Kolacja, policyjna zasadzka i GROM. Fragment książki o dzikich latach 90.
Miłość, emigracyjne marzenia i Polska w czasie transformacji — Anna Garwolińska wraca do lat 90., kiedy wszystko wydawało się możliwe, a codzienność potrafiła być jednocześnie luksusowa, absurdalna i brutalnie prawdziwa. W swoim literackim debiucie „Ugryzł mnie skorpion i padł” z humorem i czułością opowiada o świecie wielkich zmian, zderzeń kultur oraz relacji, które zostają w pamięci na długo

- Redakcja VIVA!
„Ugryzł mnie skorpion i padł” Anny Garwolińskiej (Wydawnictwo Purple Book) to opowieść o Polsce czasu transformacji — kraju gwałtownych przemian, nowych elit, wielkich ambicji i rzeczywistości, która często bardziej przypominała film niż codzienne życie. Autorka z ironią, dystansem i świetnym wyczuciem epoki portretuje świat polityki, biznesu i międzyludzkich relacji w latach 90., pokazując kulisy czasu, w którym wszystko wydawało się możliwe, a granice między absurdem a powagą niemal nie istniały.
Fragment książki „Ugryzł mnie skorpion i padł” Anny Garwolińskiej (Wydawnictwo Purple Book)
Firma Burson-Marsteller, która prowadziła nasze doradztwo komunikacyjne, przygotowała coś na kształt ściągawek dla posłów: krótkie instrukcje, jak głosować nad tysiącem poprawek. Bez tych zestawień, prostych i czytelnych, cały proces mógłby się po prostu posypać wśród ogólnego zamętu. Teraz to norma, wtedy to był pierwszy raz, kiedy takie wspomaganie przygotowywano. Biura tętniły życiem od świtu do nocy. I od nocy do świtu. Kartki, poprawki, negocjacje, nagłe spotkania w korytarzach, niekończące się telefony. Adrenalina stanowiła wtedy połowę mojej krwi i trzeba przyznać, to naprawdę potrafi uzależnić. Poczucie, że każda decyzja, każdy telefon, każda dobrze (albo źle) postawiona kropka mogą zmienić bieg spraw, dawało napęd, jakiego nie da się porównać z żadną spokojną codziennością. Czułam się jak zawodowy gracz na wysokiej stawce – i choć czasem brakowało tchu, nie chciałam zejść z tej areny ani na chwilę. Przez cały ten czas praktycznie nie miałam ani chwili dla Alberta. Dlatego kiedy w przeddzień kluczowego głosowania w sejmie znalazło się małe okienko, postanowiliśmy złapać tę szansę. Wpadliśmy na kolację do nowo otwartej hiszpańskiej knajpki, Walencja, o której w Warszawie już zaczęło być głośno.
Pamiętam tamten wieczór jak przez mgłę: zmęczona, ale szczęśliwa, chłonęłam aromaty tapenad, czosnku i świeżych owoców morza, pozwalając sobie przez kilka godzin zapomnieć o tabelkach, poprawkach i politycznych rozgrywkach. No i oczywiście hiszpańskie wino. Ciężkie, wytrawne, pachnące dojrzałym słońcem i czymś pierwotnym. Albert nigdy nie potrafił się mu oprzeć. Wypiliśmy może niecałą butelkę, dzieląc ją ostrożnie, żeby zachować przyzwoitość – i przed północą zdecydowaliśmy się wracać do hotelu. Niestety, policja postanowiła te plany pokrzyżować. Sto metrów od knajpki, tuż za rogiem, w cieniu czającej się nyski trwała regularna zasadzka. Gdy tylko ruszyliśmy Audi Alberta, po niespełna dwustu metrach zatrzymali nas do kontroli. Światła, gesty, bez dyskusji – badanie alkomatem. Ale alkomat, jak się szybko okazało, nie miał jednorazowych końcówek. Albert, gdy to zobaczył, odmówił poddania się badaniu – z jego punktu widzenia było to nie tylko niehigieniczne, ale po prostu nielegalne. Policjanci, nie bardzo wiedząc, jak sobie poradzić z oporem cudzoziemca, dość szybko przeszli do rzeczy: bezczelnie i bez owijania w bawełnę zażądali łapówki. Siedziałam w aucie, serce waliło mi jak młot. Nie miałam przy sobie żadnych większych pieniędzy, a przyznać się Albertowi, o co właściwie chodzi, wstydziłam się jeszcze bardziej. Po chwili przypomniałam sobie, że mam w torebce legitymację MPW i tzw. R-kę, czyli dokument, który teoretycznie miał chronić osobę nim się posługującą przed podobnymi sytuacjami.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Niestety, spirala emocji i gróźb ruszyła i nie dało się jej zatrzymać. Policjanci byli coraz bardziej agresywni, a my – coraz bardziej bezradni. Koniec końców lądujemy na komisariacie. Tam dopiero dotarło do mnie, jak poważna stała się sytuacja. Albert, nieugięty, zażądał kontaktu z ambasadą. Policja odpowiedziała chłodno, że mogą nas zatrzymać na 48 godzin bez podania powodu. Patrzyłam na tę scenę, próbując zachować zimną krew, ale w głowie miałam jedno: To nie jest film. To się dzieje naprawdę. I to naprawdę nie wygląda dobrze, zwłaszcza że następnego dnia o dziewiątej miało odbyć się kluczowe głosowanie w sejmie nad Ustawą o PPP. A wszystkie ściągawki dla posłów, przygotowane z taką pieczołowitością przez Burson-Marsteller, były zamknięte w moim sejfie w ministerstwie. Klucz do sejfu? Oczywiście w mojej torebce, którą miałam przy sobie w komisariacie. Jeśli nie dotrę na czas, wszystko, nad czym pracowaliśmy tygodniami, może rozsypać się jak domek z kart. Włączyłam się ostro w dyskusję, próbując przekonać szefa jednostki, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest po prostu absurdalna. Tłumaczyłam, że Albert to poważny inwestor, że jego zatrzymanie nie ma żadnego sensu ani dla nich, ani dla nikogo. W odpowiedzi usłyszałam tylko prymitywny rechot. Tak, dokładnie ten rodzaj śmiechu, który nie wymaga żadnego słowa, bo sam w sobie jest odpowiedzią: „kogo to obchodzi?”.
Mimo wszystko, z uporem i determinacją, udało mi się wyprosić możliwość wykonania jednego telefonu. Z głębi mózgu, jak z czarnej skrzynki, wyłowiłam numer do wiceministra służb specjalnych – Krzysztofa. Dzwonię. Na szczęście odbiera niemal natychmiast. Opisuję szybko sytuację – mówię o Albercie, o głosowaniu o dziewiątej rano, o kluczu w torebce i o katastrofie, która wisi na włosku. Krzysztof słucha spokojnie, po czym prosi, żebym podała słuchawkę komendantowi. Ten przez chwilę się waha i patrzy na swoich podwładnych, którzy – czując, że coś się zmienia – również wstrzymują oddech. W końcu bierze słuchawkę do ręki. Słyszę, jak mówi: – Ta, ty jesteś minister? Jasne, a ja Matka Boska! Hahah! – Po czym rzuca słuchawką. Na sekundę zapadła cisza. I wtedy pomyślałam: „To koniec”. Przyciągałam wszystko w czasie, niby próbując coś jeszcze ugrać, ale sama już wiedziałam że wiele nie osiagnę. Nadal próbowałam dotrzeć policjantom do rozumu. Mówiłam, tłumaczyłam, apelowałam do rozsądku, ale mój głos brzmiał coraz mniej przekonująco, nawet dla mnie samej. Nie miałam jeszcze wtedy dostatecznych umiejętności, by skutecznie negocjować w takiej sytuacji. Do tego wino z hiszpańskiej kolacji i przytłaczające poczucie winy, że to przeze mnie może dojść do katastrofy następnego dnia w sejmie, paraliżowały mnie bardziej, niż byłam w stanie przyznać. Czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg. I wtedy – nagle – rozległ się huk. Błysk światła, trzask i drzwi komisariatu dosłownie wyleciały z futryną. Do środka wpadli komandosi – szybcy, precyzyjni, jak burza rozcinająca ciszę.
A za nimi, spokojnym krokiem, w długim skórzanym płaszczu, wszedł Krzysztof. Podszedł do komendanta, spojrzał mu prosto w oczy i powiedział bez emocji: – A teraz możesz już wierzyć, że jesteś Matką Boską. To nie była Ameryka Środkowa. To były lata dziewięćdziesiąte w środku Europy. A ci komandosi to dopiero co sformowany GROM, elita nowej Polski, która właśnie pokazała, że w tej grze obowiązują już inne reguły.

