Reklama

Odeszła 9 kwietnia 2004 roku, dokładnie 22 lata temu. Miała 50 lat. Wciąż jest w sercach wielu ludzi. Daria Trafankowska uchodziła za osobę niezwykle ciepłą i dobrą. Rola Danusi w serialu Na dobre i na złe sprawiła, że pokochali ją telewidzowie w całej Polsce. Gdy zachorowała, wszyscy trzymali za nią kciuki i robili wszystko, by jej pomóc. Mówiła o swoim życiu z niezwykłą czułością, jak ktoś, kto naprawdę potrafił cieszyć się każdą chwilą. Mimo przeciwności losu uważała się za osobę szczęśliwą. Żyła intensywnie, zachłannie, jakby chciała zdążyć poczuć jak najwięcej. W najtrudniejszych momentach nie była sama – zawsze otaczali ją bliscy, dając jej siłę i oparcie.

W rocznicę śmierci Darii Trafankowskiej przypominamy ostatni wywiad, którego przed odejściem udzieliła magazynowi VIVA!.

Przypominany ostatnią rozmowę z Darią Trafankowską, która ukazała się miesiąc przed jej odejściem w marcu 2004 roku

Dłu­go na­ma­wia­łam Da­rię Tra­fan­kow­ską na tę roz­mo­wę. Zgo­dzi­ła się nie­chęt­nie. Te­raz, sto­jąc pod drzwia­mi jej miesz­ka­nia, za­sta­na­wiam się, czy na­ci­snąć klam­kę. Czy wol­no mi wcho­dzić z bu­cio­ra­mi w czy­jeś ży­cie w tak dra­ma­tycz­nym je­go mo­men­cie? Dla­cze­go ta wraż­li­wa, uta­len­to­wa­na ko­bie­ta ma opo­wia­dać o wal­ce ze śmier­tel­ną cho­ro­bą, któ­rą wła­śnie to­czy? Czy nie uzur­po­wa­łam so­bie ja­kie­goś nie­ist­nie­ją­ce­go pra­wa, zasłaniając się po­trze­ba­mi czy­tel­ni­ka? Mam wiel­ką ocho­tę za­wró­cić.

Se­ria­lo­wa sio­stra Da­nu­ta, szczu­plut­ka, z kró­ciut­ką fry­zu­rą (bar­dzo jej w niej do twa­rzy), sta­je w drzwiach. Jest uśmiech­nię­ta. Jesz­cze wczo­raj by­ła zbyt sła­ba i obo­la­ła, by roz­ma­wiać, cho­ciaż­by przez te­le­fon. Najwyraźniej tra­fi­łam na do­bry dzień. Wca­le nie wy­glą­da na cięż­ko cho­rą. Ra­czej na bar­dzo spo­koj­ną. Bę­dę roz­ma­wiać. Mi­mo wszyst­ko.

„Du­sia, bar­dziej niż wła­sną cho­ro­bą, przej­mu­je się tym, że lu­dzie się o nią mar­twią”, twier­dzą Pa­ni przy­ja­cie­le. Po­dob­no to Pa­ni ich po­cie­sza, nie od­wrot­nie.

Tak też się zda­rza, ale nie prze­sa­dzaj­my. Na okrą­gło od­bie­ram te­le­fo­ny od osób za­tro­ska­nych mo­im lo­sem. Czę­sto cał­kiem ob­cych. Po­da­ją na­zwy cu­dow­nych le­ków, któ­re na pew­no mi po­mo­gą i za­pew­nia­ją, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Są nie­zwy­kli. Cza­sa­mi na­wet za­cze­pia­ją na uli­cy, py­ta­jąc, czy nie trze­ba mi w czymś po­móc. Cza­iłam się z in­for­ma­cją o cho­ro­bie no­wo­two­ro­wej i pew­nie gdy­by nie kon­cert w Te­atrze Powszechnym, nie zdra­dzi­ła­bym się do dziś. To zresz­tą wy­da­rzy­ło się po­za mną – by­łam już wówczas na zabie­gach w kli­ni­ce w Sal­zbur­gu. Wiem, że moi ko­le­dzy nie mie­li lep­sze­go spo­so­bu na roz­re­kla­mo­wa­nie go, jak po­in­for­mo­wa­nie o zboż­nym ce­lu. I mie­li dy­le­mat, wie­dząc o mo­ich opo­rach.

Te­atr Po­wszech­ny prze­żył ob­lę­że­nie. Przy­szło mnó­stwo lu­dzi, nie­któ­rzy po raz pierw­szy w ży­ciu by­li w te­atrze! Ko­cha­ją sio­strę od­dzia­ło­wą.

To praw­da. Przy­szli na­wet pił­ka­rze Le­gii. By­ły spon­ta­nicz­ne au­kcje i lo­te­rie, na któ­rych sprze­da­wa­no nie­mal wszyst­ko. Bły­ska­wicz­nie włą­czy­ły się dwa ban­ki i róż­ni spon­so­rzy. I to wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wa­no w dwa tygodnie!

Wy­obra­żam so­bie, jak wiel­kim wy­sił­kiem ca­łe­go szta­bu lu­dzi by­ło to oku­pio­ne. Kło­po­ty ze zdo­by­ciem biletów na kon­cert mie­li na­wet moi przy­ja­cie­le. Brzmi ni­czym aneg­do­ta, gdy opo­wia­dam, jak mo­ja najwierniejsza przy­ja­ciół­ka Jo­asia pró­bo­wa­ła za­re­zer­wo­wać bi­le­ty. Gdy pa­ni w ka­sie po­wie­dzia­ła jej, że już nie ma, Jo­asia wy­krzyk­nę­ła: „Ależ ja mu­szę je zdo­być. Je­stem naj­bliż­szą przy­ja­ciół­ką Da­rii”. W od­po­wie­dzi usły­sza­ła: „Tu, pro­szę pa­ni, przy­cho­dzą sa­mi naj­bliż­si przy­ja­cie­le”.

To wspa­nia­łe.

Ja też tak my­ślę. Głów­nym po­wo­dem, dla któ­re­go zgo­dzi­łam się na tę roz­mo­wę, jest moż­li­wość podziękowania lu­dziom, któ­rzy się o mnie trosz­czą. Je­stem tym spe­szo­na. Tę tro­skę od­czu­wam na każ­dym kro­ku, od wie­lu mie­się­cy. Nie­ustan­nie otrzy­mu­ję ad­re­sy wy­bit­nych spe­cja­li­stów – ho­me­opa­tów, bioenergoterapeutów, zie­la­rzy – z za­pew­nie­nia­mi, że czy­nią cu­da. Na­uczy­łam się spo­koj­nie wy­ja­śniać, czemu nie mo­gę brać ko­lej­ne­go, naj­lep­sze­go na świe­cie le­kar­stwa. Bo wła­śnie wy­pró­bo­wu­ję in­ne. Mam też gru­pę przy­ja­ciół, któ­rą na­zy­wam in­ter­we­niu­ją­cą – roz­li­cza­ją mnie z te­go, czy spraw­dzi­łam ko­lej­ny ad­res albo po­łknę­łam ja­kieś le­kar­stwo. Cza­sa­mi mu­szę z ni­mi wręcz wal­czyć! Kon­cep­cja­mi le­cze­nia mo­gła­bym ob­dzie­lić od­dział on­ko­lo­gicz­ny. Gdy­bym chcia­ła wszyst­kim oso­bi­ście po­dzię­ko­wać, mu­sia­ła­bym sie­dzieć i zaj­mo­wać się wy­łącz­nie pi­sa­niem li­stów. Do­świad­czam ta­kiej życz­li­wo­ści i ta­kiej mi­ło­ści, że wła­ści­wie nie mam in­ne­go wyj­ścia, jak wy­zdro­wieć.

Ta­ka daw­ka do­bro­ci mo­że być sku­tecz­niej­sza niż naj­lep­sza te­ra­pia.

Oczy­wi­ście. Tak jej wie­le, że wręcz mnie pa­ra­li­żu­je. Głu­pio mi, że wo­kół mnie jest ty­le za­mie­sza­nia. Nie lubię być w cen­trum uwa­gi.

W wal­ce z no­wo­two­rem po­zy­tyw­ne na­sta­wie­nie mo­że zdzia­łać cu­da.

Tak, ale cią­głe przy­po­mi­na­nie cho­re­mu: „Bądź dziel­ny, tak wie­le za­le­ży od cie­bie” jest dla nie­go stre­su­ją­ce. A je­śli się nie uda, choć tak bar­dzo się sta­ram? Prócz sa­mej cho­ro­by za­drę­czy mnie prze­ko­na­nie, że zawiodłam wszyst­kich, któ­rzy we mnie wie­rzy­li! Nie chcę te­go.

Co więc mó­wić, gdy ktoś bar­dzo bli­ski oznaj­mia nam: „Mam nowotwór"?

Na­praw­dę nie wiem. Mo­że nic? Mo­że je­dy­nie przy­tu­lić i za­pew­nić: „Je­stem z to­bą. Za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć. Wie­rzę, że ci się uda. Je­śli mo­gę coś dla cie­bie zro­bić, to mów o tym”. Ale nie bok­so­wać cho­re­go poczuciem od­po­wie­dzial­no­ści, bo on my­śli z prze­ra­że­niem: „To mo­ja wi­na, że źle się czu­ję. Za ma­ło we mnie wia­ry, za ma­ło wo­li wal­ki”. To jest pa­skud­ne uczu­cie.

Sło­wo „rak” bu­dzi prze­ra­że­nie. Pod­czas roz­mo­wy z Pa­nią po­ty­kam się o nie. Jakbym po­peł­nia­ła zły uczy­nek.

To zro­zu­mia­łe. Pod­świa­do­mie boi się pa­ni, że wy­ma­wia­jąc je, pro­wo­ku­je cho­ro­bę do ak­tyw­no­ści. To sło­wo ma złą ener­gię. Ja też się go bo­ję i nie uży­wam. Mó­wię: no­wo­twór. Brzmi znacz­nie le­piej.

Prócz za­tro­ska­nych tra­fi­li się i ta­cy, któ­rzy chcie­li wy­ko­rzy­stać Pa­ni cho­ro­bę dla za­ist­nie­nia.

To był od­osob­nio­ny przy­pa­dek. Ale fak­tycz­nie… Kie­dy tra­fi­łam do szpi­ta­la on­ko­lo­gicz­ne­go po raz pierw­szy, na ba­da­nia, ktoś za­dzwo­nił do kil­ku re­dak­cji z in­for­ma­cją, że Tra­fan­kow­ska ma ra­ka.

Do­my­śla się Pa­ni, kto to mógł być?

Nie mam po­ję­cia. Przed­sta­wił się ja­ko pra­cow­nik szpi­ta­la, ale rów­nie do­brze mógł to być ktoś z odwiedzających. Roz­dzwo­ni­ły się te­le­fo­ny, nie tyl­ko do mnie, tak­że do mo­ich zna­jo­mych. Dziennikarze pytali, czy to praw­da. Za każ­dym ra­zem od­po­wia­da­łam, że je­stem w trak­cie ba­daj, że jesz­cze nic nie wiem i pro­szę, by o tym nie pi­sać. I nikt nie na­pi­sał. Za­cho­wa­no się bar­dzo fa­ir.

Za­wio­dła się Pa­ni za to na po­czyt­nym dzien­ni­ku, któ­ry cho­ro­bę zna­nej ak­tor­ki wy­ko­rzy­stał dla pod­nie­sie­nia na­kła­du.

Bar­dzo to prze­ży­łam. Udzie­li­łam im wy­wia­du, bo pi­su­ję do tej ga­ze­ty fe­lie­to­ny i czu­łam się zo­bli­go­wa­na do szcze­ro­ści. Po wy­dru­ko­wa­niu go by­łam za­ła­ma­na. Prze­czy­ta­łam wszyst­ko to, cze­go chcia­łam unik­nąć. Prosiłam, by sku­pić się na mo­ich po­dzię­ko­wa­niach dla lu­dzi, któ­rzy mnie wspie­ra­ją. Wszyst­ko, co by­ło dla mnie waż­ne, wy­pa­dło z roz­mo­wy. Zo­sta­ły ba­na­ły. W do­dat­ku wy­glą­da­ło na to, że cho­ro­ba jest ja­kimś pozytywnym wy­da­rze­niem w mo­im ży­ciu, bo na­gle od­kry­łam, ilu mam przy­ja­ciół i ja­kie ży­cie jest faj­ne! A to bzdu­ra, bo o tym aku­rat za­wsze wie­dzia­łam.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Byli razem 75 lat. Śmierć ukochanej żony była dla legendy wyścigów okrutnym ciosem. Łzy same cisną się do oczu

Daria Trafankowska, 21.05.2002 rok

Prończyk/AKPA

Dłu­go na­ma­wia­łam Pa­nią na roz­mo­wę. Nie na­le­ży mó­wić o bó­lu, chorobie?

Nie na­le­ży ro­bić z tego sen­sa­cji. Mil­cza­łam, bo nie chcia­łam, by ktoś po­dej­rze­wał, że wy­ko­rzy­stu­ję chorobę, by przy­po­mnieć o swo­im ist­nie­niu. By po­my­ślał: „Ma­ło gra, to chwy­ta się wszyst­kie­go”. Strasz­nie się te­go ba­łam.

To praw­da, że rak stał się atrak­cyj­nym to­wa­rem me­dial­nym. Czymś w ro­dza­ju dra­ma­tycz­ne­go re­ali­ty show.

To głów­ny po­wód, dla któ­re­go nie chcia­łam o tym opo­wia­dać. Wciąż też zbyt ma­ło wiem o swo­jej cho­ro­bie. No­wo­twór wciąż jest wiel­ką nie­wia­do­mą. Prze­bieg cho­ro­by za każ­dym ra­zem jest in­ny. W mo­im przy­pad­ku ro­ko­wa­nia są kiep­skie. Rak trzust­ki z prze­rzu­ta­mi na wą­tro­bę. Fa­cho­wa li­te­ra­tu­ra, na któ­rą rzu­ci­łam się, kiedy usły­sza­łam dia­gno­zę, in­for­mu­je: „W więk­szo­ści przy­pad­ków cho­ro­ba koƒ­czy się zgo­nem na przestrzeni od trzech do sześciu mie­się­cy”. To mu­si obez­wład­nić. Ale tak so­bie my­ślę, że sko­ro na­pi­sa­ne jest „w więk­szo­ści”, a ja po pię­ciu mie­sią­cach od dia­gno­zy wciąż pra­cu­ję i ra­dzę so­bie, to mo­że je­stem w tej mniej­szo­ści? Bar­dzo bym te­go chcia­ła.

Się­gnę­ła Pa­ni po książ­kę Car­la Si­mon­to­na „Try­umf ży­cia”?

Za­czę­łam edu­ka­cję od pod­ręcz­ni­ków dla le­ka­rzy i stu­den­tów me­dy­cy­ny, gdzie, nie­ste­ty, naj­wię­cej jest statystyk. Zwłasz­cza od­no­śnie czę­sto­tli­wo­ści zgo­nów. A po­win­nam za­cząć od Si­mon­to­na, któ­re­go przeczytałam póź­niej. Znam „Try­umf ży­cia” i je­go naj­gło­śniej­szą po­zy­cję – „Jak żyć z ra­kiem i go po­ko­nać”. Teo­ria Si­mon­to­na, wy­ko­rzy­stu­ją­ca umysł dla le­cze­nia cia­ła, jest mi zresz­tą bli­ska. Ta­kie me­to­dy, jak wizualizacja cho­ro­by, me­dy­ta­cje, chiń­ska die­ta, jak naj­mniej moc­nej che­mii za­le­ca tak­że mój on­ko­log – genialny dok­tor Kryń­ski. Cho­dzi o to, by jak naj­mniej mal­tre­to­wać pa­cjen­ta.

Czy dzie­li Pa­ni swo­je ży­cie na to sprzed cho­ro­by i po­tem?

Ina­czej się, nie­ste­ty, nie da. Choć­by z po­wo­du ogra­ni­czeń, któ­rych przy­by­wa. Wcze­śniej wy­pi­ja­łam codziennie mo­rze ka­wy, wy­pa­la­łam mnó­stwo pa­pie­ro­sów i ni­gdy nie mia­łam ga­strycz­nych kło­po­tów. Ca­łe ży­cie też no­to­rycz­nie od­chu­dza­łam się, bez efek­tów ubocz­nych. Dziś wiem, że ta­kie wa­ha­nia wa­gi osła­bia­ją trzust­kę. Co nie zna­czy wca­le, że jak ktoś się od­chu­dza, cze­ka go rak. Te­raz je­stem na ści­słej die­cie, a o sma­ku ka­wy za­po­mnia­łam… Dzień, w któ­rym zda­łam so­bie spra­wę, że być mo­że przy­da­rzy­ło mi się najgorsze, pa­mię­tam do­kład­nie. Już ma­jąc za so­bą USG, świa­do­ma, iż coś ze mną nie tak, tra­fi­łam do profesora Gier­bliń­skie­go. Nim po­sta­wił dia­gno­zę, ba­dał mnie bar­dzo dłu­go. Pa­cjen­ci by­li za­pi­sa­ni co 15 minut, a ja sie­dzia­łam pra­wie go­dzi­nę. Do­my­śla­łam się, że mu­si być śle. Pro­fe­sor, nie pa­trząc na mnie w ogó­le, po­wie­dział tyl­ko: „Za­pra­szam, pa­ni Da­rio, do sie­bie, do szpi­ta­la. Zro­bi­my biop­sję trzust­ki. U mnie spę­dzi pa­ni tyl­ko trzy dni, a po­tem od ra­zu na on­ko­lo­gię”. Sie­dzia­łam obok nie­go i po­wta­rza­łam jak automat: „Tak. Ro­zu­miem. Oczy­wi­ście”. A po po­licz­kach spły­wa­ły mi łzy jak groch.

Lu­dzie, któ­rzy sta­nę­li oko w oko ze śmier­tel­ną cho­ro­bą, mó­wią o przewartościowaniu ca­łe­go do­tych­cza­so­we­go ży­cia.

Ja nie mo­gę te­go po­wie­dzieć. Nic się nie zmie­ni­ło w mo­jej hie­rar­chii war­to­ści. Cho­ro­ba nie spra­wi­ła, że odkrykłam coś, cze­go nie wie­dzia­ła­bym wcze­śniej. Zmie­ni­ły się pro­por­cje. Na­dal chcę du­żo pra­co­wać, ale gdy pa­da ha­sło „che­mia”, nie dzwo­nię do pa­na dok­to­ra, by ją prze­ło­żył o trzy dni, bo ja mam wła­śnie zdjęcia. Zdro­wie jest na pierw­szym miej­scu. Na pew­no wię­cej cza­su upły­wa mi na re­flek­sjach nad wła­snym ży­ciem. No i szko­da mi go na głu­pie spo­tka­nia, nie­istot­ne za­ję­cia. Ale jak się głę­biej za­sta­na­wiam, to dochodzę do wnio­sku, że nie od­by­wa­łam głu­pich spo­tkań. Je­śli coś już ro­bię, jest to dla mnie waż­ne.

Pa­ni naj­wy­raźniej po pro­stu do­brze ży­je. Nie­wie­le osób mo­że tak o sobie powiedzieć.

Chy­ba fak­tycz­nie. Nie mo­gę po­wie­dzieć: „Bo­że, ile cza­su zmar­no­wa­łam, a nie wia­do­mo, ile mi go zo­sta­ło”. To by­ła­by nie­praw­da, bo ni­cze­go nie ża­łu­ję. W mo­im po­strze­ga­niu świa­ta i lu­dzi nie do­ko­na­ła się ostat­nio żad­na re­wo­lu­cja.

Roz­ma­wia­my o cho­ro­bie, któ­ra jest za­gro­że­niem ży­cia. Ale nie mu­si być wy­ro­kiem śmier­ci. Co­raz wię­cej osób wy­cho­dzi zwy­cię­sko z wal­ki z ra­kiem.

To praw­da. Dą­ży się do te­go, by uczy­nić z nie­go prze­wle­kłą cho­ro­bę, jak na przy­kład cu­krzy­ca czy in­ne. Cała on­ko­lo­gia sku­pia się na tym, a każ­dy dzień przy­no­si ja­kieś no­we roz­wią­za­nia, no­we su­ge­stie.

Czy naj­po­pu­lar­niej­szej sio­strze od­dzia­ło­wej w kra­ju otrza­ska­nie ze szpitalem po­mo­gło od­na­leść się w ro­li pa­cjent­ki?

Oczy­wi­ście. Oka­za­ło się też, że je­stem pa­cjen­tem szcze­gól­nie uprzy­wi­le­jo­wa­nym. Ca­ły per­so­nel trak­to­wał mnie jak ko­le­żan­kę. Wszy­scy wie­dzą, że je­stem ak­tor­ką, ale gdy ze mną roz­ma­wia­ją, uży­wa­ją ty­lu fa­cho­wych okre­śleń, jak gdy­bym by­ła z ich bran­ży! Mu­szę im przy­-
po­mi­nać, że jed­nak nie je­stem pie­lę­gniar­ką. Ale na pla­nie li­znę­łam cał­kiem spo­ro z teo­rii me­dy­cy­ny i to mi się te­raz przy­da­je.

By­ło wie­le kon­cep­cji le­cze­nia Pa­ni, naj­waż­niej­szym miej­scem te­ra­pii oka­za­ła się jed­nak kli­ni­ka w Sal­zbur­gu.

W każ­dym ra­zie bar­dzo waż­nym, choć to te­ra­pia wspo­ma­ga­ją­ca. Mam bar­dzo rzad­ki ro­dzaj no­wo­two­ru. Poruszamy się trosz­kę po omac­ku. Praw­do­po­dob­nie omi­nie mnie ope­ra­cja, nie unik­nę­łam jed­nak che­mii. Przyj­mo­wa­łam bar­dzo sil­ną, tak zwa­ną do­tęt­ni­czą che­mię, po­da­wa­ną przez pa­chwi­nę. Tak, by le­kar­stwo docierało wy­łącz­nie do cho­rych or­ga­nów.

Skut­ki ubocz­ne che­mio­te­ra­pii by­wa­ją dla pa­cjen­tów nie do znie­sie­nia.

Róż­nie by­wa. Le­cze­nie po­le­ga tu na po­wol­nym za­tru­wa­niu ca­łe­go or­ga­ni­zmu, w ta­kiej daw­ce jed­nak, by potrafił się obro­nić. Po tej do­tęt­ni­czej che­mii czu­łam się fa­tal­nie. Ale ogól­nie nie jest aż tak śle. Bio­rę różne le­ki osło­no­we, pi­ję zio­ła, ści­sła die­ta przy­no­si efek­ty. Naj­bar­dziej po­ma­ga mi jed­nak im­mu­no­te­ra­pia, ja­ką dok­tor Klehr ser­wu­je mi w Sal­zbur­gu. Ta me­to­da le­cze­nia po­le­ga na po­da­wa­niu pa­cjen­to­wi szcze­pion­ki wy­ho­do­wa­nej w opar­ciu o ba­da­nia je­go krwi. To wciąż me­to­da eks­pe­ry­men­tal­na, ale po­sta­wi­ła na no­gi wielu lu­dzi, na któ­rych tak zwa­na tra­dy­cyj­na me­dy­cy­na mach­nę­ła rę­ką. Roz­ma­wia­łam z ni­mi. Są w do­brej for­mie, choć od mo­men­tu le­cze­nia mi­nę­ło już pięć, sześć lat. Cho­ro­ba zmie­nia per­spek­ty­wę pa­trze­nia na cza­s. Co to jest dla zdro­we­go czło­wie­ka pięć lat? W wy­pad­ku no­wo­two­ru to ca­łe wie­ki.

CZYTAJ TEŻ: Skończyła 97 lat, nie potrafiła być idealną matką. Jakie relacje łączą Wandę Traczyk-Stawską z dziećmi?

Daria Trafankowska, 20.01.2004 rok

Zawada/AKPA

Czy dok­tor Klehr miał już do czy­nie­nia z po­dob­nym przy­pad­kiem?

Tyl­ko raz. Za to z do­brym skut­kiem. Pa­cjent ży­je do dziś. To na­stra­ja opty­mi­stycz­nie.

Jak się Pa­ni czu­je po za­bie­gach?

Le­piej, choć za wcze­śnie, by mó­wić o po­pra­wie. Ba­da­nia wy­ka­za­ły co praw­da, że zmia­ny w wą­tro­bie cof­nę­ły się o ja­kieś 3, mo­że 4 pro­cent, ale o re­gre­sie moż­na mó­wić do­pie­ro w przy­pad­ku 25. Wciąż je­stem na początku tej dro­gi. Prze­szłam w Sal­zbur­gu pierw­szą se­rię te­ra­pii. Do­sta­łam do do­mu szcze­pion­ki, codziennie je przyj­mu­ję, i chwa­ła Bo­gu wciąż je­stem spraw­na i ak­tyw­na. Choć mie­wam bar­dzo złe dni. Wiem już, co to ból no­wo­two­ro­wy. Ta­ki, na któ­re­go nie ma moc­nych. Nie­ustę­pli­wy. Łykasz pro­chy garściami, czu­jesz się jak nar­ko­man, a nie prze­sta­je cię bo­leć. Naj­więk­szy strach od­czu­wam jed­nak wówczas, gdy nic mnie nie bo­li. Przez pierw­sze trzy mie­sią­ce od dia­gno­zy czu­łam się bar­dzo do­brze. Wciąż py­ta­łam mo­ją psy­cho­te­ra­peut­kę: „Kie­dy to mnie wal­nie? No kie­dy?” Ona od­po­wia­da­ła: „Nie wiem. Nikt tego pa­ni nie po­wie”. No i wal­nę­ło. Wte­dy się uspo­ko­iłam. Kie­dy bo­li, tak moc­no sku­piam się na wal­ce z bólem, że prze­sta­ję kom­bi­no­wać. Na szczę­ście wciąż mo­gę pra­co­wać. Gram w se­ria­lu, choć no­we od­cin­ki pi­sa­ne są z du­żą ostroż­no­ścią. Tak, by w ra­zie gdy się śle po­czu­ję, mo­gła mnie za­stą­pić in­na ak­tor­ka. Na­dal też na­gry­wam dla ra­dia, a na­wet pro­wa­dzę w te­le­wi­zji no­wy pro­gram – no­men omen o zdro­wiu „Na­sze rytmy zdro­wia”. Spo­ty­kam się w stu­diu z le­ka­rza­mi, cho­ry­mi, każ­dy pro­gram po­świę­co­ny jest in­ne­mu prblemowi. Lu­bię go i mam na­dzie­ję, że uda mi się na­dal nad nim pra­co­wać.

Kie­dyś od­wie­dza­ła Pa­ni wró­ży, ta­ro­ci­stów. My­śla­ła Pa­ni, by za­py­tać o efek­ty le­cze­nia?

Nie od­wa­ży­ła­bym się na to, zresz­tą nie wie­rzy­ła­bym wróż­bie. Ta­ro­ci­ści nie mó­wią praw­dy, gdy wi­dzą w kartach coś złe­go. Ale przed pię­ciu la­ty je­den za­przy­jaś­nio­ny prze­po­wie­dział mi wszyst­ko to, co wła­śnie mi się przy­da­rzy­ło. Mó­wił, że przyj­dzie pro­po­zy­cja dłu­go­fa­lo­wej pra­cy, któ­ra zmie­ni mo­je za­wo­do­we ży­cie. I tak się sta­ło. Za­po­wia­dał, że spo­tkam męż­czy­znę, któ­re­go pa­mię­tam z mło­do­ści i że ni­gdy bym nie pdejrzewała, iż bę­dzie­my ra­zem. I po­zna­łam mo­je­go Jaś­ka. Opo­wia­dał o du­żych pie­nią­dzach, któ­re ma­ją krą­żyć wo­kół mnie, i o wy­jeździe za gra­ni­cę. A co naj­waż­niej­sze, oświad­czył, że to się zda­rzy w 49. ro­ku mojego ży­cia, że bę­dę wów­czas oto­czo­na ta­ką tro­ską i mi­ło­ścią, jak ni­gdy wcze­śniej. Kie­dy mi­nę­ły 49. urodziny, moi przy­ja­cie­le py­ta­li: „No i gdzie te pie­nią­dze, ta mi­łość, za­gra­nicz­ne wo­ja­że?” Od­po­wia­da­łam: „Jesz­cze tro­chę, pew­nie w koń­cu ro­ku. I się speł­ni­ło, ty­le że w mniej ra­do­snych oko­licz­no­ściach. Mój ksią­żę po­ja­wił się nie­co wcze­śniej, a du­że pie­nią­dze lu­dzie ze­bra­li na le­cze­nie. Za­gra­nicz­ny wy­jazd to oczy­wi­ście Sal­zburg, gdzie pie­nią­dze tra­fia­ją. Je­stem oto­czo­na mi­ło­ścią i tro­ską. Wszyst­ko się zga­dza, tyl­ko tro­chę żal, że baj­ka nie ta…

W sta­nie wo­jen­nym gra­ła Pa­ni w słyn­nych spek­ta­klach te­atru domowego. Or­ga­ni­zo­wa­no je pod ha­słem: „Ży­jesz, pó­ki się nie bo­isz”. Czy wal­ka z cho­ro­bą nie jest prze­dłu­że­niem tam­tej, to­czo­nej w in­nych oko­licz­no­ściach?

To bar­dzo mą­dre, co pa­ni mó­wi. Tyl­ko wte­dy by­ło nas wie­lu, mie-liśmy ten sam cel i na­wza­jem się wspomagali. Te­raz strach jest tyl­ko mój i nie chcę nim ni­ko­go obar­czać. Ale co­raz wię­cej we mnie spo­ko­ju. Cho­ro­ba no­wo­two­ro­wa ma w so­bie coś bar­dzo uczci­we­go, przy ca­łym jej okru­cieƒ­stwie. Da­je czas na uporządkowanie swo­je­go ży­cia, ja­kie­go nie da wy­lew czy za­wał ser­ca.

Ma też je­den aspekt po­zy­tyw­ny – in­te­gru­je naj­bliż­szych cho­re­go.

To praw­da. Mój syn po­now­nie zbli­żył się do oj­ca. Za­wsze by­li w przy­jaźni, ale chy­ba bra­ko­wa­ło im dla sie­bie cza­su. Te­raz, gdy mój by­ły mąż tak­że się o mnie trosz­czy, two­rzą wspól­ny front. Wit spę­dza z nim spo­ro czasu, a ich oj­cow­sko­-sy­now­ski zwią­zek sce­men­to­wał się.

Skąd to nie­zwy­kłe imię Wit?

Z cza­sów stu­diów. Przy­jaś­ni­li­śmy się ze zna­ko­mi­tym ope­ra­to­rem Wi­tem Dą­ba­lem. To świet­ny, uta­len­to­wa­ny fa­cet. Więc ochrzci­li­śmy je­go imie­niem sy­na. Zdrab­nia­my Wi­ta na Wit­ka, ale on te­go nie lu­bi. Je­dy­nie mnie po­zwa­la.

Pa­ni też ma ory­gi­nal­ne imię.

Mo­ja ma­ma mó­wi­ła, że Da­ria zna­czy dar bo­ży… Mia­łam się nie uro­dzić, stra­szo­no ją, że bę­dę oka­le­czo­na. Le­ka­rze dłu­go wal­czy­li o ży­cie mo­je i mat­ki. Więc fak­tycz­nie mo­je na­ro­dzi­ny moż­na po­strze­gać w kategoriach da­ru bo­że­go.

Co ja­kiś czas w Pa­ni opo­wie­ści prze­wi­ja się ha­sło: „Mój Ja­siek”. Wówczas Pa­ni pro­mie­nie­je. Mi­łość jak grom z ja­sne­go nie­ba?

Wła­śnie tak! Spo­tka­łam męż­czy­znę, o ja­kim dzi­siaj moż­na już tyl­ko po­czy­tać w sta­rych, pięk­nych książ­kach. Opie­kuƒ­czy, od­po­wie­dzial­ny, czu­ły… Zna­my się od daw­na, ale spo­tka­li­śmy się bo­daj po 12 la­tach, na imprezie u mo­je­go wiel­kie­go przy­ja­cie­la. O iro­nio, on nie­daw­no zmarł na ra­ka płuc. Pa­mię­tam, że spjrzałam na Jaś­ka sto­ją­ce­go w drzwiach, któ­ry pa­trzył w mo­ją stro­nę i po­wie­dzia­łam: „Tyl­ko mi nie mówcie, że coś z te­go bę­dzie. Bła­gam! Nie chcę, nie po­trze­bu­ję”. A po­tem wy­star­czył ty­dzień, by­śmy się od­na­leź­li…

Ame­ry­kański chi­rurg Ber­nie Sie­gel w książ­ce „Mi­łość, me­dy­cy­na i cuda" udo­wad­nia, że mi­łość ma moc uzdra­wia­ją­cą, że po­tra­fi uru­cho­mić za­blo­ko­wa­ny bio­lo­gicz­ny me­cha­nizm ży­cia. Za­blo­ko­wa­ny przez nowotwór.

Jed­nym sło­wem mój Ja­siek mo­że oka­zać się rów­nie sku­tecz­nym le­kar­stwem, co szcze­pion­ka dr Kleh­ra? Na pew­no bę­dzie dum­ny, gdy mu o tym po­wiem.

Pla­nu­je Pa­ni tak po ci­chut­ku, co zro­bi naj­pierw, kie­dy wy­zdro­wie­je? Gdzie wy­je­dzie? Jak bę­dzie wspa­nia­le?

Nie, na ra­zie jesz­cze nie. Bo­ję się się­gać tak da­le­ko my­śla­mi. Nie mam od­wa­gi.

Roz­ma­wia­ła JU­STY­NA KO­BUS.

CZYTAJ TEŻ: Od kilku lat pobiera emeryturę, jednak nie zawiesił kariery. Tak dziś wygląda życie Ryszarda Rynkowskiego

Daria Trafankowska, 24.10.2000 rok

Michal Gmitruk / Forum

Authors

Reklama
Reklama
Reklama