Ojca praktycznie nie znał, został tylko z mamą. Życie nie oszczędzało Jerzego Skolimowskiego. W rozmowie z nami odsłonił kulisy życia
Za sukcesem Jerzego Skolimowskiego kryje się historia pełna bólu i strat. Ojcu odebrano życie w obozie koncentracyjnym, matka działała w konspiracji, a syn zmarł w Indiach. To tylko część doświadczeń, które ukształtowały reżysera.

Dowcipny, wybitnie inteligentny, towarzyski, wciąż młody duchem. Reżyser niepokorny, który swoimi filmami podbił serca jury i publiczności. O życiu w Ameryce i na Mazurach, ucieczkach na Sycylię, wzlotach i dołach, w które wpadał, Jerzy Skolimowski opowiada Elżbiecie Pawełek. Przypominamy wywiad z artystą, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! w 2022 roku. W tamtym czasie tówrca triumfował za sprawą filmu „Io".
Jerzy Skolimowski i wypadek przed Cannes. Dramatyczne chwile reżysera
Po dłuższej przerwie możemy się cieszyć kolejnym Pana dziełem, powiem więcej, arcydziełem, choć droga do Cannes wiodła przez szpital.
To brzmi niemal jak żart, ale przykładałem się do tego filmu tak bardzo, że ze zmęczenia na ulicy straciłem równowagę i wyrżnąłem głową o chodnik. W szpitalu zrobili mi tomografię mózgu, bo wyglądało to bardzo groźnie. Ale chyba wszystko jest OK i mam nadzieję, że ten wywiad to potwierdzi. Wypadek zdarzył się w przeddzień wyjazdu na festiwal, bilety lotnicze były już kupione, hotel zarezerwowany, smoking dopasowany, koszule wykrochmalone, a ja leżałem w szpitalu. Szczęśliwie wypuszczono mnie na tyle szybko, że zdążyłem jeszcze odebrać nagrodę.
Film „Io”. Niezwykła historia inspirowana Sycylią
Zresztą nie pierwszą na tym festiwalu. Skąd pomysł, żeby opowiedzieć historię osiołka Io, który był wykorzystywany w cyrku, potem przechodził z rąk do rąk, od dobrych ludzi do złych?
Od lat z moją żoną Ewą Piaskowską spędzaliśmy każdą zimę na Sycylii, która pociągała nas nie tylko ze względu na klimat, cudowne plenery, wspaniałych ludzi i znakomite zabytki, ale również ze względu na dramatyzm czający się w skałach zanurzonych w morzu. Mieszkaliśmy trochę jak w latarni morskiej, w wieży saraceńskiej stojącej właściwie w morzu. To poruszało naszą wyobraźnię, szukaliśmy tematu, który wykorzystałby te sycylijskie motywy. Pewnego dnia trafiliśmy na gigantyczną żywą szopkę Presepe Vivente w niewielkim Custonaci, organizowaną rokrocznie w ogromnej grocie na wybrzeżu z udziałem mieszkańców. Przebrani w kostiumy z minionych epok tak jak przed wiekami wyciskali wino, oliwę, piekli pizzę… Zanurzając się coraz głębiej w grotę, doszliśmy w końcu do stajenki z Matką Boską i Dzieciątkiem. Wokół kręciły się owce i kury, ale naszą uwagę zwrócił osioł, który spokojnie się temu przyglądał. Pomyśleliśmy, że gdyby ten osioł w jakiś sposób zawędrował z Polski do szopki w Custonaci, to byłby temat na film. Nakręciliśmy tam nawet kilka scen, ale w ostatecznym montażu wypadły z filmu.
Tytuł Pańskiego filmu „Io”, bo tak ma na imię biedny osiołek, nawiązuje do wydawanych przez niego rozpaczliwych dźwięków.
Myślę, że w tym okrzyku osła jest coś takiego: jestem żywą istotą, tak jak ty, i tak jak ty mam swoje pragnienia. Też potrzebuję opieki, czułości, bezpieczeństwa. Dlaczego mnie lekceważycie? Dlaczego traktujecie mnie jak rzecz? Chciałbym, żeby ten film dotarł do ludzkich serc i umysłów.
Uczłowieczył Pan osiołka i pokazał, że zwierzę też pragnie miłości. Popłakałam się już w pierwszych scenach.
To dosyć wcześnie, zwykle pierwsze łzy płyną po półgodzinie projekcji.
Ten film, z fantastyczną muzyką Pawła Mykietyna, niczym thriller trzyma w napięciu. Czujemy przerażenie Io, kiedy nocą w lesie trafia pod ostrzał myśliwych polujących na wilki, czy kiedy wpada w łapska pijanych kiboli.
Obserwuję ze zdumieniem, że, o dziwo, udaje nam się utożsamić ze zwierzęciem nawet mocniej aniżeli z ludzkim bohaterem. Nie mogę stwierdzić, że ten osioł to ja (śmiech), natomiast wczuwam się dokładnie w to, co on przeżywa.
Miał Pan w domu zwierzęta?
Przez całe życie miałem psy, na ogół owczarki niemieckie. Bywały też koty, ale czuję empatię wobec wszystkich zwierząt. Tym filmem staram się protestować przeciwko przemysłowej hodowli zwierząt na mięso i futra.

Patrząc na smutny los zwierząt hodowlanych, coraz częściej myślimy o zmianie diety. Jest Pan wegetarianinem?
Jeszcze nie w pełni, niestety. Ale ten film już zmienił moje upodobania kulinarne. Nie mogę jeszcze kompletnie wyrzec się mięsa, choć ograniczyłem jego spożycie o dwie trzecie.
Porusza Pan w filmach ważne społecznie tematy. Który z ostatnich głośnych obrazów, takich jak „Cztery noce z Anną” czy „11 minut”, uznałby Pan za najważniejszy?
Każdy z nich spełniał moje psychiczne zapotrzebowania, żeby wyrzucić z siebie coś, co mogło mnie dręczyć czy niepokoić. Wydaje mi się, że pod względem warsztatowym „Essential Killing” był najbliższy filmowej doskonałości.
Przeczytałam o Panu: „Nie boi się ryzyka, ma szaloną wyobraźnię. Jest silną indywidualnością i wielkim perfekcjonistą”. A jeden z aktorów dodał: „Najmłodszy duchem reżyser, z jakim pracowałem”. Wciąż młodo się Pan czuje?
Ogrom wysiłku, jaki wkładam w robienie filmów, świadczyłby o tym, że wiek nie przygiął mnie jeszcze do ziemi. A „Io” to był morderczy maraton.
Nie do końca jednak wiedział Pan, czy będzie robił filmy. W młodości pisał Pan wiersze i dla równowagi uprawiał boks.
Na początku studiowałem archeologię i etnografię, później reżyserię w szkole filmowej w Łodzi. Imałem się różnych zajęć w pogoni za upragnionym sukcesem, który przez długie lata był nieosiągalny. Na przykład z moim pierwszym wierszem, dosyć grafomańskim, wystartowałem na Festiwalu Młodej Poezji w Poznaniu i byłem jednym z trzech nagrodzonych obok Grochowiaka i Brylla, choć gdzie mi tam do nich. Próbowałem też grać jazz, nieudolnie waląc w bębny. W końcu został mi film i tu na szczęście udało mi się coś zdziałać.

Polański opowiadał, że scenariusz do głośnego „Noża w wodzie”, okrzyknięty potem najlepszym scenariuszem w historii polskiego kina, machnął Pan w jedną noc.
To nie była jedna noc, tylko kilka nocy, podczas których pisaliśmy z Romanem scenariusz, a każdego ranka zdawałem jeszcze egzaminy do szkoły filmowej.
Mimo wielu późniejszych sukcesów, nakręcenia tak udanych filmów jak „Walkower” czy „Start”, za który otrzymał Pan prestiżowego Złotego Niedźwiedzia w Berlinie, ostatecznie podzielił Pan los wielu polskich twórców i udał się na Zachód. Było ciężko?
Było. Nie znałem żadnego obcego języka, a wpakowałem się w duży hollywoodzki film „Przygody Gerarda” z Claudią Cardinale w roli głównej, która po „Osiem i pół” Felliniego uchodziła za największą światową gwiazdę. To był kostiumowy film rozgrywający się podczas wojen napoleońskich, w którym w roli Napoleona obsadziłem zdobywcę Oscarów Elia Wallacha. Byłem reżyserem „nowofalowym”, często improwizującym, a musiałem nakręcić typowy hollywoodzki film w gatunku, o którym nie miałem pojęcia, i nie dawałem sobie rady. Wstawiła się wtedy za mną Claudia, która powiedziała, że jeżeli Jerzy nie będzie reżyserował tego filmu, to ona odchodzi. Uratowała mnie.
Życie Jerzego Skolimowskiego między Ameryką a Mazurami
Nie ciągnęło Pana do aktorstwa, żeby być takim De Niro? W końcu jako pierwszy Polak zaistniał Pan w Hollywood.
Grywałem w swoich młodzieńczych filmach, w „Rysopisie” i w „Walkowerze”. Ale tak poważnie jako aktor w Hollywood zaistniałem wiele lat później, kiedy znany reżyser Taylor Hackford obsadził mnie w jednej z głównych ról w filmie „Białe noce”, gdzie moimi parterami byli Misza Barysznikow, Isabella Rossellini i Helen Mirren.
Osiadł Pan blisko fabryki snów, w Los Angeles, później jednak zmieniał adresy.
To się zaczęło od Santa Monica, tuż nad oceanem, w zachodniej części Los Angeles. Potem przeniosłem się do Malibu, które było jeszcze bardziej prestiżowym adresem. Miałem tam piękny dom z basenem, wiszący na skale, z widokiem na bezkres oceanu, a za plecami góry. Po kilkunastu latach z żalem go sprzedałem, ale czułem już przesyt Ameryką.
W Ameryce odkrył Pan swoją nową pasję, malarstwo, i odnosił sukcesy.
Malarstwo uratowało mnie, wyciągnęło z głębokiego kryzysu, bo od wielu lat nie robiłem już filmów i zaczęło mi brakować pieniędzy na życie. Na szczęście malowanie dosyć szybko przyniosło mi korzyści materialne, w czym pomogli też przyjaciele, bo pierwsze moje obrazy zostały zakupione przez wybitnych klientów, że wspomnę tylko Jacka Nicholsona czy Dennisa Hoppera, którzy nabyli po kilka moich obrazów, co na jakiś czas dało mi środki na życie.

Pana styl to ekspresjonizm abstrakcyjny?
Można tak to nazwać. Zresztą to się zmieniało, był okres malarstwa figuratywnego, potem abstrakcji, szukałem własnego stylu, który bardzo zabawnie określiła Krystyna Zachwatowicz jako taszyzm figuratywny podczas mojej niedawnej wystawy w Krakowie. Udawało mi się, chlapiąc farbą, uzyskiwać naturalne kształty przyrodnicze, a nawet ludzkie. Zostałem niejako pasowany na malarza, otrzymując tytuł doktora honoris causa Akademii Sztuk Pięknych, więc mogę się już uważać za malarza profesjonalnego.
Czy ktoś w rodzinie malował, był artystą? Często takie zdolności zawdzięczamy genom.
Mój dziadek ze strony ojca był artystą, ale głównie zasłużył się jako architekt. Zaprojektował i zbudował miasto Dalnyj w okolicach Władywostoku, które dziś leży w Chinach i nazywa się Dalian. Z tym związany jest zabawny epizod, ponieważ kilka lat temu Chińczycy bardzo chcieli rozmawiać ze mną przez Skype’a. Połechtali moją próżność, przygotowałem więc moje obrazy, katalogi wystaw, fragmenty filmów. A oni: „To proszę opowiedzieć o swoim dziadku Kazimierzu Skolimowskim”. Ja, że niewiele o nim wiem, tylko tyle, że los rzucił go pod koniec XIX wieku na Daleki Wschód, był zaangażowany w budowę Kolei Transsyberyjskiej, aż dotarł do Władywostoku. Po powrocie do Polski został głównym architektem Kalisza, gdzie zbudował ratusz, ale zimą w trakcie otwarcia ratusza wszedł na jego dach, poślizgnął się i zabił. Został pochowany na tamtejszym cmentarzu. Prawdopodobnie po nim odziedziczyłem talent, bo rysowałem od najwcześniejszych lat. Pamiętam, że tuż po wojnie rysowałem komiksy o powstaniu warszawskim, o bohaterskich dzieciach, które rzucały butelki z benzyną na niemieckie czołgi
Pana ojciec zginął w powstaniu warszawskim?
Ojciec był jednym z przywódców Związku Walki Zbrojnej. ZWZ był militarną organizacją, działającą ściśle z Armią Krajową, która z bronią w ręku walczyła z Niemcami. Niestety w jej szeregach znalazł się zdrajca, który wydał swoich towarzyszy Niemcom, i ojciec został zamordowany w obozie koncentracyjnym. Praktycznie go nie znałem.
Wychowywała Pana tylko matka?
Wychowywała to może za dużo powiedziane, ponieważ też była mocno zaangażowana w konspirację, również po śmierci męża. Pod moim dziecięcym łóżeczkiem znajdowała się tajna drukarenka, na której powielano biuletyn konspiracyjny. Zdarzało się, że w nocy gestapowcy, waląc kolbami w drzwi, wdarli się do mieszkania, a ja wytrenowany, uśmiechnięty blondasek wesoło skakałem na swoim łóżeczku. I gestapowcy zamiast zajrzeć pod łóżko, dawali mi cukierki. Matka prowadziła też działalność edukacyjną, w naszym domu odbywały się komplety, na których młodzież przygotowywała się do matury. Były organizowane pod przykrywką kursów krawieckich, więc na stole zawsze leżały nożyczki, igły, skrawki materiałów, a uczniowie mogli mieć przy sobie tylko jedną kartkę, na której pisali maczkiem, aby zdążyć ją zjeść w razie nalotu gestapo. Matka z obawy, że mógłbym wygadać się z tym przed kolegami, nie wypuszczała mnie z domu. Mieszkaliśmy na Ogrodowej, tuż przy murze getta, i pewnego wieczoru znalazła ukrywającą się w naszej bramie żydowską rodzinę, matkę z dwiema córkami, które przygarnęła. W naszej kuchni znajdowała się spiżarenka, jej drzwi były zastawione wielkim kredensem. Pamiętam, że w nocy zobaczyłem, jak dolne drzwiczki kredensu uchyliły się i wypełzła na zewnątrz dziewczynka, a za nią druga. To były dwie żydowskie dziewczynki ukrywane przez wiele miesięcy przez matkę. Po wyzwoleniu obie zostały dziennikarkami „Expressu Wieczornego”.
Podziwiał Pan matkę, otrzymywał od niej wiele czułości?
Nie pamiętam takich chwil. Miałem do niej żal, że sprawy patriotyczne, społeczne stały się dla niej ważniejsze od własnego dziecka. Nigdy nie było czasu na jakieś serdeczne chwile, matka była wiecznie zajęta. Właściwie już po wojnie, kiedy miałem prawo wychodzenia z domu, wychowywała mnie ulica.

W Pańskim życiu było trochę podobnie, zabrakło czasu na dojrzałe ojcostwo?
Niestety zarzucam to sobie. Moja zawodowa praca pochłaniała mnie tak bardzo, że zbyt mało czasu i wysiłku poświęciłem na wychowanie moich dwóch synów.
Młodszy z nich, Józef, znany również jako Joseph Kay, zmarł 10 lat temu, a wkrótce potem Pańska była żona, aktorka Joanna Szczerbic.
Syn dostał sepsy w Indiach, a ja byłem za daleko, żeby go ratować. Zresztą było na to za późno. Joanna zmarła dwa lata później. Został mi starszy syn Michał. Wcześniej ze swoim młodszym bratem nakręcił dwa filmy, bardzo udany „Motyw cienia”, a potem „Ixjanę”. Obaj starali się iść moimi śladami, a młodszy syn nawet wyprzedził mnie w malowaniu, bo robił to zawodowo, miał ogromny talent. Dopiero widząc jego osiągnięcia, zapragnąłem z nim rywalizować i spróbowałem swoich sił w większych formatach.
W ostatnich latach posypały się nagrody za całokształt twórczości, Platynowe Lwy w Gdyni, Złoty Lew w Wenecji, więc znów niczym lew krąży Pan po salonach?
To już było, „to se ne vrati”.
Był Pan kiedyś playboyem, duszą towarzystwa. Nie tęskni Pan do tego ze swojej mazurskiej głuszy? Nie brak Panu szerokiego świata?
Nie, ani niczego mi nie brak, ani za niczym nie tęsknię.
Dobrze się Pan urządził na Mazurach, przestronny dom, w stodole wygodna pracownia. Skąd te Mazury?
Kiedy zrezygnowałem z Malibu, gdzie miałem więcej niż komfort, bo to był luksus, bardzo trudna okazała się zamiana 180-stopniowego widoku na ocean na coś innego. Wybrałem więc gęsty las, gdzie znalazłem poniemiecką leśniczówkę i dom zbudowany z bali. A ponieważ to było tak diametralnie różne od Malibu, zrekompensowało mi tę dość drastyczną zmianę.
Budzi się Pan rano i zamiast szumu oceanu słyszy szumiące drzewa?
I śpiew ptaków, zwłaszcza głośny nad ranem. To jest ogromny las, codziennie spotykam dzikie zwierzęta. W okolicy mamy jelenie, sarny, dziki, zające i lisy, zdarzają się też wilki. Wiedziemy tu z Ewą ciche życie na uboczu, z dala od turystów.
Ale macie nieustającą pasję filmowania. Tworzycie zgrany tandem?
Bardzo zgrany, bo Ewa skończyła program filmowy na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, a w Polsce zrobiła magisterium z historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Jest wykształcona pod względem malarsko-filmowym, co czyni ją idealną współpracowniczką w mojej artystycznej działalności.
Żałuje Pan czegoś?
Chyba najbardziej tego, że nie zdążyłem nawiązać z młodszym synem głębokiego kontaktu, do jakiego zmierzaliśmy jako malarze. Mieliśmy też szansę na bliską współpracę filmową.
Jakie ma Pan plany na przyszłość?
Przypuszczam, że jeszcze coś niecoś namaluję. Na kolejny film jest za wcześnie, bo ciągle przepełnia mnie ten osiołek. Premiera już 30 września.
Czego Panu życzyć?
Aby udało mi się w pełni zostać wegetarianinem i obym miał jak najwięcej naśladowców.
Rozmawiała: Elżbieta Pawełek.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Oscar miał być spełnieniem marzeń. Dla gwiazdy "Diabeł ubiera się u Prady" stał się koszmarem
