Tajemnica UFO wraca ze zdwojoną siłą. Nawet NASA i Pentagon rozkładają ręce. Te przypadki do dziś pozostają zagadką
Jeszcze kilka lat temu temat UFO kojarzył się głównie z teoriami spiskowymi i hollywoodzkimi filmami. Dziś mówią o nim Pentagon, NASA i amerykański Kongres. Odtajnione dokumenty nie potwierdzają istnienia kosmitów, ale pokazują coś równie intrygującego – że nad naszymi głowami wciąż dzieją się rzeczy, których nie umiemy wyjaśnić.

Przez dziesięciolecia temat UFO, czyli niezidentyfikowanych obiektów latających, funkcjonował na granicy nauki, wojskowych plotek i popkultury. Każdy, kto publicznie mówił o spotkaniach z obcymi, ryzykował łatkę fantasty lub zwolennika teorii spiskowych. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Pentagon publikuje kolejne partie dokumentów dotyczących UAP, czyli niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych albo, jak kto woli, fenomenów powietrznych. Ta zmiana w nazwie jest ważna, ma bowiem odebrać sprawie skojarzenia z legendą o zielonych ludzikach.
Kongres organizuje publiczne przesłuchania, a NASA prowadzi własne analizy. Oczekiwania związane z publikacją tych akt były ogromne. Niektórzy spodziewali się nawet, że prezydent Donald Trump wygłosi przemówienie i ogłosi, że kosmici istnieją. Za to przełomowe dla Ziemian oświadczenie miał dostać Nagrodę Nobla. W końcu to on sam nazwał publikowane dokumenty „aktami rządowymi związanymi z życiem obcym i pozaziemskim”. Ale aż do takiej sensacji nie doszło.
Największa zmiana nie polega na tym, że Amerykanie uznali istnienie obcych. Nic takiego nie nastąpiło. Rewolucyjny jest sam fakt, że tamtejsze instytucje po raz pierwszy oficjalnie mówią: istnieją obiekty i zjawiska, których nie udało się jednoznacznie wyjaśnić. Nie wiemy, co lata nad naszymi głowami. Jeszcze kilkanaście lat temu podobne stwierdzenie, wypowiadane oficjalnie, byłoby nie do pomyślenia. Piloci niechętnie zgłaszali obserwacje dziwnych obiektów, obawiali się, że zostanie im przypięta łatka nawiedzonych.

Archiwa otwarte
W ostatnich miesiącach do opinii publicznej trafiły więc setki stron raportów, zdjęć, analiz i materiałów wideo zgromadzonych przez Pentagon, FBI, NASA oraz amerykańskie służby wywiadowcze.
W odtajnionych materiałach nie ma fotografii statku kosmicznego stojącego na pustyni. Nie ma też ciał przybyszów z innych planet. Są natomiast tysiące obserwacji, relacji świadków, zapisów radarowych i nagrań wykonanych przez zaawansowane systemy wojskowe. Pora na kilka najbardziej zadziwiających przypadków spotkań z obcymi.
Mit Roswell
Pustynia w południowo-wschodnim zakątku stanu Nowy Meksyk nie wydaje się miejscem, w którym miała narodzić się jedna z największych zagadek współczesności. A jednak właśnie tam, w pobliżu niewielkiego miasta Roswell, latem 1947 roku wydarzyło się coś, co do dziś rozpala wyobraźnię milionów ludzi. A wszystko zaczęło się od burzy. Na początku lipca 1947 roku ranczer William Brazel przemierzał swoje pastwiska po gwałtownej nawałnicy. Rozrzucone po ziemi szczątki przyciągnęły jego uwagę. Nie przypominały niczego, co znał. Brazel zgłosił sprawę lokalnym władzom. Wkrótce wydarzyło się coś niezwykłego. Ósmego lipca 1947 roku świat obiegła sensacyjna wiadomość. Biuro prasowe armii amerykańskiej wydało komunikat, w którym poinformowano, że żołnierze odzyskali „latający dysk” rozbity w pobliżu Roswell. Prasa po raz pierwszy zaczęła używać określenia „latające spodki”.
Ale armia szybko wycofała się ze swojego oświadczenia. Na konferencji prasowej pokazano fotografie szczątków, które miały pochodzić z balonu meteorologicznego. Sprawę uznano za zamkniętą. Jednak temat UFO eksplodował, w Wielkiej Brytanii zaczęli zajmować się nim piloci Królewskich Sił Powietrznych. Jeden z nich, Derek Dempster, pilot, oficer wywiadu i dziennikarz, współtworzył nawet pionierskie w dziedzinie ufologii pismo „Flying Saucer Review”. Amerykański astrofizyk Frank Drake, którego imię nosi jedna z planetoid, zaczął pierwsze poszukiwania kontaktu z obcymi za pomocą fal radiowych.
Pod koniec lat 70. historia Roswell wróciła jednak z nową siłą. Najbardziej kontrowersyjne opowieści dotyczyły rzekomych ciał małych humanoidalnych istot odnalezionych w pobliżu miejsca katastrofy. Mieszkańcy opowiadali o ciężarówkach wywożących tajemniczy ładunek pod osłoną nocy. Pojawiały się oskarżenia, że rząd prowadzi gigantyczną operację ukrywania prawdy. Pamiętacie kultowy serial „Z archiwum X”? Odwoływał się wprost do tych historii. W odpowiedzi na rosnącą falę spekulacji amerykańskie władze przeprowadziły śledztwo. W latach 90. opublikowano raporty wyjaśniające, że odnalezione szczątki pochodziły z tajnego programu wojskowego o kryptonimie „Mogul”. Jego celem było wykrywanie radzieckich prób atomowych za pomocą specjalnych balonów wyposażonych w zaawansowane instrumenty pomiarowe. Czy dzisiaj wiemy coś więcej? Były pracownik wywiadu USA Luis Elizondo w 2024 roku zeznał pod przysięgą w Kongresie, że USA odzyskały materiały i biologiczne próbki „nie ludzkiego pochodzenia”, w tym rzekomo związane z Roswell. Nie zostało to jednak oficjalnie potwierdzone przez Pentagon.


Spotkanie nad Pacyfikiem
Listopad 2004 roku. Nad spokojnymi wodami Oceanu Spokojnego, kilkaset kilometrów od wybrzeży Kalifornii, grupa pilotów amerykańskiej marynarki wojennej wykonuje rutynowe ćwiczenia. Na pokładzie lotniskowca USS Nimitz operatorzy nowoczesnych radarów od kilku dni obserwują coś dziwnego. Niezidentyfikowane obiekty pojawiają się wysoko nad oceanem, wykonują niespotykane manewry. Początkowo załoga podejrzewa awarię radarów. Jednak tajemnicze echa powracają dzień po dniu, namierzane z wielu różnych punktów.
Dowództwo marynarki postanawia sprawdzić, o co chodzi, obawiając się oczywiście szpiegów. W kierunku jednego z obiektów wysłane zostają dwa myśliwce F/A-18 Super Hornet. Jednym z pilotów jest David Fravor, doświadczony oficer i dowódca eskadry.
Gdy samoloty docierają we wskazany rejon, piloci zauważają coś niezwykłego. Morze pod nimi wygląda tak, jakby ogromny obiekt znajdował się tuż pod powierzchnią wody. Fale wirują, tworząc biały krąg pośród spokojnego oceanu. Nad nim unosi się bezszmerowo niewielki obiekt. Jest biały, gładki i podłużny. Według świadków przypomina wielką pastylkę Tic Tac, stąd nazwa. David Fravor postanawia zejść niżej, by przyjrzeć mu się z bliska. Tic Tac naśladuje manewry samolotów, po czym nagle przyspiesza i w ciągu kilku sekund… znika z pola widzenia.
Kilka godzin później kolejna załoga rejestruje obiekt za pomocą zaawansowanej kamery podczerwonej. Powstaje słynne nagranie „FLIR1”, które obiegnie cały świat. Takich spotkań i nagranych filmów jest dużo więcej. Należą do nich publikowane w materiałach Pentagonu nagrania „Gimbal” i „GoFast” – wykonali je za pomocą kamer termowizyjnych w 2015 roku świetnie wyszkoleni piloci myśliwców F/A-18.

Jak Boeing w piramidzie
Być może chodzi o tajne technologie wojskowe rozwijane przez USA albo Rosję i Chiny, a UFO to tylko zasłona dymna… Za UFO mogliśmy brać na przykład testowane przed laty drony. Dzisiaj to również może być nieznana nam broń. Z drugiej strony rzekomym UFO okazywały się na przykład kawałki materiału ze spadochronu.
Ale w sieci roi się od rozmów z „byłymi pracownikami Pentagonu”, którzy mówią, że zjawiska określane jako UAP są jednak nie z tej ziemi. „To tak, jakbyśmy w piramidzie Tutanchamona odkryli gotowego do lotu Boeinga. Nie mamy możliwości, żeby stworzyć takie technologie”, mówił jeden z rozmówców. Przeciwnicy UFO sugerują, że mogło to być niezwykłe zjawisko atmosferyczne, optyczne złudzenie, błąd odczytu. Sceptycy twierdzą: nic tego nie tłumaczy. Publikując akta, Amerykanie zdają się nam mówić: zobaczcie i oceńcie sami. Eksperci wojskowi gotowi są jednak przyznać, że nie wiedzą, co to jest. Wyobraźmy sobie – tłumaczą wojskowi – że zamykamy na noc drzwi i okna domu, włączamy alarm. A rano i tak widzimy czyjeś ślady na dywanie. Niepokojące? Jeszcze jak!

UFO na Księżycu?
Program Apollo również dostarczył paliwa wyobraźni. Astronauci wielokrotnie zgłaszali obserwacje niezidentyfikowanych punktów świetlnych, nietypowych błysków czy zakłóceń radiowych. Wiele z tych zdarzeń doczekało się później racjonalnych wyjaśnień. Choć też nie dają one stuprocentowej pewności. Słynny obiekt obserwowany podczas misji Apollo 11 najprawdopodobniej był elementem wcześniej odrzuconego stopnia rakiety. Z kolei astronauci podczas misji Apollo 10 słyszeli dziwny, przypominający gwizd dźwięk.
Taśmy te były przez lata trzymane w archiwach, krążyły teorie o pozaziemskich melodiach. Ostatecznie zostały zinterpretowane jako zakłócenia radiowe. Z kolei błyski widziane przez astronautów przy zamkniętych oczach okazały się skutkiem oddziaływania promieniowania kosmicznego na siatkówkę. Mimo to wokół programu Apollo narosły dziesiątki legend. Szczególnie popularna pozostaje opowieść o rzekomych statkach obcych stojących na powierzchni Księżyca. Problem w tym, że nigdy nie znaleziono wiarygodnego nagrania ani dokumentu potwierdzającego taką historię.

Cztery gatunki obcych?
To właśnie tutaj zaczyna się najbardziej sensacyjna część opowieści. W ostatnich latach ogromne zainteresowanie wzbudziły wypowiedzi doktora Harolda Puthoffa, naukowca współpracującego niegdyś z projektami finansowanymi przez amerykańskie służby. Według relacji Puthoffa z rozbitych obiektów UFO miały zostać odzyskane szczątki przedstawicieli co najmniej czterech różnych gatunków istot pozaziemskich. Wśród nich wymieniani są szaraki, czyli niewielkie humanoidalne istoty o dużych głowach i czarnych oczach, nordycy przypominający ludzi o nordyckiej urodzie, insektoidy mające cechy owadów oraz reptilianie, czyli istoty gadopodobne.
Brzmi jak scenariusz serialu science fiction. Każdy z nich ma swoją historię. Na przykład szaraki, najbardziej archetypiczny gatunek kosmitów, ogromną popularność zdobył dzięki małżeństwu Betty i Barneya Hillów w 1961 roku. Twierdzili oni, że zostali uprowadzeni przez obcych, którzy tak wyglądali. Z kolei historia nordyków wywodzi się głównie z ruchu tak zwanych kontaktowców z lat 50. George Adamski, ufolog polskiego pochodzenia, twierdził, że spotykał pięknych kosmitów przypominających mieszkańców Skandynawii. Reptilianie wydają się najbardziej „literackim gatunkiem”. Pomysł, że na świecie są zmiennokształtne humanoidalne gady albo ludzie-węże, pochodzi z literatury lat 20. ubiegłego wieku.
Kosmici mają być ukrywani w słynnej, choć tajnej Strefie 51 – bazie wojskowej położonej w Groom Lake w Nevadzie. Jej istnienie wojsko potwierdziło dopiero w 2013 roku. Do dzisiaj jest ona wyłączona z przestrzeni powietrznej i strzegą jej uzbrojeni wojskowi. Nic dziwnego, że prowokuje teorie spiskowe, zresztą nie tylko dotyczące UFO. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzą, że w bazie nagrywano… lądowanie na Księżycu.

Fakty i legendy
Pytanie o szczątki rozbitych statków kosmicznych powraca niemal przy każdej publikacji nowych dokumentów. Problem polega na tym, że żaden z odtajnionych dokumentów nie zawiera jednoznacznego potwierdzenia takich znalezisk. Najbardziej intrygujące jest to, że mimo satelitów, sztucznej inteligencji, radarów nowej generacji i kamer o niewiarygodnej rozdzielczości nadal istnieją przypadki pozostające bez odpowiedzi.
Paradoksalnie współczesna technologia nie zawsze pomaga. Wojsko rejestruje dziś niewyobrażalne ilości danych. Radar wykrywa obiekt, kamera nie potwierdza odczytu, operator widzi coś przez kilka sekund, po czym ślad znika. Powstaje mozaika informacji, której nie da się łatwo złożyć w całość. Jest też pytanie, dlaczego obcy, skoro tu już są, nie kontaktują się z nami. Odpowiedzi może być wiele, na przykład nasze słabe zaawansowanie technologiczne. Pozostaje także pytanie, które stawia wielu fizyków, czy obcy pokonywaliby ogromne odległości z ogromnymi prędkościami tylko po to, by u nas pokazać się na chwilę w powietrzu. Ponieważ nie ma dowodu, że Ziemię odwiedzają kosmici, a wielu zagadkowych incydentów nie daje się wyjaśnić, temat UFO nadal jest zagadką. A my nadal zadajemy sobie pytanie: Czy naprawdę jesteśmy sami we wszechświecie?
Czytaj też: Kiedyś gwiazda mediów, dziś bada UFO. Bernatowicz mówi wprost, z czego żyje