Małgorzata Kalicińska w najtrudniejszym momencie uciekała w pisanie. Tylko w VIVIE! wyznaje: „Wywalam swoją żałobę”
Pisanie od lat jest jej sposobem na opowiadanie o życiu. Dziś stało się także sposobem na oswojenie największej straty. Małgorzata Kalicińska w rozmowie z VIVĄ! zdradza, dlaczego właśnie słowa pomagają jej przetrwać najtrudniejszy czas.

Kiedy życie rozsypało się na kawałki, zrobiła to, co od lat wychodzi jej najlepiej – zaczęła pisać. Nie po to, by zapomnieć, ale by oswoić ból, nazwać emocje, a potem przetrwać kolejne dni po odejściu ukochanego męża. Małgorzata Kalicińska w poruszającym wywiadzie VIVY! opowiada Katarzynie Piątkowskiej o żałobie, życiu na odludziu i sile, jaką odnalazła w słowach. A także zdradza, dlaczego pisanie stało się dla niej najczulszą formą terapii i jak dzięki niemu uczy się żyć w świecie, którego już na zawsze brakuje jednej, najważniejszej osoby.
Małgorzata Kalicińska w VIVIE! - pisanie jest dla niej ratunkiem: "Łatwiej mi dzięki temu funkcjonować"
–Lubi Pani życie na odludziu?
Lubię, bo teraz jestem „odlud”, choć przez większość życia byłam wesoła i towarzyska. Dusza towarzystwa po prostu. Ale tak mi się porobiło, że nie potrzebuję towarzystwa ludzkiego.
– To ma związek ze śmiercią Pani męża?
To się stało dużo wcześniej. Miałam może trzydzieści parę lat, dzieci zaczęły dorastać. Wcześniej na Saskiej Kępie w naszym domu toczyło się życie towarzyskie, a ja byłam matką karmiącą wszystkich, którzy nas odwiedzali. Znajomi zawsze coś do pyska dostali, bo nie umiałam inaczej. Pani też bez zupy fińskiej dzisiaj ode mnie nie wyjdzie. Aż nadszedł taki moment, kiedy zapragnęłam wyjechać z miasta. Najpierw do Łomianek, a potem na Mazury. Tam było ciszej, spokojniej. Mąż i dzieci zostali w Warszawie. Dużo czasu spędzałam sama i nie ukrywam, że bardzo ten stan polubiłam. [...]
– Czego Pani najbardziej brakuje?
Wszystkiego. Poprzedniego życia. Każdego rytuału, który mieliśmy. Włodka nie ma, nie ma i rytuałów.
– Myśli Pani o przyszłości?
Dużo o teraźniejszości. O przyszłości o tyle, żebym miała siłę ciągnąć to wszystko, ten dom, tę wielką działkę. Ten rok pokazał mi, że radzę sobie, ale czy tak będzie zawsze? [...]
– Ma Pani przestrzeń na pisanie?
Piszę teraz nie-treny. Na przykład taki z października „Zostawiłeś okulary”:
„Serio to napisałaś?/ Serio, bo tu leżą/ Ale mi już nie są potrzebne/ Wiem, ale zostawiłeś/ Złotko, to brzmi jak wyrzut/ Nie. A może trochę…/ bo one są, a Ciebie nie ma”.
Nazwałam to moje pisanie „epiematy”, bo łączą epikę i poemat. Może kiedyś je wydam. Na razie swoją żałobę w nich wywalam. Łatwiej mi dzięki temu funkcjonować.

– Pisanie jest dla Pani ucieczką? Terapią? Właśnie wydała Pani książkę zatytułowaną „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach”.
Nie chciałam, żeby to był rozdzierający dramat oparty na historii mojego życia. Pisałam ją w ostatnim roku życia mojego męża. Włodek wtedy dużo spał, a ja… byłam zalana kortyzolem i przyjaciel lekarz kazał mi coś ze sobą zrobić. Pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli zajmę się tym, co lubię.
– Rozumiem, że postanowiła Pani właśnie pisać.
Tak, bo już coś tam wcześniej w głowie mi się rodziło. Otworzyłam nowy dokument i zaczęłam klikać.
– Ale trochę własnych historii Pani przemyciła.
Na pewno. Mam problem z mówieniem o tej książce, bo gdyby pani w szkole zapytała: „Co autor chciał przez to powiedzieć?”, to niczego mądrego bym nie wymyśliła. Chciałam po prostu opowiedzieć fajną, miłą historię o miłości.
Zawsze tak miałam, że jak wchodziłam w tekst, to mnie nie było. Było tak, że Włodeczek tu sobie spał, ja przed komputerem plotłam te swoje trzy po trzy. Już po jego śmierci, pewnego razu, tu, gdzie pani teraz siedzi, siedział mój były mąż Maciej i mówi: „O czym jest ta nowa książka?”. Wyjaśniam, że wspomnienie wdowy o dwóch swoich wielkich miłościach. „O mnie i o Włodku?”, pyta on. „Ani Włodka tam nie ma, ani ciebie nie ma”, odpowiadam. „A, to nie warto czytać”, skwitował.
– Niesamowite, że po rozwodzie żyjecie Państwo w przyjaźni.
Takie relacje się zdarzają, tylko jakoś się o tym nie mówi. Najmodniej jest mówić o wojnie między osobami, które się rozstają. Kiedyś przeczytałam, że jedna pani o swoim eks napisała, że to dla niej już obcy człowiek. Serio? Smyrał cię po pleckach, zna twoje wnętrze. Wie o tobie prawie wszystko. To jest obcy człowiek? Można napisać, że się ukrzywdziliście, że go nienawidzisz, nie cierpisz i jest ohydny. Ale obcy?! Między moim pierwszym mężem a mną żadnej wojny nie było. Rozstaliśmy się, bo materiał zetlał i wszystko się rozlazło w szwach. Oczywiście nie rozwiedliśmy się z miłości. Coś się zadziało, że się rozstaliśmy, ale nikomu nigdy o tym nie powiem, nawet własnym dzieciom. To jest tajemnica zawiązana na kokardę i odstawiona na antresolę. Nie mamy powodu, żeby się nienawidzić. Już o tym mówiłam, ale powiem jeszcze raz. My z Włodkiem po powrocie z Korei, gdzie Włodek pracował, zamieszkaliśmy u Maćka. Oczywiście tylko na czas budowy naszego domu. Ale ani nie mieliśmy oddzielnych wejść, ani oddzielnych lodówek. Jak gotowałam obiad, to dla całej trójki, a wieczorami oni razem oglądali mecze, dyskutowali o sprawach technicznych i o fotografii. [...]
– Dopuszcza Pani do siebie taką myśl, że u Pani boku może jeszcze pojawić się jakaś miłość i życie osobiste znów będzie Pani miała poukładane?
Kilka miesięcy po śmierci Włodka, gdy byłam na spotkaniu poświęconemu starości, podeszła do mnie piękna para. Pani powiedziała mi wtedy: „Bardzo panią proszę, niech pani zrobi w życiu miejsce na przyjaciela. Nie na przyjaciółki, nie na koleżanki, bo to inna relacja. My oboje straciliśmy bliskich, ale dzięki temu, że siebie znaleźliśmy, jesteśmy po prostu zajęci różnymi czynnościami. Wie pani, tu nie chodzi o żadne romanse. Po prostu chodzi o to, żeby życie nie polegało na siedzeniu w fotelu i płakaniu za mężem. Nikt mi go nie zwróci, a jemu nikt nie zwróci żony, ale życie idzie dalej. Proszę o tym pomyśleć”. Ja jeszcze nie czuję w sobie miejsca na taką znajomość. Widzi pani, tam jest portret Włodka, przed nim stoi lampka, którą sobie wieczorami zapalam. Ołtarzyk zrobiłam, jak idiotka jakaś, bo kiedyś uważałam takie rzeczy za kompletne kretyństwo. Ale mam taką potrzebę, żeby przy tym zdjęciu i kwiatek stał, i jego ukochane kaczuszki. W każdym pokoju mam jakiś jego portret. Potrzebuję, żeby na mnie patrzył, ponieważ dzięki temu czuję z nim więź. Po prostu potrzebuję jego twarzy. Ale zobaczymy, co będzie się działo, choć nie podejrzewam, że jeszcze kiedyś, gdzieś na świecie znajdę równie fajnego chłopaka jak Włodek. Tylko że stare porzekadło mówi: „Nigdy nie mów nigdy”…
Cały wywiad w nowej VIVIE!. Magazyn dostępny w punktach sprzedaży w całej Polsce od 2 lipca.
Małgorzata Kalicińska, VIVA! 13/2026

