TYLKO U NAS: „Paweł Pawlikowski wymagał od nas totalnej samokontroli” – opowiada Hanns Zischler, odtwórca głównej roli w filmie „Ojczyzna”
Dzisiaj na ekrany polskich kin wchodzi film Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, w którym Hanns Zischler gra jednego z najsłynniejszych niemieckich pisarzy, noblistę Tomasza Manna. Udało nam się porozmawiać z aktorem tuż przed premierą filmu.

Hanns Zischler - niemiecki aktor, reżyser, fotograf i tłumacz. Studiował na aż czterech kierunkach: filozofii, etnologii, muzykologii i germanistyce w Monachium i Berlinie. Aktorem został właściwie przez przypadek. Ma na swoim koncie ponad 300 ról, m.in. u Wima Wendersa w „Królach szos”, czy w nagradzanym na całym świecie filmie Stevena Spielberga „Monachium”.
Hanns Zischler o współpracy z Pawłem Pawlikowskim i Sandrą Hüller nad filmem „Ojczyzna”. VIVA.PL EXCLUSIVE
VIVA.PL: Jak doszło do tego, że zagrał pan w filmie Pawła Pawlikowskiego i jak zareagował pan na propozycję roli Tomasza Manna? To bardzo ważna postać dla niemieckiej historii. To ktoś na miarę Chopina w Polsce.
Hanns Zischler: Ach, nie! Chopin jest o wiele bardziej złożony. Nie można po prostu zagrać Chopina. Można grać Chopina. Paweł się ze mną skontaktował i zaproponował zagranie tej roli. To było rok przed rozpoczęciem zdjęć, czyli latem 2024 roku. Szczerze mówiąc, nie wiem, czym się kierował i jak na mnie wpadł. Nigdy go o to nie pytałem. Przesłał scenariusz, który bardzo mi się spodobał. Potem spotkaliśmy się w Berlinie i porozmawialiśmy o koncepcji filmu. Uznałem to za bardzo interesujące wyzwanie, właśnie dlatego, że to nie jest film biograficzny. Nie chodzi o to, jaki naprawdę był Tomasz Mann, ale raczej o postawę osoby, o której wydaje nam się, że wiemy bardzo wiele. On sam też dużo o sobie opowiadał, ale w filmie oglądamy wizerunek, który został stworzony przez Pawła. To Paweł stworzył ramy dla całości i wykreował obraz Manna od początku, do końca. Bardzo precyzyjnie skupił się na relacji Thomasa z dziećmi, z Eriką i Klausem. Film nawet zaczyna się niespodziewanie od sceny z Klausem.
Mam takie wrażenie po obejrzeniu „Ojczyzny”, że to jest jednak opowieść bardzo mocno powiązana z niemiecką historią?
H.Z.: - Nie tylko. To niemiecka historia, ale także, a może przede wszystkim historia o relacji ojca i córki. I o byciu szanowanym, niezależnie od tego, czy zostanie się dobrze przyjętym, czy odrzuconym. To się rzeczywiście dzieje w Niemczech, ale ma też bardziej ogólny aspekt. I na pewno nie trzeba znać całej historii Niemiec. Film działa nawet bez tego tła.

Podczas moich studiów na germanistyce, omawialiśmy skomplikowane pojęcie „literatury na emigracji”, która była dla mnie również bardzo interesującym tematem w filmie. To coś, czego doświadczyło wielu pisarzy w czasie II wojny światowej. To bardzo smutna i tragiczna historia Niemiec.
H.Z.: Tak, ucieczka niemieckich pisarzy przed nazistami to straszna historia. I tak naprawdę niewiele osób dziś pamięta, ilu pisarzy odebrało sobie życie, w akcie desperacji i rozpaczy. Nie mieli tyle pieniędzy, co Tomasz Mann, nie mogli sobie pozwolić na dobre życie na emigracji. I na wygnaniu nie mogli już używać swojego ojczystego języka, co dla pisarza jest wielkim dramatem. I to jest problem, który trapi również Thomasa Manna i jego syna Klausa.
Czy to była pana pierwsza współpraca z Sandrą Hüller? Jaka jest na planie?
H.Z.: Nie znaliśmy się osobiście wcześniej, ale od początku bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Myślę, że dla niej to była duża nowość, że pracowała z reżyserem, którego styl pracy był tak inny od wszystkiego, co znaliśmy wcześniej. Paweł nie chciał żadnych emocjonalnych wybuchów, czy filmowych eksperymentów. Każdego dnia na planie mówił nam: „To są ramy, w których się spotykacie i w których się kłócicie. Ale ja ustalam te ramy”. I to dokładnie widać na zdjęciach, w sposobie filmowania przez Łukasza Żala – fantastycznego operatora. Tych obrazów widz szybko nie zapomni.

Pamiętam taki kadr – wykład Tomasza Manna, kiedy stoi pan na scenie z kartkami w ręku, a na ścianie wisi obraz mężczyzny z kartkami papieru.
H.Z.: To właśnie portret Goethego. Bardzo ładna kompozycja.
Tak powiedział pan o współpracy z Pawłem Pawlikowskim: „To była bardzo interesująca perspektywa obserwacji człowieka, którego można określić jako dziwnego, kontrolującego, a czasem nawet zimnego”. Dziwnego i zimnego?
H.Z.: Tak, zimnego. Oglądając film, widz może sobie pomyśleć: „Brakuje mi tu emocji” albo „Brakuje mi mężczyzny okazującego więcej emocji, w związku ze śmiercią syna”. Czy chociażby w scenie konferencji prasowej, kiedy Mann był ostro atakowany, też mógłby jakoś emocjonalnie zareagować. Ale tak się nie stało. Cały czas panował nad sobą i swoimi emocjami. Taka totalna samokontrola. Tego właśnie wymagał od nas Paweł na planie. W pewnym sensie, reżyser jakby przejął takie surowe podejście od Manna.
Szczerze mówiąc, Mann wydał mi się potworem, po przeczytaniu jego biografii.
H.Z.: Tak, ma pani rację, on był potworny w życiu rodzinnym. W sytuacji, w której dowiaduje się o śmierci syna, nie robi kompletnie nic. Nie zamierza nawet zmienić swoich planów. Goethe jest dla niego ważniejszy niż własny syn. Załamuje się dopiero przy muzyce Bacha.
Jak ważny jest Tomasz Mann dla Niemców i dla niemieckiej literatury? Powiedziałabym, że on był nie tylko pisarzem.
H.Z.: Tomasz Mann był postacią symboliczną dla przedwojennych Niemiec. Zwłaszcza, kiedy był już na wygnaniu. Jego powrót do Niemiec był dla niego tragiczny, ponieważ kolejne pokolenie Niemców nim gardziło. Nie chcieli mieć z nim nic wspólnego. Grupa 47, która po wojnie wyznaczała trendy w niemieckiej literaturze, nie uznawała go za wartego uwagi. Mówili, zaczynamy od zera, a ten starzec nie może przyjść i rozprawiać o literaturze. Dopiero w ciągu ostatnich 30 lat, zwłaszcza dzięki wznowieniu publikacji, Tomasz Mann nagle odzyskał znaczenie. Jest teraz czytany znacznie częściej. To ciekawe zjawisko. Młodsza lub nowsza publiczność, do której ja również należę, odkryła go tak naprawdę dopiero 20, 30 lat temu.
Pracował pan wcześniej również z innym polskim reżyserem, mianowicie z Agnieszką Holland. Czy tych dwoje twórców łączy coś wspólnego?
H.Z.: Och, minęło za dużo czasu. Bardzo dobrze dogadywałem się z Agnieszką na planie „Europa, Europa”. Jedyne co pamiętam, że kręciliśmy również w warszawskim Pałacu Kultury, tak jak scenę w „Ojczyźnie”. Ale to nie był tak rozległy projekt jak z Pawłem. Dodatkowo, Paweł mówi perfekcyjnie po niemiecku. Nie chciałabym teraz nic wymyślać, ale mam nadzieję, że mają coś wspólnego.
Pałac Kultury, najwyraźniej! Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Ewa Wojciechowska


