Reklama

Był bezwzględny, groteskowy i śmieszny do bólu. Siara — bohater grany przez Janusza Rewińskiego — stał się symbolem Polski czasu transformacji: pełnej chaosu, aspiracji i absurdu. Cytaty z Kilera weszły do codziennego języka, a sam Rewiński stworzył postać, która do dziś żyje własnym życiem w memach, kabaretach i politycznych komentarzach. W książce „Siara. I nic nie jest jasne” Beata Biały pokazuje kulisy narodzin tej roli oraz to, dlaczego Siara okazał się nie tylko filmowym gangsterem, ale także ironicznym lustrem polskiej rzeczywistości.

"Siara. I nic nie jest jasne". Fragment biografii Janusza Rewińskiego

Był rok 1996. Wszystko zaczęło się niepozornie. Gdzieś na styku lat, na przełomie epok, kiedy Polska uczyła się chodzić w nowych butach, choć jeszcze miała odciski po starych. Juliusz Machulski szukał kogoś, kto będzie nie tylko aktorem, ale znakiem. Znakiem czasu, groteski i prawdy. Kogoś, kto nie zagra Siary, ale się nim stanie. Rewiński był jak cień przechodzący przez ekran lat dziewięćdziesiątych. Był już znany, rozpoznawalny, cytowany. Ale wciąż osobny. Miał w sobie coś z uśpionego lwa – niby śpi, ale wystarczy jeden dźwięk, jedno zdanie i nagle wszystko staje się prawdziwe. Machulski twierdził, że Rewiński to była intuicja. Patrzył na niego i widział Polskę. Taką, jakiej się baliśmy i jaką kochaliśmy jednocześnie. Złotą, obciachową, pełną czułości i tandety. Scenariusz Kilera był szyty na przekór – to miał być film sensacyjny, który się z siebie śmieje. Główny bohater to postać niechcący wciągnięta w mitologię. Ale żeby to działało, potrzebny był ktoś, kto pod twardym tekstem pokaże miękkie podbrzusze. „Gdy przeczytałem pierwszą wersję scenariusza Piotra Wereśniaka, od razu pomyślałem o Januszu, jednak uznałem, że to zbyt oczywiste, i zaproponowałem tę rolę innemu aktorowi. Wtedy moja żona Ewa, która robiła kostiumy do Kilera, powiedziała: »Czy ty zwariowałeś? Przecież to jest rola dla Janusza« – wspominał Juliusz Machulski. – Na szczęście ten inny aktor zrezygnował i to Rewiński zagrał Siarę. I wiedzieliśmy, że sequela już nie da się bez niego zrobić. Pracowaliśmy przy nim z radością, bo to taka wisienka na torcie: sukces już był, teraz możemy świętować. Był chyba bardzo zadowolony z tej roli. Śmiał się, że na jego syna koledzy w szkole wołają Siarka”.

Rewiński miał wątpliwości. „Nie jestem aktorem filmowym” – mówił, zapalając papierosa. Ale Siara, postać, która miała być przerysowana, w wykonaniu Rewińskiego stawała się czymś więcej – alegorią. „Panie Waldku, pan się nie boi...” – mówił, patrząc przez szybę, i wszyscy wiedzieli, że ten tekst nie jest o Waldku. Że to o nas. O Polsce, która stoi za szybą i udaje, że wszystko kontroluje. Machulski wspominał, że z Rewińskim nie trzeba było rozmawiać o psychologii postaci. On miał to w oczach. Grał spojrzeniem, zawahaniem, zacięciem papierosa. Siara był w nim jak kurz na płaszczu – nie do zmycia. Na planie był skupiony, cichy. Nie improwizował wiele. Każde słowo było jak szyta na miarę marynarka – trochę za ciasna, trochę za szeroka, ale dokładnie taka, jakiej potrzebował film. Gdy kończyła się scena, nie wychodził z roli. Po prostu milkł. Siara nigdy nie był grany – on był rejestrowany. Kamera tylko uchwyciła to, co i tak w nim istniało. „Siara to był typ z rynsztoku z aspiracjami do salonu – mówił Rewiński z przekąsem. – Ale przecież Polska cała wtedy taka była”. „Był doskonały, jeśli chodzi o podawanie tekstu, timing mówienia, robienia pauz; to jest coś, czego się nie można nauczyć, albo aktor to ma albo nie – mówił Juliusz Machulski. – Był też niezwykle zdyscyplinowany i zawsze gotowy do pracy, a ja mogłem mu zaufać, bo wiedziałem, że wszystko, co zrobi, cokolwiek powie, będzie, po pierwsze, zabawne, a po drugie prawdziwe, co jest rzadkością. To się zapewne przekładało także na jego życie poza filmem: myślę, że ludzie głosowali na Polską Partię Przyjaciół Piwa – która przecież nie miała specjalnych kompetencji politycznych – właśnie dlatego, że on był jej twarzą”.

Juliusz Machulski tworząc Kilera w 1997 roku, mówił, że to nie miał być film sensacyjny. To miała być bajka dla dorosłych. O tym, jak bardzo pragniemy zmiany, a jak bardzo się jej boimy. Bajka. Groteska. A jednak, jak każda dobra bajka, prawdziwsza od dokumentu. Grany przez Janusza Rewińskiego Siara był gangsterem, ale był też ministrem, urzędnikiem, biznesmenem. Miał twarz nowobogackiej klasy średniej, styl chłopa pańszczyźnianego, gest esbeka i słownictwo satyryka. Był uosobieniem chaosu transformacji, tej, w której wszystko było możliwe, ale nic nie było pewne. W Kilerze jest scena, która przeszła do historii polskiego kina, a jej pointa stała się cytatem powtarzanym przez lata. Siara wyszukuje w swojej komórce numer agencji towarzyskiej, mówiąc: „Memory, find...”, i czeka na połączenie. Gdy telefon zostaje odebrany, mówi: „Siara!”, po czym rzuca komentarz: „I wszystko jasne...”. W jego mniemaniu to naturalny krok w planie ugoszczenia „legendy” – Jurka Kilera. Jeszcze wtedy nikt nie przeczuwa, że Kiler jest zwykłym taksówkarzem wplątanym w grę, a nie zimnokrwistym płatnym zabójcą, którego boją się nawet najtwardsi gracze półświatka. Scena łączy absurd, brawurę i specyficzne poczucie humoru Rewińskiego – mieszankę, która sprawiła, że cytat żyje w języku potocznym do dziś.

Inna z najbardziej pamiętnych scen Kilera rozgrywa się, gdy Siara i Jurek Kiler siedzą w domu Siary i nagle na progu pojawia się jego żona Rysia. Siara przedstawia ją słowami: „To jest moja żona lafirynda, a to jest mój najlepszy przyjaciel, ale nie martw się, przyjacielu, ona już se idzie”. Gabrysia – jak woli mówić o sobie pani Siarzewska – nie zamierza jednak odpuścić i kokietuje gościa, pytając, czy może zrobić mu kanapki albo usmażyć jajka. To wywołuje legendarną ripostę Siary: „Cycki se usmaż! Ty wiesz, kto to jest? Ty wiesz, kto to jest?! To jest Kiler! On se może jeść Chateau, może se jeść ostrygę, może se jeść, co chce, a nie twoje rozpaćkane kanapki!”. W tej krótkiej wymianie zdań zawiera się cały absurd sytuacji – gangster z przesadną czcią traktuje człowieka, którego bierze za płatnego mordercę, a w tle jego żona, wyraźnie bardziej zainteresowana przystojnym „gościem” niż małżeńską lojalnością. To właśnie zderzenie brawury, groteski i obyczajowego przerysowania uczyniło ten dialog kultowym.

Tygrysy Europyserial obyczajowy, Polska 1999, Janusz Rewiñski
Tygrysy Europy serial obyczajowy, Polska 1999, Janusz Rewiñski fot. Mikulski/AKPA

Mateusz Katner w „Pleografie” pisze: „(...) gangster Siara – parweniusz i sybaryta, którego nieokrzesanie bawi. Siarzewski używa srebrnej zastawy do jedzenia białej kiełbasy, koniak pije z butelki, a w jego wypowiedziach jest pełno błędów gramatycznych i leksykalnych”68. Siara mówi językiem lęku i śmiechu. Jego frazy, niby banalne, są jak pęknięcia w murze: pokazują, gdzie kończy się fasada. Kiedy mówi: „Wąski, jak ty mnie zaimponowałeś w tej chwili!”, to jest nie tylko śmieszne. To echo tysiąca rozmów w biurach, na stacjach benzynowych, w urzędach gmin. Komplement będący groźbą. Śmiech, który rani. W postaci Siary zaklęte są resztki PRL-u przetarte przez zachwyt nowoczesnością i podszyte nieufnością. Dlatego tak mocno działał na widzów – bo nie był wymyślony. Był złożony z elementów znajomych: wąsów wujka, kurtki sąsiada, powiedzonek szefa z lat dziewięćdziesiątych. Rewiński sam mówił o tej roli: „Nie musiałem grać. Wystarczyło pamiętać. Ja znałem takich ludzi. Czasem sam byłem jednym z nich”.

– Janusz w kinie bawił się świetnie – opowiada Izabella Olejnik. – Mógł pokazać swoje poczucie humoru, zmysł do żartu, lekkość, którą miał w kabarecie. Przychodziło mu to lewą ręką. Z buca kabaretowego uczynił postać z władzą i pieniędzmi, ale to było coś więcej, coś pełniejszego. A kiedy przyszła propozycja roli Siary, idealna, na miarę jego możliwości, wcale mnie nie dziwiło, że uderzył w to z całą mocą. To była rola życia. Ta, która zostanie w pamięci.

Transformacja była snem. I była też koszmarem. I może właśnie dlatego potrzebowała bohatera, który mówił jak z bajki, ale działał jak z ulicy. Siara był tym snem – śmiesznym, gorzkim, powtarzanym do znudzenia jak frazy z filmu, które zna się na pamięć. Ale za każdym razem brzmią inaczej. Bo Polska, jak Siara, też próbowała robić dobre wrażenie. Też mówiła: „Buenos Aires!” zamiast przyznać, że nie wie, co dalej. I może właśnie dlatego do dziś go pamiętamy. Nie jak gangstera. Jak lustro. Jak śmiech, który został po przemianie.

Kiedy film wszedł do kin, Polska zareagowała jak na spotkanie ze sobą – z zaskoczeniem. Są cytaty, które zostają na chwilę. I są takie, które wgryzają się w język jak guma do żucia w podeszwę buta – trudno je usunąć, trudno zapomnieć. Cytaty z Siary, bohatera filmów Kiler i Kiler-ów 2-óch, należą do tej drugiej kategorii. Nie były tylko śmieszne. Były – i wciąż są – opowieścią o polskiej mentalności końca XX wieku. „Panie Waldku, pan się nie boi, cała Polska z panem stoi”. To jedno zdanie, wypowiedziane przez Janusza Rewińskiego z ironiczną czułością, stało się więcej niż bon motem. Było parodią hasła Lecha Wałęsy z 1990 roku. Ale też symbolem czasów, gdy język polityki mieszał się z kabaretem, a powaga z groteską. Powtarzano je wszędzie: w domach, w szkołach, na podwórkach. Stawało się mantrą na trudne czasy, a czasem przekleństwem. „A pamiętasz, Rychu, jak żeś powiedział, że jak będziesz w sejmie, to mnie nie poznasz?”. Ten cytat to gotowa analiza polityki transformacyjnej. W jednym zdaniu cała historia układów, zdrad, wspólnych interesów i zapomnianych przyjaźni.

(...)

Rewiński nigdy więcej nie wrócił do podobnej roli. Nie musiał. Siara był jego maską, którą raz założył i nie zdjął. Nie dlatego, że nie chciał. Ale dlatego, że ona wrosła. W język. W kulturę. W pamięć. To była rola życia. Bo czasem życie samo pisze role, które trzeba tylko wypowiedzieć szeptem. Albo śmiechem, który aż boli. Ale choć wielu uważa, że szczyt popularności Siary przypadał na końcówkę lat dziewięćdziesiątych, to nie do końca prawda. Jego słowa nie tyle się zestarzały, ile przystosowały – przeszły do kulturowego podziemia, a potem znów wypłynęły. W 2022 roku viralem stało się nagranie z TikToka, na którym dziewczyna przerywa kłótnię rodziców zdaniem: „Wąski, jak ty mnie zaimponowałeś w tej chwili!”. Śmiech był natychmiastowy. Komentarze? Setki. Wszyscy wiedzieli, co to znaczy. Skąd pochodzi. Co niesie.

(...)

„Zawsze powtarzał, że u mnie na planie czuje się zaopiekowany. Traktowałem to jako największy komplement” – wspominał Machulski. Bo Janusz Rewiński nie należał do aktorów, którym wystarczyło wyznaczenie miejsca i podanie tekstu. On potrzebował relacji, partnerstwa, swoistego kontraktu zaufania. A Machulski potrafił go dać – z luzem, ale i z dyscypliną, która nie upokarza, tylko buduje przestrzeń do swobody. Spotkali się ponownie przy filmie Superprodukcja, w którym Rewiński wcielił się w producenta filmowego – grubą rybę z grubym portfelem, chodzącą niezbyt prostymi ścieżkami. Był w tej roli sugestywny, przedziwnie aktualny, jakby przeczuwający, że Polska już za chwilę obudzi się w cieniu afery Rywina.

Według Juliusza Machulskiego Rewiński w tej roli był profetyczny. Grał jakby z przymrużeniem oka, ale z czymś cięższym pod skórą. Z poczuciem, że świat filmu to nie tylko światła i ujęcia, ale też wpływy, układy, podszepty. Potem mieli jeszcze parę projektów, może mniej komediowych, bardziej refleksyjnych, ale z różnych względów nie doszły do skutku. Dla Machulskiego Rewiński pozostał kimś, kto nie tylko grał postaci, ale też je od wewnątrz prześwietlał z inteligencją, ironią i czymś, co można nazwać intuicją obywatelską.

Był geniuszem pointy. Mistrzem momentu, który wbijał się w pamięć jak haczyk z przynętą. Cezary Pazura, dzielący z Januszem Rewińskim ekran w filmach Kiler i Kiler-ów 2-óch, mówi o nim z podziwem, śmiechem, ale i z wyczuwalną czułością. W opowieści o Rewie miesza się absurd komedii, pot i zmęczenie planu, refleksja o zawodzie aktora i hołd dla talentu, którego nie da się podrobić. „On był mistrzem krótkiego strzału – wspomina Pazura. – Jak się odezwał, to już nie trzeba było nic więcej mówić. On miał rytm i miał słuch. I ten śmiech, który się po nim niósł, to była najczystsza forma reakcji, bez wymuszenia”.

Pamiętna scena w jacuzzi – ta, w której siedzą z Rewińskim, a w wodzie pływają kawałki sushi, kieliszki, absurdy. „To było piekielnie trudne – mówi Pazura. – Jacuzzi tak szumiało, że musieliśmy mówić głośniej, niż się wydaje. Nie mogliśmy użyć mikroportów ani postsynchronów, bo chcieliśmy, żeby scena była prawdziwa. Intymna, ale słyszalna. Mówiliśmy tak, żeby mikrofon nad nami to chwycił. I Janusz był w tym mistrzem. Wiedział, gdzie spojrzeć, gdzie puścić głos, jak się zawiesić”.

Ale Rewiński nie był tylko aktorem, był też dramaturgiem planu, współtwórcą żartów, redaktorem dialogów. „W drugim Kilerze bardzo dużo tekstów wymyślał. Spotykaliśmy się z Julkiem, z Rysiem Zatorskim, ze scenarzystą – i Rewa. Czytaliśmy. On mówił: »To jest genialny scenariusz, to jest zajebisty film«. A ja jeszcze nie rozumiałem, bo nie umiałem wtedy czytać scenariuszy jak trzeba. A on już wiedział, co w nim drzemie”. Był też bezbłędnym wyczuwaczem tempa. Wiedział, kiedy żart działa, a kiedy... działa aż za bardzo. „Druga część Kilera była śmieszniejsza. Ale w kinie ludzie nie słyszeli żartów, bo się jeszcze śmiali z poprzedniego. Żart był za blisko żartu. Trzeba to było oglądać w domu, samemu. Bo dla tłumu to już było za dużo – jak kabaret. Ale myśmy się tym bawili. Bo przecież jak masz Rewińskiego, Stuhra, mnie – to ciągnie, żeby podkręcać śrubę”.

Czasem ta śruba przekręcała się w zwyczajne życie. Czasem bolało. Czasem pachniało sushi, a czasem papierowym kubkiem. Pazura wspomina jeden z bardziej niezręcznych momentów, gdy po sukcesie pierwszej części zażyczył sobie własnej przyczepy na planie. Luksusu, który wówczas był w Polsce fanaberią. „Ja dostałem przyczepę, bo tylko ja poprosiłem – opowiada Pazura. – A potem wracam z obiadem, a tam Rewiński i profesor Stuhr – na taborecikach, z kubeczków, gdzieś przy ścianie. I mówię: »Panowie, chodźcie do mnie, mam miejsce«. A oni: »Nie, nie, Czarku. To twoja przyczepa. Siedź se sam«. Nie wiedziałem, czy żartują, czy są źli. Ale to byli moi mistrzowie. I to była dla mnie lekcja pokory. Bo przeczołgali mnie chłopaki”.

Były też momenty spontaniczne – te, które przeszły do historii. „Pamiętacie, jak ona mówi: »Usmażę panu jajka«, a on: »Cycki se usmaż«? To był mój żart. Powiedziałem Rewie, że to śmieszne, ale żeby on to powiedział. I on mówi: »Biorę«. No to mówimy: »Dobra, zróbmy, najwyżej się wytnie«. Tyle że dziś nikt by już tego nie wyciął”. Rewiński miał dar – umiał nie tylko rozśmieszać, ale też widzieć strukturę komedii. Wiedział, gdzie puścić żart, jak opóźnić puentę, kiedy ją wystrzelić. Rozumiał, że śmiech nie rodzi się w tekstach, ale w oddechu, w tym, co między słowami. I w tym był naprawdę wielki.

Książka „Siara. I nic nie jest jasne” Beaty Biały miała premierę 28 stycznia 2026 r.

Siara_box-transparent
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...