz radości z filmu wytwórnia Sony Classical, którą otaczała aura najwyższego prestiżu, zaproponowała mi pięcioletni kontrakt i wydała moją płytę. Za oceanem zrozumiałem znaczenie jakości środowiska, w którym się pracuje. Tam panuje bardzo wysoki profesjonalizm i dyscyplina. Mając za sobą uporządkowaną siłę współpracowników, mogłem znaleźć się na szczycie swojego zawodu. Dużo zawdzięczam też kompetentnym instytucjom, takim jak studia filmowe. Przy „Marzycielu” pracowałem na przykład ze studiem filmowym Fox…
Jan A.P. Kaczmarek i jego marzenia – od Hollywood do Krakowa
Myślę, że wielokrotnie zadawano Panu to pytanie, ale ponieważ wszystko się zmienia – zapytam: która kompozycja czy muzyka do jakiego filmu ma dla Pana szczególne znaczenie? I dlaczego?
Podam pani trzy: „Całkowite zaćmienie”, „Marzyciel” i „Niewierna”. „Całkowite zaćmienie”, bo to była pierwsza prawdziwie międzynarodowa produkcja, wybitna Agnieszka Holland, świetni aktorzy: Leonardo DiCaprio, i muzyka wytrzymała próbę czasu. Potem „Marzyciel”, trudno nie być dumnym z filmu, za który otrzymało się Oscara, a „Niewierna” to mój pierwszy prawdziwie hollywoodzki film. Napisałem tematy, które zostały zapamiętane, czyli wytrzymały próbę czasu. Reżyserował znakomity Adrian Lyne. Richard Gere i Diane Lane w rolach głównych.
Egon Schiele powiedział kiedyś, że gdy malarz namaluje już obraz, musi się z nim rozstać, by namalować następny. Czy tak też jest z kompozytorem? Czy w ogóle słucha Pan swojej muzyki?
Tak, lubię słuchać, żeby się upewnić, że wszystko jest w porządku (śmiech). Kompozytor nigdy nie rozstaje się z dziełem w takim sensie, jak malarz. Muzyka może mieć mnóstwo kopii, każda z nich może być oryginałem.
Czego w ogóle słucha Jan A.P. Kaczmarek?
Lubię teraz spokój w muzyce, której słucham. A więc Chet Baker, Doris Day… Generalnie przechodzę fascynację muzyką lat 60.
29 kwietnia skończył Pan 70 lat. Wprawdzie w dzisiejszym świecie „wiek to tylko liczba”, ale czy to jest jednak jakiś moment na podsumowania?
Zawsze. Na pewno podsumowałem (śmiech). Był duży koncert w Krakowie. Potem będą w innych miastach.
Czesław Miłosz, zapytany o przemijanie, powiedział krótko: „Jestem przeciw”. A Pan? Jak godzić się z planem świata? W jednym z wywiadów mówił Pan: „Jest jakaś tajemnicza ręka w życiu, która nam albo daje, albo zabiera”… Co Panu dała, co zabrała?
Dała bardzo wiele, a co zabrała? Boję się o tym mówić.
Dopiero niedawno dowiedzieliśmy się, że zmaga się Pan z, jak to powiedziała Pana żona, „ekstremalną chorobą”. Ale też powiedziała, że w chorobie „czerpie Pan energię z rzeczy zbudowanych”…
Tak właśnie jest.
O czym Pan teraz marzy?
O stworzeniu Dzieła Życia, które być może już napisałem (śmiech). Ale też o wspólnym niespiesznym śniadaniu z ludźmi, których kocham albo cenię. Kiedy podróżuję, to spotkanie z ciekawymi ludźmi jest zawsze najważniejsze. Nie krajobraz czy architektura, tylko właśnie ludzie.
I dla ludzi, przede wszystkim wielbicieli Pana muzyki, przygotowuje się Pan do jubileuszowego koncertu na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie…
To 25 maja.
A 29 kwietnia, w Pana urodziny, w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha odbyła się wystawa poświęcona Pana twórczości – „Jan A.P. Marzyciel”. Można zobaczyć na niej Pana słynną fidolę Fischera, nuty czy posłuchać muzyki, której nigdy Pan jeszcze nikomu nie pokazał...
Tak, są instrumenty, pamiątki, partytury, nagrody, ekspozycja wykorzystała nowoczesne formy, między innymi ma ping, audiowizualne eseje, bogatą audiosferę i oczywiście jest statuetka Oscara. Moja żona Aleksandra ma osobisty wkład w tę wystawę. Oprawiała moje dyplomy, plakaty, pamiątki. Można zobaczyć jej rysunki z mojej pracowni i mój portret jej autorstwa, który lubię szczególnie.
Rozmawiała Katarzyna Przybyszewska-Ortonowska.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Choroba zabrała mu najbliższych. Historia Bedoesa porusza do głębi
