Przez lata ukrywali tę relację. Anna Seniuk i Grzegorz Małecki pierwszy raz tylko w VIVIE! opowiedzieli o swojej więzi. Przypominamy ich wspólny wywiad
Przez lata konsekwentnie unikali wspólnych wywiadów i zawodowych projektów. Anna Seniuk i Grzegorz Małecki po raz pierwszy usiedli razem do rozmowy w 2012 roku. Otwarcie mówili wówczas o rodzinnej więzi, potrzebie niezależności oraz relacji, która przez lata pozostawała z dala od medialnego zainteresowania. Nie zabrakło także zapowiedzi wspólnych planów zawodowych.

- Krystyna Pytlakowska
Takiej rozmowy jeszcze nie było! Anna Seniuk i jej syn Grzegorz Małecki po raz pierwszy udzielają wspólnie wywiadu. I oficjalnie przyznają: „Tak, jesteśmy rodziną!”. Ale zaraz zastrzegają: „To nie znaczy, że to początek rodzinnego serialu na łamach prasy”. Tylko w VIVIE! o tym, dlaczego unikali siebie jak ognia, a teraz mają wspólne plany, o złym wychowaniu i dobrych genach.
Przypominamy archiwalny wywiad Grzegorza Małeckiego i Anny Seniuk, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! w 2012 roku:
Anna Seniuk i Grzegorz Małecki po raz pierwszy razem. „Tak, jesteśmy rodziną!”
Zacznijmy od początku. To Państwa pierwszy wspólny wywiad.
Anna Seniuk: Zgadza się. Przez lata była między nami niepisana umowa, że każdy idzie swoją drogą.
Grzegorz Małecki: Propozycje wspólnych wywiadów mamy mniej więcej raz w miesiącu. Postanowiliśmy w końcu uciąć te spekulacje. Tak, jesteśmy rodziną!
A.S.: No i dzięki VIVIE! spędzę z synem całe przedpołudnie w miłej kawiarni.
G.M.: Co nie oznacza, że ten wywiad jest początkiem rodzinnego serialu na łamach prasy.
A.S.: A tak na serio, każde z nas zawodowo na siebie już zapracowało i możemy po prostu o tym porozmawiać.
– To może ja sobie pójdę, a Wy rozmawiajcie?
A.S.: Ależ proszę zostać, wcale nam pani nie przeszkadza. Jeśli o mnie chodzi, proszę tylko nie wymieniać ról, jakie zagrałam. Ani nie pytać o przepisy na potrawy.
– A Pan o czym nie chce rozmawiać?
G.M.: Zależy, o co chciałaby pani zapytać.
– Czy ma Pan kompleks matki?
G.M.: Pani Krysiu, jestem 37-letnim mężczyzną, po rozwodzie, z dwójką dzieci i kilkoma poważnymi rolami na koncie. Po prostu nigdy nie chciałem być postrzegany jako syn Anny Seniuk i porównywany do niej jako aktor. Uważam, że dzieci znanych rodziców mają zdecydowanie trudniej niż inne. Tak naprawdę od rana do wieczora patrzy się na nas przez lupę. Zresztą kto lubi przez całe życie być porównywany ze swoimi rodzicami?
A.S.: Kiedy miałeś pięć lat, podeszła do nas na ulicy jakaś pani. Pochyliła się nad tobą i powiedziała: „O, jaki śliczny mały Seniuk”. Dostałeś szału. Zacząłeś tupać i krzyczeć: „Ja nie chcę być Seniuk! Ja jestem Małecki!”.
G.M.: Teraz już nie tupię, ale szlag mnie trafił, kiedy kilkanaście lat temu znany filmowiec zaproponował zupełnie na poważnie, żebym zmienił nazwisko na twoje. Zasugerował, że lepiej to będzie wyglądało na afiszu, przyciągnie więcej widzów, a mnie przysporzy popularności. Uznałem to za dość duży nietakt i, najdelikatniej mówiąc, chciałem go zgładzić.
– Dzieci znanych rodziców często korzystają z ich pomocy, zwłaszcza na początku kariery.
A.S.: Wbrew powszechnej opinii w tym zawodzie nie można nic nikomu załatwić – ani etatu w teatrze, ani roli. Scena okrutnie to weryfikuje. Załatwić może to tylko talent.
CZYTAJ TEŻ:

Dlaczego Anna Seniuk i Grzegorz Małecki przez lata unikali wspólnych projektów?
– Nie występowaliście nigdy razem?
G.M.: Staraliśmy się unikać siebie jak ognia.
A.S.: Zawodowo, oczywiście.
G.M.: Dotychczas, poza dwoma wyjątkami, to się udawało.
– A co to było?
A.S.: Trzynaście lat temu zagraliśmy w Teatrze Telewizji w bajce dla dzieci.
G.M.: Grałem księcia.
A.S.: A ja wiedźmę.
G.M.: Na końcu wrzucałem mamę do ogniska i wszystko dobrze się kończyło.
A.S.: Wiele lat temu wziąłeś też udział w koncercie „Nieboska symfonia” reżyserowanym przeze mnie.
G.M.: Strasznie nie chciałem w nim wystąpić. Tym bardziej że muzykę pisał do niego ojciec (Maciej Małecki – przyp. red.). Na szczęście przedsięwzięcie było tak elitarne, że poza garstką melomanów nikt go nie widział. Płacono też marnie…(śmiech).
A.S.: Długo się opierałeś, ale kto w końcu mógł lepiej wykonać partię „szatana”, jak nie ty.
G.M.: Myślę, że kiedyś faktycznie miałem kompleks i stąd zawsze była we mnie ogromna potrzeba niezależności.
A.S.: O tak, tak. Potrzebę niezależności miałeś od zawsze. Pamiętam te twoje czerwone i zielone dredy, kolczyki, a szczególnie to, kiedy poszedłeś na maturę w T-shircie…
G.M.: Bo byłem źle wychowany.
A.S.: Jak większość chłopców w tym wieku. Sama byłam chowana dość krótko. Grześka staraliśmy się też tak wychowywać, ale się nie dał! To indywiduum.
G.M.: A może indywidualność?
A.S.: Teraz indywidualność. Pamiętam, jak po kolejnym przefarbowaniu włosów i nowym kolczyku stanąłeś w drzwiach, a ojciec z uśmiechem powiedział: „Synu, fantastycznie wyglądasz!”. I cały bunt na nic. Odebraliśmy ci broń.
G.M.: Cóż za przebiegłość! Kiedyś na wakacjach na wsi chłop przeżegnał się na widok mój i kolegi z irokezem. Teraz kolorowe włosy nie robią na nikim wrażenia.
A.S.: Czy ty nie zauważyłeś, że jesteś już dorosłym mężczyzną?
G.M.: To prawda. Nie zauważyłem! Niedawno dostałem scenariusz filmu. Zadzwoniłem do reżyserki, żeby zapytać o kilka wskazówek na temat granej przeze mnie postaci. Po pierwszym pytaniu zamilkła, a potem, nieco speszona, odpowiedziała: „Grzegorz, my się nie zrozumieliśmy. Ty nie masz grać Xawerego, tylko jego ojca”. Ciarki przeszły mi po plecach.
– Czas biegnie nieubłaganie. Dla aktora to pewnie bolesne?
G.M.: Bolesne jest być złym aktorem, a nie starym.
– Dla Pani upływający czas jest problemem?
A.S.: Ja na szczęście, mając dwadzieścia parę lat, widziałam, jak dojrzałe aktorki udawały podlotki i wtedy postanowiłam…
G.M.: …nigdy się nie zestarzeć?
A.S.: Nie. Starzeć się z godnością. Zresztą już 20 lat temu grałam 80-latkę (śmiech).
– Jakie są jeszcze niebezpieczeństwa tego zawodu?
G.M.: Matka twierdzi, że to nie jest zawód dla mężczyzn.
– A jaki zawód jest męski? Hydraulik?
G.M.: Nie lubię dzielić świata na kobiecy i męski, ale faktycznie aktorzy mają w sobie duży pierwiastek narcyzmu, egoizmu, egocentryzmu. Bywają rozhisteryzowani. I to codzienne łaszenie się do publiczności… Jest w tym chyba jednak coś niemęskiego. Czasem na scenie zastanawiam się, co ja tu robię właściwie. Patrzy na nas 200 osób, a my zajmujemy się zabawianiem ich, żeby mieli lepszy humor.
A.S.: Albo gorszy.
G.M.: Albo gorszy (śmiech).
– Pani też miewa takie wątpliwości?
A.S.: Z kobietami jest inaczej. Kobieta aż do śmierci chce się podobać i być podziwiana.
– Kiedy zdecydował się Pan na aktorstwo?
G.M.: Chyba zawsze chciałem być aktorem. Tylko wstydziłem się do tego przyznać. Po maturze byłem równolegle na kilku kierunkach studiów. Wiedza o teatrze, nauki polityczne, dziennikarstwo… Żadnego nie skończyłem. Ale widać to było mi potrzebne.
A.S.: Tylko że matki jakoś źle znoszą takie potrzeby…
G.M.: Rodzice w ogóle źle znoszą swoje dorastające dzieci. Któregoś dnia po prostu postanowiłem, na przekór wszystkim, zdawać do szkoły teatralnej. Ale ty byłaś temu przeciwna.
A.S.: Jak mogłam być przeciwna, skoro nie wiedziałam, że zdajesz do tej szkoły?!
– Dalej uważa Pani, że syn powinien uprawiać inny zawód?
A.S.: Grzegorz poszedł jak burza. Zaraz po dyplomie dostał cztery główne nagrody i Grand Prix na festiwalu w Łodzi. Ma na koncie pięć nominacji do Feliksa, a jednego już zdobył. Ja miałam tylko dwie i żadnego Feliksa nie otrzymałam. Myślę, że już mnie przeskoczył.
– Czyli teraz to Pani ma kompleks syna?
A.S.: Nie. Jestem po prostu z niego dumna.
– Macie jakieś wspólne plany?
A.S.: Jesteśmy w trakcie realizacji sztuki, w której ja zagram matkę, a Grzegorz syna.
G.M.: Tak dla odmiany (śmiech).
A.S.: Ale żeby nie zapeszyć, nic więcej nie powiemy.
– Teraz się Pani syna nie wyprze ani on Pani. Boicie się wzajemnej oceny?
G.M.: Myślę, że to już mi przeszło. Ale kiedyś miałem ogromny stres i nie chciałem, żeby mama oglądała mnie na scenie.
A.S.: A ja mam go nadal. Mam straszną tremę, jak Grzegorz przychodzi na moje przedstawienia. Boję się, że nie sprostam, że przyniosę mu wstyd. On zresztą zachowuje się jak rasowy pedagog. Najpierw należy pochwalić, a potem lekko zganić (śmiech).
G.M.: Uważam, że mama powinna przestać grać w lekkim repertuarze. Ma niesamowite możliwości i powinna zostać obsadzona w dużej dramatycznej roli.
A.S.: Wiem. Ciągle na to czekam.
– Wierzy Pani w siebie?
A.S.: Mam z tym kłopot, bo moja mama wpoiła we mnie takie przekonanie, że jestem niedoskonała. Nigdy mnie nie pochwaliła. Nawet jak odnosiłam sukcesy w Krakowie, zdobywałam nagrody i miałam piękne recenzje. A kiedy wybrano mnie na Miss Juwenaliów, zadzwoniłam do mamy i powiedziałam jej o tym, usłyszałam w słuchawce: „Chyba żartujesz? Ciebie?”.
– Anna Seniuk też jest taka ostra?
G.M.: Nie. Ale jest oszczędna, jeśli chodzi o komplementy, dlatego kiedy już pochwali, to ma to dużą wagę.
– Pochwaliła Pana ostatnio?
G.M.: Tak, po mojej ostatniej premierze.

– A Pan jest osobą pewną siebie?
G.M.: Podobno tak jestem postrzegany.
A.S.: Potrafi być zdecydowany i szybko podejmować decyzje. Zarówno te życiowe, jak i zawodowe. Bywa, że nie przysparza mu to popularności, ale wie, czego chce. Ja na przykład, stojąc przed półką z herbatami świata, nie jestem w stanie się zdecydować i odchodzę z niczym.
– Była Pani pierwszą w Polsce skandalistką. Wiele lat temu pokazała Pani w filmie biust.
G.M.: Teraz jest szokiem, kiedy aktorka nie pokaże biustu.
– A co Was łączy poza zawodem?
A.S.: Żadne z nas nie ma telewizora.
G.M.: Swój podarowałem dozorcy, ponieważ uzależniłem się od TVN24. Uznałem jednak, że od oglądania polskich polityków rozumu naprawdę nie przybywa. Zauważyłem nawet u siebie tendencję odwrotną. Powiedziałem do dozorcy: „Pan bierze”. Zabrał jeszcze ciepły. Komputera też się pozbyłem.
A.S.: I to była słuszna decyzja. W ogóle uważam, że ludzie za dużo mówią. Kiedy za dużo się mówi, to przestaje się myśleć. Myśl to jest chwila zastanowienia, chwila ciszy.
G.M.: To może skończmy ten wywiad (śmiech).
A.S.: Wszyscy mówią, ale nie słuchają. Piszą, ale nie czytają.
G.M.: To prawda, wszyscy mają bardzo dużo do powiedzenia. Gwiazdy znają się obecnie na wszystkim, a co najciekawsze, są głęboko przekonane, że wszyscy tylko czekamy, aby się wypowiedziały. Więc cały czas dzielą się z nami swoją wiedzą. Blogi, poradniki, wskazówki, jak żyć… Misja jakaś czy co?
A.S.: Albo piszą książki, biografie, wywiady rzeki. Ludzie spieszą się z każdą nową informacją. Boją się, żeby ze wszystkim zdążyć, a jak tylko milkną na chwilę, wpadają w popłoch. Przed laty zapytałam Tadeusza Konwickiego: „Co pan teraz pisze?”. Odpowiedział: „Nic nie piszę, bo teraz wszyscy piszą”.
– To smutne.
A.S.: Wystarczy być celebrytą, żeby być ekspertem od wszystkiego.
G.M.: A ja uważam, że najbardziej twórczym stanem jest niewiedza. Wystrzegam się ludzi, którzy znają się na wszystkim. Wydają mi się niebezpieczni.
A.S.: Dlatego gdy pracuję ze studentami, nie udaję, że wszystko wiem. Są sytuacje, kiedy muszę zwyczajnie przyznać, że czegoś nie wiem. Mówię: „Spróbujmy się nad tym zastanowić wspólnie”. To wielka lekcja, której udzielił mi przyjaciel, profesor Aleksander Bardini. A było to tak. Jechałam na mój pierwszy wykład w szkole teatralnej i bardzo się denerwowałam. Kiedy podjechałam pod szkołę, bałam się wysiąść z samochodu. Zadzwoniłam do profesora Bardiniego z pytaniem: „Jak sobie poradzić z młodzieżą?”. Profesor odrzekł krótko: „Nie kłamać”.

– Co Panią drażni?
A.S.: Budynek Metropolitan na placu Piłsudskiego.
G.M.: A ja go lubię.
A.S.: Ale nie w tym miejscu. Jak można budować biurowiec na pięknym placu o takich tradycjach?! Tam powinna być przestrzeń. Przestrzeń to oddech, a oddech jest niezbędny w życiu, muzyce i architekturze.
G.M.: Wy, krakusy, boicie się nowoczesności. Zepsuła was ta wyrafinowana renesansowa architektura.
A.S.: Nie, po prostu uważam, że warszawska architektura jest od Sasa do Lasa i najładniejsze są w niej miejsca, gdzie jeszcze nic nie stoi (śmiech).
G.M.: Mam teorię, że Warszawę odbudowali przede wszystkim krakowianie, ze złości i kompleksów za to, że odebrano wam stołeczność (śmiech). Jestem warszawiakiem i uwielbiam to miasto, i to, jak się zmienia w ostatnich latach. To jest fascynujące.
– Słyszałam, że oboje bardzo selekcjonujecie scenariusze.
A.S.: Ja selekcjonuję tak bardzo, że od 20 lat prawie w ogóle nie gram w filmach (śmiech). Ostatnio jednak odkrył mnie dla ekranu młody reżyser Maciej Michalski. Premiera w styczniu.
G.M.: A ja jestem dziś zdecydowanie mniej krytyczny niż kiedyś.
– Liczy się Pan ze zdaniem matki?
G.M.: Niezwykle sobie cenię zdanie matki jako aktorki. Nigdy tego nie ukrywałem.
– A zdanie matki jako matki? Wtrąca się w wychowanie wnuków?
G.M.: Oczywiście, że się wtrąca. Która matka się nie wtrąca? Ale robi to na tyle dyskretnie, że mi to nie przeszkadza.
– Jak odpoczywacie? W samotności czy rodzinnie?
A.S.: Dziesięć lat temu kupiłam starą drewnianą chatę, niedaleko Bieszczad. Do najbliższego sąsiada mam dwa kilometry. Tam czuję się najlepiej i tam naprawdę odpoczywam. Brakuje mi ciszy. Cierpię w galeriach handlowych, sklepach i restauracjach. Zgubiliśmy na zawsze dyskretne odgłosy szeptów w kawiarni, cichy stuk filiżanek i dźwięk fortepianu w tle. Jedyny hałas, który mnie cieszy, to krzyki i piski moich wnuków.
– Jak spędzacie wspólny czas?
A.S.: Wbrew pozorom jestem bardzo wysportowaną babcią. Uprawiałam żeglarstwo, narciarstwo, jazdę konną i grałam w koszykówkę…
G.M.: W koszykówkę?!
A.S.: Tak! Krótko, ale intensywnie, w juniorach Wisły Kraków. Prowadził nas Ludwik Miętta, późniejszy trener kadry, z którą zdobył wicemistrzostwo Europy! A tak naprawdę na te treningi namówiły mnie koleżanki, które twierdziły, że koszykarze są bardzo przystojni.

– Jacy mężczyźni się Pani podobają?
A.S.: Z poczuciem humoru.
– A jakie Pan lubi kobiety?
G.M.: Bezczelne.
– A jaka jest matka?
G.M.: Inna, niż wszystkim się wydaje. Ludzie wciąż widzą w niej ciepłą, otwartą i lekko stukniętą Madzię z „Czterdziestolatka”, stojącą ciągle w kuchni i robiącą przetwory na zimę. Tak naprawdę jest bardzo wrażliwą, ale i skrytą osobą. I bardzo niezależną. Nie podąża za trendami, nie ulega pokusom mediów, nie zależy jej zupełnie na bywaniu, kompletnie nie wie, kto gra w serialach, kim jest Nergal i w dalszym ciągu pyta mnie, jak się wycisza dźwięki w komórce. Lubi zniknąć na dwa tygodnie w swojej samotni w Bieszczadach i ma w nosie cywilizację. To jest piękne. Tylko ciągle czymś się martwi. To taki etatowy zamartwiacz.
A.S.: Mam to po moim ojcu. A najbardziej martwię się, kiedy wszystko gra. Kiedy moi bliscy są zdrowi, mają pracę, pieniądze i jest piękna pogoda. I wtedy ogarnia mnie panika, że coś się stanie. Że jest za dobrze i że ten stan na pewno długo nie potrwa.
– Mówicie sobie słowo „kocham”?
A.S.: Tak, ale nie damy się na to namówić w trakcie wywiadu.
G.M.: Nawet VIVIE!
A.S.: To było tak. Kiedy twoje dzieci kąpały się w łazience, usłyszałam krzyk Franka: „Babciu, babciu!”. Wołam z kuchni: „Co się stało?”. „Babciu, kocham ciebie!!!”. To było tak, jakbyś ty mi to powiedział.
– Co jest fundamentem Waszej więzi?
G.M.: Jesteśmy rodziną.
– To banał.
G.M.: Pani Krysiu, przyzna pani, że pytanie też było nieco banalne.
Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska.
CZYTAJ RÓWNIEŻ:
