Twórca Sherlocka Holmesa wierzył we wróżki i duchy. Nawet przyjaciele pukali się w czoło
Twórca Sherlocka Holmesa ostatnie słowa wypowiedział do żony, brzmiały: Jesteś cudowna

Wszyscy wiedzą, że stworzył postać Sherlocka Holmesa. A przecież nie tylko jego. Inny bohater Arthura Conan Doyle’a — profesor Challenger, odkrywca krainy dinozaurów — stał się inspiracją dla filmu „Park Jurajski”. Arthur Conan Doyle był bardzo barwną postacią: nie tylko pisarzem i lekarzem. W młodości zaciągnął się na statek wielorybniczy, a na starość został spirytystą, wierzącym, że duchy mają nam coś do powiedzenia i mogą się z nami komunikować. Wyśmiewany przez wielu przyjaciół za zajmowanie się ektoplazmą, chciał wierzyć, że w świecie istnieje jakaś tajemnica. Po jego śmierci do sali Albert Hall w Londynie przyszły tysiące ludzi z nadzieją, że pisarz przemówi zza światów. Tak wyglądało życie Arthura Conan Doyle’a, pisarza dziś nieco zapomnianego, choć jego bohater wciąż pojawia się w nowych filmach i serialach, grany przez gwiazdy — od Roberta Downeya Jr. po Benedicta Cumberbatcha.
Arthur Conan Doyle, jego marzycielska matka i człowiek, który zainspirował postać Holmesa
Urodził się 22 maja 1859 roku w Edynburgu. Ojciec był utalentowanym ilustratorem, ale przegrał życie z alkoholem. Matka — marzycielka o ogromnej wyobraźni — opowiadała synowi historie o rycerzach, honorze i wielkich przygodach. To właśnie ona zaszczepiła w nim miłość do opowieści. Doyle pisał do niej listy przez całe życie i konsultował z nią swoje decyzje. Mówił, że wszystko, co napisał, zaczęło się od wieczorów spędzanych przy matczynych opowieściach. Łączyła ich wyjątkowo silna więź.
Młody Arthur studiował medycynę, lecz bardziej niż akademickie wykłady fascynowali go ludzie. Podczas studiów spotkał doktora Josepha Bella — błyskotliwego diagnostę, który potrafił po wyglądzie pacjenta odgadnąć jego zawód, przeszłość i przyzwyczajenia. Studenci patrzyli na niego jak na maga. Conan Doyle patrzył na niego jak pisarz. To właśnie Bell miał stać się pierwowzorem Sherlocka Holmesa — człowieka chłodnego, logicznego i niemal nieludzko inteligentnego.
Przyszły pisarz został wielorybnikiem i popłynął na Arktykę
Zanim jednak Holmes pojawił się na papierze, Doyle jako młody lekarz okrętowy wypłynął na Arktykę statkiem wielorybniczym. Miał zaledwie dwadzieścia lat. Dzisiaj polowanie na wieloryby budzi sprzeciw, choć niestety nadal się zdarza. Wówczas było czymś powszechnym. Na morzu Doyle nauczył się brutalności natury i samotności. Widział śmierć wielorybów, lód rozrywający kadłuby statków oraz ludzi, którzy potrafili tygodniami milczeć, patrząc w czarne, skute lodem morze. Później wspominał, że ten rejs uczynił go mężczyzną. Był zachwycony przygodą, ale też na zawsze nasiąkł melancholią ludzi morza. W jego późniejszych historiach często czuć chłód mgły, pustkę nocy i obsesję śmierci.

Sherlock Holmes nie od razu się spodobał. Doyle słyszał, że to tania fikcja
Po powrocie próbował prowadzić praktykę lekarską w Portsmouth. Pacjentów miał niewielu, więc pisał. Początkowo bez większych sukcesów. Marzył o tworzeniu wielkich powieści historycznych. Jednak sławę przyniosły mu — jak wiadomo — opowiadania i powieści o Sherlocku Holmesie. Na początku nie mógł ich wydać. Chodził od wydawcy do wydawcy, słysząc, że to „tania fikcja”. Wydana po raz pierwszy powieść „Studium w szkarłacie” przeszła właściwie bez echa.
Wszystko zmieniło się w 1891 roku, gdy opowiadania o Holmesie zaczęły ukazywać się w „The Strand Magazine”. Był to prawdziwy przełom. Czytelnicy oszaleli na punkcie detektywa, który dzięki sile rozumu potrafił dostrzec więcej niż policja i zwykli ludzie. Holmes był nowoczesny, chłodny i błyskotliwy. W epoce gwałtownych zmian technologicznych oraz rozwoju nauki wydawał się bohaterem idealnym. Jego historia zasługuje zresztą na osobną opowieść. Wróćmy jednak do Doyle’a — pisarz początkowo był zachwycony sukcesem, lecz sława bohatera zaczęła go uwierać. Marzył o wielkiej literaturze historycznej, chciał być nowym Walterem Scottem. Tymczasem świat domagał się wyłącznie kolejnych zagadek Holmesa.
Jak zabić i wskrzesić własnego bohatera
Arthur Conan Doyle miał poczucie, że jego literackie dziecko zamienia go w więźnia. W listach narzekał, że Sherlock odciąga go od „prawdziwej literatury”. W końcu postanowił zrobić coś radykalnego — zabić Holmesa. Dokonał tego w opowiadaniu „Ostatnia zagadka” z 1893 roku. Szybko jednak go wskrzesił — nie tylko dlatego, że pogrążeni w żałobie czytelnicy zasypywali go pełnymi gniewu i żalu listami. Pisarz miał otrzymać od jednego z wydawców ponad milion dolarów za przywrócenie do życia fenomenalnego detektywa, który — jak się okazało — jedynie sfingował własną śmierć. Szczupła sylwetka, kraciasty płaszcz, czapka, fajka i skrzypce — to atrybuty Holmesa, który od dekad żyje własnym życiem w popkulturze.
Do drugiej żony, Jean, pisał: „Och, dziewczyno, dobrze będzie objąć cię ramionami”
W wieku 26 lat ożenił się z Louisą Hawkins. Para doczekała się dwójki dzieci. Byli razem przez 20 trudnych lat, ponieważ Louisa ciężko chorowała na gruźlicę. Zmarła w 1906 roku. Doyle był już wtedy nieformalnie związany z inną kobietą, która okazała się miłością jego życia. Jean Leckie poznała Doyle’a około 1897 roku. Według jego wspomnień ich relacja przez wiele lat miała charakter platoniczny, ponieważ nie chciał zdradzić chorej żony.
Po śmierci Louisy Doyle ożenił się z Jean w 1907 roku. Małżeństwo trwało aż do śmierci pisarza w 1930 roku. Doczekali się trojga dzieci. Pisał do niej czułe listy, wspólnie podróżowali, a ona wspierała jego fascynację spirytyzmem nawet wtedy, gdy świat zaczął się z niego podśmiewać. Doyle ją uwielbiał. Gdy wyjeżdżał, potrafił pisać do żony nawet dwa listy dziennie. Podczas rejsu do USA niemłody już, bo 64-letni Conan Doyle pisał: „Kochanie, dobrze będzie zobaczyć twoją słodką, słodką twarz” albo „Nie zapominaj, moje ukochane serce, że jesteś najlepszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mnie spotkała”. Chwilami jego listy mogły przyprawić ówczesne panny o rumieńce. Wyznawał: „To będzie zmęczony stary skoczek, który wraca do ciebie. Jego pierwszy skok będzie w twoje ramiona. Jego następny — do łóżka. Żegnaj, moja słodka. Pragnę twojego pocałunku...”.

Gotów był poświęcić sławę literacką dla spirytyzmu, który nazywał najważniejszą rzeczą na świecie
Trudno powiedzieć, by Doyle miał szczęśliwe życie. Katastrofą była dla niego I wojna światowa, która zabrała mu wielu krewnych i przyjaciół. Jego brat i syn — Kingsley — zmarli na powikłania po hiszpance. Jednak nie to skłoniło pisarza do zainteresowania spirytyzmem. Na seanse chodził już w latach 80. XIX wieku, interesował się fotografią parapsychiczną. Szukał kontaktu z duchami, fascynował się mesmeryzmem oraz przenoszeniem myśli. Po wojnie jego zainteresowanie zmieniło się jednak w obsesję.
Pisarz, który stworzył najbardziej logiczny umysł literatury, zaczął wierzyć w media spirytystyczne, seanse i fotografie wróżek. Najgłośniejszą historią była sprawa z Cottingley. Dwie dziewczynki — szesnasto- i dziewięcioletnia — pokazały zdjęcia, na których tańczyły wśród maleńkich wróżek. Dla większości była to naiwna mistyfikacja. Conan Doyle uwierzył w tę historię, a może po prostu nie chciał wyśmiewać dzieci. W każdym razie publicznie ręczył za autentyczność fotografii. Wielu znajomych nie mogło zrozumieć, jak twórca Sherlocka Holmesa może wierzyć w coś tak absurdalnego. Przez wiele lat prowadził spirytystyczną krucjatę, bronił idei komunikacji z duchami i pisał o tym książki. Doprowadziło to między innymi do konfliktu z wielkim przyjacielem Doyle’a — słynnym iluzjonistą Harrym Houdinim, który potrafił sprawić, że ze sceny znikał słoń. Gdy Houdini zaczął demaskować sztuczki osób podających się za media, ich drogi z Arthurem Conan Doyle’em ostatecznie się rozeszły.
Arthur Conan Doyle i jego ostatnie słowa
Holmes był tym, kim pisarz chciał być — doskonałym rozumem, człowiekiem odpornym na emocje, chłodnym obserwatorem świata. Sam Doyle był zupełnie inny: impulsywny, romantyczny, łatwowierny i głęboko emocjonalny. Potrzebował rodziny oraz ciepła. Przedstawiał się jako agnostyk, ale szukał wiary w rzeczy większe niż logika. Gdy życie zaczęło odbierać mu ludzi, których kochał, dedukcja przestała wystarczać. Był również człowiekiem ogromnej energii. Angażował się w politykę, walczył o niesłusznie skazanych, prowadził prywatne śledztwa i naprawdę pomagał ludziom uznanym przez państwo za winnych. W pewnym sensie sam próbował być Sherlockiem Holmesem — tyle że bardziej ludzkim i mniej cynicznym. Kiedy wierzył, robił to całym sobą.
Pod koniec życia objeżdżał świat z wykładami o spirytyzmie. Tłumy przychodziły zobaczyć twórcę Sherlocka Holmesa, a on opowiadał im o duchach, życiu po śmierci i kontaktach z zaświatami. Dla jednych był wizjonerem, dla innych — starszym człowiekiem, który nie potrafił pogodzić się ze stratą. W 1902 roku otrzymał od króla Edwarda VII tytuł szlachecki, jednak nie za osiągnięcia literackie, lecz za zasługi dla Korony podczas II wojny burskiej. Pisarz sfinansował i prowadził szpital polowy w Południowej Afryce. Conan Doyle napisał cztery powieści z Holmesem i doktorem Watsonem, w tym słynnego „Psa Baskerville’ów”, a także kilkadziesiąt opowiadań. Tworzył również powieści science fiction z profesorem Challengerem — jego ulubionym bohaterem. Najbardziej znaną z nich pozostaje „Zaginiony świat”. Pisał też powieści historyczne.
Zmarł w 1930 roku. Według relacji jego ostatnie słowa skierowane do żony brzmiały: „Jesteś cudowna”.
