Odeszła 22 lata temu. Daria Trafankowska gasła na oczach Polski. To powiedziała w ostatnim wywiadzie VIVY!. Po latach jej słowa wracają ze zdwojoną siłą
22 lata temu odeszła Daria Trafankowska – aktorka, którą widzowie pokochali za ciepło, dobroć i rolę Danusi w „Na dobre i na złe”. Miała 50 lat. Na krótko przed śmiercią w poruszającej rozmowie z „Vivą!” mówiła o życiu z wdzięcznością, lekkością i spokojem, mimo że mierzyła się z najtrudniejszym doświadczeniem.

Odeszła 9 kwietnia 2004 roku, dokładnie 22 lata temu. Miała 50 lat. Wciąż jest w sercach wielu ludzi. Daria Trafankowska uchodziła za osobę niezwykle ciepłą i dobrą. Rola Danusi w serialu Na dobre i na złe sprawiła, że pokochali ją telewidzowie w całej Polsce. Gdy zachorowała, wszyscy trzymali za nią kciuki i robili wszystko, by jej pomóc. Mówiła o swoim życiu z niezwykłą czułością, jak ktoś, kto naprawdę potrafił cieszyć się każdą chwilą. Mimo przeciwności losu uważała się za osobę szczęśliwą. Żyła intensywnie, zachłannie, jakby chciała zdążyć poczuć jak najwięcej. W najtrudniejszych momentach nie była sama – zawsze otaczali ją bliscy, dając jej siłę i oparcie.
W rocznicę śmierci Darii Trafankowskiej przypominamy ostatni wywiad, którego przed odejściem udzieliła magazynowi VIVA!.
Przypominany ostatnią rozmowę z Darią Trafankowską, która ukazała się miesiąc przed jej odejściem w marcu 2004 roku
Długo namawiałam Darię Trafankowską na tę rozmowę. Zgodziła się niechętnie. Teraz, stojąc pod drzwiami jej mieszkania, zastanawiam się, czy nacisnąć klamkę. Czy wolno mi wchodzić z buciorami w czyjeś życie w tak dramatycznym jego momencie? Dlaczego ta wrażliwa, utalentowana kobieta ma opowiadać o walce ze śmiertelną chorobą, którą właśnie toczy? Czy nie uzurpowałam sobie jakiegoś nieistniejącego prawa, zasłaniając się potrzebami czytelnika? Mam wielką ochotę zawrócić.
Serialowa siostra Danuta, szczuplutka, z króciutką fryzurą (bardzo jej w niej do twarzy), staje w drzwiach. Jest uśmiechnięta. Jeszcze wczoraj była zbyt słaba i obolała, by rozmawiać, chociażby przez telefon. Najwyraźniej trafiłam na dobry dzień. Wcale nie wygląda na ciężko chorą. Raczej na bardzo spokojną. Będę rozmawiać. Mimo wszystko.
„Dusia, bardziej niż własną chorobą, przejmuje się tym, że ludzie się o nią martwią”, twierdzą Pani przyjaciele. Podobno to Pani ich pociesza, nie odwrotnie.
Tak też się zdarza, ale nie przesadzajmy. Na okrągło odbieram telefony od osób zatroskanych moim losem. Często całkiem obcych. Podają nazwy cudownych leków, które na pewno mi pomogą i zapewniają, że wszystko będzie dobrze. Są niezwykli. Czasami nawet zaczepiają na ulicy, pytając, czy nie trzeba mi w czymś pomóc. Czaiłam się z informacją o chorobie nowotworowej i pewnie gdyby nie koncert w Teatrze Powszechnym, nie zdradziłabym się do dziś. To zresztą wydarzyło się poza mną – byłam już wówczas na zabiegach w klinice w Salzburgu. Wiem, że moi koledzy nie mieli lepszego sposobu na rozreklamowanie go, jak poinformowanie o zbożnym celu. I mieli dylemat, wiedząc o moich oporach.
Teatr Powszechny przeżył oblężenie. Przyszło mnóstwo ludzi, niektórzy po raz pierwszy w życiu byli w teatrze! Kochają siostrę oddziałową.
To prawda. Przyszli nawet piłkarze Legii. Były spontaniczne aukcje i loterie, na których sprzedawano niemal wszystko. Błyskawicznie włączyły się dwa banki i różni sponsorzy. I to wszystko zorganizowano w dwa tygodnie!
Wyobrażam sobie, jak wielkim wysiłkiem całego sztabu ludzi było to okupione. Kłopoty ze zdobyciem biletów na koncert mieli nawet moi przyjaciele. Brzmi niczym anegdota, gdy opowiadam, jak moja najwierniejsza przyjaciółka Joasia próbowała zarezerwować bilety. Gdy pani w kasie powiedziała jej, że już nie ma, Joasia wykrzyknęła: „Ależ ja muszę je zdobyć. Jestem najbliższą przyjaciółką Darii”. W odpowiedzi usłyszała: „Tu, proszę pani, przychodzą sami najbliżsi przyjaciele”.
To wspaniałe.
Ja też tak myślę. Głównym powodem, dla którego zgodziłam się na tę rozmowę, jest możliwość podziękowania ludziom, którzy się o mnie troszczą. Jestem tym speszona. Tę troskę odczuwam na każdym kroku, od wielu miesięcy. Nieustannie otrzymuję adresy wybitnych specjalistów – homeopatów, bioenergoterapeutów, zielarzy – z zapewnieniami, że czynią cuda. Nauczyłam się spokojnie wyjaśniać, czemu nie mogę brać kolejnego, najlepszego na świecie lekarstwa. Bo właśnie wypróbowuję inne. Mam też grupę przyjaciół, którą nazywam interweniującą – rozliczają mnie z tego, czy sprawdziłam kolejny adres albo połknęłam jakieś lekarstwo. Czasami muszę z nimi wręcz walczyć! Koncepcjami leczenia mogłabym obdzielić oddział onkologiczny. Gdybym chciała wszystkim osobiście podziękować, musiałabym siedzieć i zajmować się wyłącznie pisaniem listów. Doświadczam takiej życzliwości i takiej miłości, że właściwie nie mam innego wyjścia, jak wyzdrowieć.
Taka dawka dobroci może być skuteczniejsza niż najlepsza terapia.
Oczywiście. Tak jej wiele, że wręcz mnie paraliżuje. Głupio mi, że wokół mnie jest tyle zamieszania. Nie lubię być w centrum uwagi.
W walce z nowotworem pozytywne nastawienie może zdziałać cuda.
Tak, ale ciągłe przypominanie choremu: „Bądź dzielny, tak wiele zależy od ciebie” jest dla niego stresujące. A jeśli się nie uda, choć tak bardzo się staram? Prócz samej choroby zadręczy mnie przekonanie, że zawiodłam wszystkich, którzy we mnie wierzyli! Nie chcę tego.
Co więc mówić, gdy ktoś bardzo bliski oznajmia nam: „Mam nowotwór"?
Naprawdę nie wiem. Może nic? Może jedynie przytulić i zapewnić: „Jestem z tobą. Zawsze możesz na mnie liczyć. Wierzę, że ci się uda. Jeśli mogę coś dla ciebie zrobić, to mów o tym”. Ale nie boksować chorego poczuciem odpowiedzialności, bo on myśli z przerażeniem: „To moja wina, że źle się czuję. Za mało we mnie wiary, za mało woli walki”. To jest paskudne uczucie.
Słowo „rak” budzi przerażenie. Podczas rozmowy z Panią potykam się o nie. Jakbym popełniała zły uczynek.
To zrozumiałe. Podświadomie boi się pani, że wymawiając je, prowokuje chorobę do aktywności. To słowo ma złą energię. Ja też się go boję i nie używam. Mówię: nowotwór. Brzmi znacznie lepiej.
Prócz zatroskanych trafili się i tacy, którzy chcieli wykorzystać Pani chorobę dla zaistnienia.
To był odosobniony przypadek. Ale faktycznie… Kiedy trafiłam do szpitala onkologicznego po raz pierwszy, na badania, ktoś zadzwonił do kilku redakcji z informacją, że Trafankowska ma raka.
Domyśla się Pani, kto to mógł być?
Nie mam pojęcia. Przedstawił się jako pracownik szpitala, ale równie dobrze mógł to być ktoś z odwiedzających. Rozdzwoniły się telefony, nie tylko do mnie, także do moich znajomych. Dziennikarze pytali, czy to prawda. Za każdym razem odpowiadałam, że jestem w trakcie badaj, że jeszcze nic nie wiem i proszę, by o tym nie pisać. I nikt nie napisał. Zachowano się bardzo fair.
Zawiodła się Pani za to na poczytnym dzienniku, który chorobę znanej aktorki wykorzystał dla podniesienia nakładu.
Bardzo to przeżyłam. Udzieliłam im wywiadu, bo pisuję do tej gazety felietony i czułam się zobligowana do szczerości. Po wydrukowaniu go byłam załamana. Przeczytałam wszystko to, czego chciałam uniknąć. Prosiłam, by skupić się na moich podziękowaniach dla ludzi, którzy mnie wspierają. Wszystko, co było dla mnie ważne, wypadło z rozmowy. Zostały banały. W dodatku wyglądało na to, że choroba jest jakimś pozytywnym wydarzeniem w moim życiu, bo nagle odkryłam, ilu mam przyjaciół i jakie życie jest fajne! A to bzdura, bo o tym akurat zawsze wiedziałam.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Byli razem 75 lat. Śmierć ukochanej żony była dla legendy wyścigów okrutnym ciosem. Łzy same cisną się do oczu
Daria Trafankowska, 21.05.2002 rok

Długo namawiałam Panią na rozmowę. Nie należy mówić o bólu, chorobie?
Nie należy robić z tego sensacji. Milczałam, bo nie chciałam, by ktoś podejrzewał, że wykorzystuję chorobę, by przypomnieć o swoim istnieniu. By pomyślał: „Mało gra, to chwyta się wszystkiego”. Strasznie się tego bałam.
To prawda, że rak stał się atrakcyjnym towarem medialnym. Czymś w rodzaju dramatycznego reality show.
To główny powód, dla którego nie chciałam o tym opowiadać. Wciąż też zbyt mało wiem o swojej chorobie. Nowotwór wciąż jest wielką niewiadomą. Przebieg choroby za każdym razem jest inny. W moim przypadku rokowania są kiepskie. Rak trzustki z przerzutami na wątrobę. Fachowa literatura, na którą rzuciłam się, kiedy usłyszałam diagnozę, informuje: „W większości przypadków choroba koƒczy się zgonem na przestrzeni od trzech do sześciu miesięcy”. To musi obezwładnić. Ale tak sobie myślę, że skoro napisane jest „w większości”, a ja po pięciu miesiącach od diagnozy wciąż pracuję i radzę sobie, to może jestem w tej mniejszości? Bardzo bym tego chciała.
Sięgnęła Pani po książkę Carla Simontona „Tryumf życia”?
Zaczęłam edukację od podręczników dla lekarzy i studentów medycyny, gdzie, niestety, najwięcej jest statystyk. Zwłaszcza odnośnie częstotliwości zgonów. A powinnam zacząć od Simontona, którego przeczytałam później. Znam „Tryumf życia” i jego najgłośniejszą pozycję – „Jak żyć z rakiem i go pokonać”. Teoria Simontona, wykorzystująca umysł dla leczenia ciała, jest mi zresztą bliska. Takie metody, jak wizualizacja choroby, medytacje, chińska dieta, jak najmniej mocnej chemii zaleca także mój onkolog – genialny doktor Kryński. Chodzi o to, by jak najmniej maltretować pacjenta.
Czy dzieli Pani swoje życie na to sprzed choroby i potem?
Inaczej się, niestety, nie da. Choćby z powodu ograniczeń, których przybywa. Wcześniej wypijałam codziennie morze kawy, wypalałam mnóstwo papierosów i nigdy nie miałam gastrycznych kłopotów. Całe życie też notorycznie odchudzałam się, bez efektów ubocznych. Dziś wiem, że takie wahania wagi osłabiają trzustkę. Co nie znaczy wcale, że jak ktoś się odchudza, czeka go rak. Teraz jestem na ścisłej diecie, a o smaku kawy zapomniałam… Dzień, w którym zdałam sobie sprawę, że być może przydarzyło mi się najgorsze, pamiętam dokładnie. Już mając za sobą USG, świadoma, iż coś ze mną nie tak, trafiłam do profesora Gierblińskiego. Nim postawił diagnozę, badał mnie bardzo długo. Pacjenci byli zapisani co 15 minut, a ja siedziałam prawie godzinę. Domyślałam się, że musi być śle. Profesor, nie patrząc na mnie w ogóle, powiedział tylko: „Zapraszam, pani Dario, do siebie, do szpitala. Zrobimy biopsję trzustki. U mnie spędzi pani tylko trzy dni, a potem od razu na onkologię”. Siedziałam obok niego i powtarzałam jak automat: „Tak. Rozumiem. Oczywiście”. A po policzkach spływały mi łzy jak groch.
Ludzie, którzy stanęli oko w oko ze śmiertelną chorobą, mówią o przewartościowaniu całego dotychczasowego życia.
Ja nie mogę tego powiedzieć. Nic się nie zmieniło w mojej hierarchii wartości. Choroba nie sprawiła, że odkrykłam coś, czego nie wiedziałabym wcześniej. Zmieniły się proporcje. Nadal chcę dużo pracować, ale gdy pada hasło „chemia”, nie dzwonię do pana doktora, by ją przełożył o trzy dni, bo ja mam właśnie zdjęcia. Zdrowie jest na pierwszym miejscu. Na pewno więcej czasu upływa mi na refleksjach nad własnym życiem. No i szkoda mi go na głupie spotkania, nieistotne zajęcia. Ale jak się głębiej zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że nie odbywałam głupich spotkań. Jeśli coś już robię, jest to dla mnie ważne.
Pani najwyraźniej po prostu dobrze żyje. Niewiele osób może tak o sobie powiedzieć.
Chyba faktycznie. Nie mogę powiedzieć: „Boże, ile czasu zmarnowałam, a nie wiadomo, ile mi go zostało”. To byłaby nieprawda, bo niczego nie żałuję. W moim postrzeganiu świata i ludzi nie dokonała się ostatnio żadna rewolucja.
Rozmawiamy o chorobie, która jest zagrożeniem życia. Ale nie musi być wyrokiem śmierci. Coraz więcej osób wychodzi zwycięsko z walki z rakiem.
To prawda. Dąży się do tego, by uczynić z niego przewlekłą chorobę, jak na przykład cukrzyca czy inne. Cała onkologia skupia się na tym, a każdy dzień przynosi jakieś nowe rozwiązania, nowe sugestie.
Czy najpopularniejszej siostrze oddziałowej w kraju otrzaskanie ze szpitalem pomogło odnaleść się w roli pacjentki?
Oczywiście. Okazało się też, że jestem pacjentem szczególnie uprzywilejowanym. Cały personel traktował mnie jak koleżankę. Wszyscy wiedzą, że jestem aktorką, ale gdy ze mną rozmawiają, używają tylu fachowych określeń, jak gdybym była z ich branży! Muszę im przy- pominać, że jednak nie jestem pielęgniarką. Ale na planie liznęłam całkiem sporo z teorii medycyny i to mi się teraz przydaje.
Było wiele koncepcji leczenia Pani, najważniejszym miejscem terapii okazała się jednak klinika w Salzburgu.
W każdym razie bardzo ważnym, choć to terapia wspomagająca. Mam bardzo rzadki rodzaj nowotworu. Poruszamy się troszkę po omacku. Prawdopodobnie ominie mnie operacja, nie uniknęłam jednak chemii. Przyjmowałam bardzo silną, tak zwaną dotętniczą chemię, podawaną przez pachwinę. Tak, by lekarstwo docierało wyłącznie do chorych organów.
Skutki uboczne chemioterapii bywają dla pacjentów nie do zniesienia.
Różnie bywa. Leczenie polega tu na powolnym zatruwaniu całego organizmu, w takiej dawce jednak, by potrafił się obronić. Po tej dotętniczej chemii czułam się fatalnie. Ale ogólnie nie jest aż tak śle. Biorę różne leki osłonowe, piję zioła, ścisła dieta przynosi efekty. Najbardziej pomaga mi jednak immunoterapia, jaką doktor Klehr serwuje mi w Salzburgu. Ta metoda leczenia polega na podawaniu pacjentowi szczepionki wyhodowanej w oparciu o badania jego krwi. To wciąż metoda eksperymentalna, ale postawiła na nogi wielu ludzi, na których tak zwana tradycyjna medycyna machnęła ręką. Rozmawiałam z nimi. Są w dobrej formie, choć od momentu leczenia minęło już pięć, sześć lat. Choroba zmienia perspektywę patrzenia na czas. Co to jest dla zdrowego człowieka pięć lat? W wypadku nowotworu to całe wieki.
CZYTAJ TEŻ: Skończyła 97 lat, nie potrafiła być idealną matką. Jakie relacje łączą Wandę Traczyk-Stawską z dziećmi?
Daria Trafankowska, 20.01.2004 rok

Czy doktor Klehr miał już do czynienia z podobnym przypadkiem?
Tylko raz. Za to z dobrym skutkiem. Pacjent żyje do dziś. To nastraja optymistycznie.
Jak się Pani czuje po zabiegach?
Lepiej, choć za wcześnie, by mówić o poprawie. Badania wykazały co prawda, że zmiany w wątrobie cofnęły się o jakieś 3, może 4 procent, ale o regresie można mówić dopiero w przypadku 25. Wciąż jestem na początku tej drogi. Przeszłam w Salzburgu pierwszą serię terapii. Dostałam do domu szczepionki, codziennie je przyjmuję, i chwała Bogu wciąż jestem sprawna i aktywna. Choć miewam bardzo złe dni. Wiem już, co to ból nowotworowy. Taki, na którego nie ma mocnych. Nieustępliwy. Łykasz prochy garściami, czujesz się jak narkoman, a nie przestaje cię boleć. Największy strach odczuwam jednak wówczas, gdy nic mnie nie boli. Przez pierwsze trzy miesiące od diagnozy czułam się bardzo dobrze. Wciąż pytałam moją psychoterapeutkę: „Kiedy to mnie walnie? No kiedy?” Ona odpowiadała: „Nie wiem. Nikt tego pani nie powie”. No i walnęło. Wtedy się uspokoiłam. Kiedy boli, tak mocno skupiam się na walce z bólem, że przestaję kombinować. Na szczęście wciąż mogę pracować. Gram w serialu, choć nowe odcinki pisane są z dużą ostrożnością. Tak, by w razie gdy się śle poczuję, mogła mnie zastąpić inna aktorka. Nadal też nagrywam dla radia, a nawet prowadzę w telewizji nowy program – nomen omen o zdrowiu „Nasze rytmy zdrowia”. Spotykam się w studiu z lekarzami, chorymi, każdy program poświęcony jest innemu prblemowi. Lubię go i mam nadzieję, że uda mi się nadal nad nim pracować.
Kiedyś odwiedzała Pani wróży, tarocistów. Myślała Pani, by zapytać o efekty leczenia?
Nie odważyłabym się na to, zresztą nie wierzyłabym wróżbie. Tarociści nie mówią prawdy, gdy widzą w kartach coś złego. Ale przed pięciu laty jeden zaprzyjaśniony przepowiedział mi wszystko to, co właśnie mi się przydarzyło. Mówił, że przyjdzie propozycja długofalowej pracy, która zmieni moje zawodowe życie. I tak się stało. Zapowiadał, że spotkam mężczyznę, którego pamiętam z młodości i że nigdy bym nie pdejrzewała, iż będziemy razem. I poznałam mojego Jaśka. Opowiadał o dużych pieniądzach, które mają krążyć wokół mnie, i o wyjeździe za granicę. A co najważniejsze, oświadczył, że to się zdarzy w 49. roku mojego życia, że będę wówczas otoczona taką troską i miłością, jak nigdy wcześniej. Kiedy minęły 49. urodziny, moi przyjaciele pytali: „No i gdzie te pieniądze, ta miłość, zagraniczne wojaże?” Odpowiadałam: „Jeszcze trochę, pewnie w końcu roku. I się spełniło, tyle że w mniej radosnych okolicznościach. Mój książę pojawił się nieco wcześniej, a duże pieniądze ludzie zebrali na leczenie. Zagraniczny wyjazd to oczywiście Salzburg, gdzie pieniądze trafiają. Jestem otoczona miłością i troską. Wszystko się zgadza, tylko trochę żal, że bajka nie ta…
W stanie wojennym grała Pani w słynnych spektaklach teatru domowego. Organizowano je pod hasłem: „Żyjesz, póki się nie boisz”. Czy walka z chorobą nie jest przedłużeniem tamtej, toczonej w innych okolicznościach?
To bardzo mądre, co pani mówi. Tylko wtedy było nas wielu, mie-liśmy ten sam cel i nawzajem się wspomagali. Teraz strach jest tylko mój i nie chcę nim nikogo obarczać. Ale coraz więcej we mnie spokoju. Choroba nowotworowa ma w sobie coś bardzo uczciwego, przy całym jej okrucieƒstwie. Daje czas na uporządkowanie swojego życia, jakiego nie da wylew czy zawał serca.
Ma też jeden aspekt pozytywny – integruje najbliższych chorego.
To prawda. Mój syn ponownie zbliżył się do ojca. Zawsze byli w przyjaźni, ale chyba brakowało im dla siebie czasu. Teraz, gdy mój były mąż także się o mnie troszczy, tworzą wspólny front. Wit spędza z nim sporo czasu, a ich ojcowsko-synowski związek scementował się.
Skąd to niezwykłe imię Wit?
Z czasów studiów. Przyjaśniliśmy się ze znakomitym operatorem Witem Dąbalem. To świetny, utalentowany facet. Więc ochrzciliśmy jego imieniem syna. Zdrabniamy Wita na Witka, ale on tego nie lubi. Jedynie mnie pozwala.
Pani też ma oryginalne imię.
Moja mama mówiła, że Daria znaczy dar boży… Miałam się nie urodzić, straszono ją, że będę okaleczona. Lekarze długo walczyli o życie moje i matki. Więc faktycznie moje narodziny można postrzegać w kategoriach daru bożego.
Co jakiś czas w Pani opowieści przewija się hasło: „Mój Jasiek”. Wówczas Pani promienieje. Miłość jak grom z jasnego nieba?
Właśnie tak! Spotkałam mężczyznę, o jakim dzisiaj można już tylko poczytać w starych, pięknych książkach. Opiekuƒczy, odpowiedzialny, czuły… Znamy się od dawna, ale spotkaliśmy się bodaj po 12 latach, na imprezie u mojego wielkiego przyjaciela. O ironio, on niedawno zmarł na raka płuc. Pamiętam, że spjrzałam na Jaśka stojącego w drzwiach, który patrzył w moją stronę i powiedziałam: „Tylko mi nie mówcie, że coś z tego będzie. Błagam! Nie chcę, nie potrzebuję”. A potem wystarczył tydzień, byśmy się odnaleźli…
Amerykański chirurg Bernie Siegel w książce „Miłość, medycyna i cuda" udowadnia, że miłość ma moc uzdrawiającą, że potrafi uruchomić zablokowany biologiczny mechanizm życia. Zablokowany przez nowotwór.
Jednym słowem mój Jasiek może okazać się równie skutecznym lekarstwem, co szczepionka dr Klehra? Na pewno będzie dumny, gdy mu o tym powiem.
Planuje Pani tak po cichutku, co zrobi najpierw, kiedy wyzdrowieje? Gdzie wyjedzie? Jak będzie wspaniale?
Nie, na razie jeszcze nie. Boję się sięgać tak daleko myślami. Nie mam odwagi.
Rozmawiała JUSTYNA KOBUS.
CZYTAJ TEŻ: Od kilku lat pobiera emeryturę, jednak nie zawiesił kariery. Tak dziś wygląda życie Ryszarda Rynkowskiego
Daria Trafankowska, 24.10.2000 rok
