Hanna Żudziewicz i Jacek Jeschke o kryzysach, rozstaniach i miłości. „Ten balonik emocji w końcu pękł”
Dziś Hanna Żudziewicz jest już nie tylko ikoną „Tańca z gwiazdami”, ale także jego nową rekordzistką. Po trzeciej Kryształowej Kuli — zdobytej u boku Gamou Falla — wracamy do wyjątkowego wywiadu, którego wraz z Jackiem Jeschke udzielili Vivie! w numerze 12/2024. To szczera opowieść o miłości, która narodziła się z rywalizacji i przetrwała największe życiowe próby.

W rozmowie z Vivą! Hanna Żudziewicz i Jacek Jeschke po raz pierwszy tak szczerze opowiedzieli o kulisach swojej relacji — od trudnych początków i emocjonalnych rozstań po moment, w którym zrozumieli, że są dla siebie stworzeni. Wspominali lata podporządkowane tańcowi, presję sukcesu, samotność i dojrzewanie do miłości, która zrodziła się z przyjaźni i wzajemnego zrozumienia. Dziś, gdy Hanna świętuje kolejny triumf w „Tańcu z gwiazdami”, jeszcze mocniej wybrzmiewają ich słowa o tym, że największym zwycięstwem nie są medale ani Kryształowe Kule, lecz rodzina i życie, które wspólnie zbudowali.
Hanna Żudziewicz i Jacek Jeschke: wywiad dla magazynu VIVA!
Najpierw połączył ich taniec, a potem… podzielił. Mimo rozłąki i innych przeciwności losu Hanna Żudziewicz i Jacek Jeschke przekonali się, że są sobie przeznaczeni. Jak rodziła się ich miłość, co czuli, gdy zostali rodzicami i gdy we Włoszech składali ślubną przysięgę, w intymnej rozmowie opowiedzieli Oldze Figaszewskiej.
Wytańczyliście sobie miłość. A wszystko zaczęło się…
Hanna: …od rywalizacji.
Jacek: Na początku nie było kolorowo. Tańczyliśmy zawodowo z innymi partnerami. Przy okazji wciąż siebie obserwowaliśmy.
Hanna: Byliśmy skupieni na pasji i tylko to się liczyło. Chcieliśmy zbudować swoją pozycję. Taniec był dla nas całym światem, żyliśmy nim od dziecka. Po szkole od razu pędziliśmy na wielogodzinne treningi.
Jacek: To wypełniało nam cały wolny czas. W pewnym momencie los popchnął nas ku sobie. Szukałem pary, bo przestałem tańczyć z partnerką, z którą miałem bardzo dobre wyniki. Hania też odnosiła spore sukcesy, ale z kimś innym. Nasi trenerzy i rodzice robili pewne podchody, żebyśmy połączyli siły.
Hanna: Dla mnie była to wielka rewolucja. Miałam 18 lat, zakończyłam współpracę z poprzednim partnerem. Musiałam przenieść się do Warszawy, gdzie nikogo nie znałam. Wiedziałam, że w parze z Jackiem będziemy się rozwijać i osiągać najwyższe szczyty.
– Rozumiem, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia.
Jacek: Skąd! Powiem więcej, gdy zaczynaliśmy ze sobą tańczyć, nie pałaliśmy do siebie zbytnią sympatią.
Hanna: Ale też nie myśleliśmy o sobie źle (śmiech). Po prostu ciężko nam było się dogadać. Uważaliśmy, że to wyniki decydują o naszym szczęściu, a zła passa na parkiecie mocno oddziaływała na naszą relację.
Jacek: Do tego dochodziła presja wyniku, którą przy okazji sami na siebie nakładaliśmy. Podróże, szkolenia, treningi ze światowymi gwiazdami, wynajem mieszkania. Taniec to naprawdę droga dyscyplina, o czym nie mówi się zbyt wiele. Gdy wygrywaliśmy turniej, otrzymywaliśmy co prawda nagrody pieniężne, ale one nie wystarczały na pokrycie kosztów.
Hanna: Razem mieliśmy wyniki, o których wielu tancerzy mogło tylko pomarzyć. Zanim ukończyliśmy 21 lat, wygraliśmy największe światowe turnieje, a byliśmy świeżo po maturze. O takich osobach w środowisku tancerzy jest głośno. Jednak gdy powija się im noga, mówi się jeszcze głośniej. W codziennym pędzie nie zauważaliśmy siebie i nie chcieliśmy się poznać. Wyładowywaliśmy na sobie negatywne emocje, bo cały czas spędzaliśmy razem. Nie mieliśmy obok coacha, który pomógłby nam w pracy nad sobą, poradził, jak uporać się z presją. W końcu ten balonik z emocjami pękł z hukiem. Jedno niepowodzenie podczas turnieju zakończyło naszą współpracę.
– Rozłąka pozwoliła Wam zrozumieć, że tak naprawdę razem stanowiliście duet idealny?
Jacek: To przyszło z czasem. Rozjechaliśmy się po świecie. Długo mieszkałem w Moskwie i choć tanecznie obracałem się w najlepszych kręgach, rozwijałem się zawodowo, to nie wspominam tego okresu najlepiej. Tęskniłem za Polską i bliskimi.
Hanna: Ja wyjechałam do Rumunii, a do domu przyjeżdżałam maksymalnie dwa razy w roku. Uczucie samotności było dojmujące. Nie było przy mnie osoby, która otoczyłaby mnie opieką, więc musiałam szybko dorosnąć. Dojrzeliśmy z Jackiem życiowo, zmieniliśmy perspektywę. Ale tak naprawdę dopiero po powrocie do kraju połączyło nas coś więcej.
– Wiem, że „Taniec z Gwiazdami” wiele zmienił w Waszym życiu i znów Was do siebie zbliżył.
Hanna: Można tak powiedzieć. Program był powodem, dla którego wróciłam do Polski, jednak sądzę, że to było przeznaczenie. Gdy byłam jeszcze za granicą, poprosiłam tatę, żeby wynajął mi mieszkanie. Traf chciał, że znalazł przytulne miejsce w tym samym bloku, w którym mieszkał… Jacek. Tata przecież nie mógł tego wiedzieć.
Jacek: I pewnego dnia spotkaliśmy się na parterze. W końcu zaproponowałem, że moglibyśmy znów zacząć razem tańczyć, ale Hania trochę kazała mi na siebie czekać (śmiech), bo cały czas wypełniał jej program.
Hanna: Świat tańca towarzyskiego jest bardzo hermetyczny i nie patrzy przychylnie na tych, którzy pojawiają się w telewizji. Skoro nie ma cię na turniejach, to znaczy, że już nie tańczysz. Nie chciałam rezygnować z wyników, które wcześniej osiągaliśmy. Myślałam, że szybko odpadnę z „Tańca z Gwiazdami” i wtedy będę mogła zająć się treningami. Ale tańczyłam jeszcze przez półtora miesiąca.
Jacek: Była cały czas zagrożona, ale nie odpadała. Byłem załamany (śmiech).
– Trochę się naczekałeś, ale w końcu udało Wam się spotkać.
Hanna: Poszliśmy na pierwszą wspólną próbę po tak długiej przerwie, zaczęliśmy tańczyć i to było… cudowne! Doskonale wyczuliśmy nasze ciała i coś kliknęło. Zaczęliśmy tańczyć. Ale wtedy jeszcze nie patrzyłam na Jacka jak na przyszłego ojca moich dzieci (śmiech). Często też dawaliśmy sobie rady w sprawach sercowych.
Jacek: Potem występowaliśmy razem w „Tańcu z Gwiazdami”. To był dodatkowy zastrzyk gotówki, który przeznaczaliśmy na szkolenia. Pamiętam, że właśnie podczas programu coś zaczęło się między nami zmieniać. Mieliśmy wspólny świat, podobne problemy. Trudne sytuacje bardzo nas do siebie zbliżały.
Hanna: Nasza miłość zaczęła się od przyjaźni i to jest w naszej relacji najcenniejsze. Oprócz Jacka nikt nie wiedział, przez co przeszłam w życiu, ile poświęciłam dla tańca. W poprzednich związkach miałam świadomość, że ta druga osoba nawet nie chce mnie zrozumieć. Z Jackiem nie musimy pewnych rzeczy mówić, wystarczy gest i jedno spojrzenie. On wtedy wszystko wie. Dlatego od 10 lat jesteśmy nierozłączni.
Jacek: Doskonale się znamy i w wielu kwestiach jesteśmy do siebie podobni.
Hanna: Wiem, że Jacek nigdy mnie nie zrani, że chce jak najlepiej dla naszej córki, ceni naszą miłość i dom, który tworzymy. Dzięki temu, że znamy się od lat, doskonale wiemy, czego się po sobie spodziewać.
– Po prostu byliście sobie pisani. Idealnie się dopełniacie. Czego uczycie się od siebie nawzajem?
Hanna: Bywam wybuchowa, bardzo się niecierpliwię. Najchętniej chciałabym zrealizować każdy pomysł od razu. Jacek uczy mnie cierpliwości, działa na mnie uspokajająco, wręcz kojąco. Bardzo mi imponuje swoją dojrzałością.
Jacek: Ale Hania czasami uważa, że trzeba się pokłócić, żeby porozmawiać o emocjach (śmiech).
Hanna: To prawda, lubię komunikować wprost swoje uczucia. Najważniejsze, że czuję się przy tobie stabilnie i bezpiecznie. Może teraz ty powiesz o mnie coś miłego?
Jacek: (śmiech) Hania nauczyła mnie okazywania miłości i otwartości w związku. Że ważne są drobne gesty, uśmiech, przytulenie. A przede wszystkim czas spędzany razem. Większość par się rozpada, gdy zaczyna się rodzinne życie. Pandemia zweryfikowała wiele związków, a nas to umocniło i dowiodło, że w każdej sytuacji razem świetnie współgramy.
Hanna: Wtedy też zupełnie inaczej spojrzeliśmy na wspólne życie. Zdaliśmy sobie sprawę, że taniec jest naszą pasją i pracą, ale to my oraz to, co razem tworzymy, jest najważniejsze – nasza rodzina. Uważam, że jestem teraz w najszczęśliwszym momencie życia. Nie dał mi tego nigdy żaden turniej, żadna wygrana. Kiedyś też nie umiałam w pełni doceniać tego, co mam. Teraz odrobiłam tę lekcję.
Czytaj też: Jacek Jeschke opublikował poruszający wpis. "Ten finał znaczy dla nas więcej, niż potrafimy opisać"

– Jacku, co cenisz w Hani?
Jacek: Najbardziej to, jaką jest mamą dla Róży. O tym, że zostaniemy rodzicami, dowiedziałem się w Walencji. To było dla nas coś niesamowitego. A gdy Hania przekazała mi tę wiadomość, popłakałem się ze szczęścia. Kiedy Róża pojawiła się na świecie, obserwowałem Hanię, jak wspaniale odnajduje się
w macierzyństwie. Jest kochająca, opiekuńcza, rozczula mnie… Aż chciałoby się znów powiększyć rodzinę.
– Widzę to spojrzenie Hani. W tej kwestii macie odmienne zdania?
Hanna: To bardzo odpowiedzialna decyzja. Jako sportowcy wchodzimy we wszystko na sto procent. Macierzyństwo mnie uszczęśliwia, ale wiem, że drugie dziecko bardzo by mnie pochłonęło. Może to egoistyczne, jednak boję się, że w pewnym momencie zatraciłabym siebie. Nie wiem, czy byłabym dobrą mamą i partnerką. Pewnie, gdyby okazało się, że jestem w ciąży, byłabym zachwycona. Przed narodzinami Róży bardzo się bałam. Nie wiedziałam, co mnie czeka, a w dodatku długo nie miałam instynktu macierzyńskiego. Dopiero gdy po porodzie trzymałam Różę w ramionach, dotarło do mnie, że zmienia się całe życie. Zalała mnie fala miłości.
Jacek: Poświęcamy Róży cały swój czas i cieszymy się każdą chwilą. Dni zbyt szybko mijają, a zanim się obejrzymy, będzie już duża i wyfrunie z domu.
Hanna: Nie wyobrażamy sobie życia bez niej.
Jacek: Uczy nas cieszyć się z małych rzeczy. Przy niej zapominasz o wszystkich problemach, zwłaszcza wtedy, gdy biegnie do ciebie mała istota, brudna po całym dniu zabawy na placu zabaw, i przytula się całą sobą.
– Stała się najważniejszym spoiwem Waszej rodziny. To prawdziwy promyczek. Macie ogromne szczęście!
Hanna: Doświadczamy go każdego dnia. Narodziny dziecka zmieniają wszystko. Poczułam, że bardziej niż kiedykolwiek jesteśmy jednością.
Jacek: Wiele osób zachwyca się tym, że Róża cały czas się uśmiecha, jest radosna, świetnie się rozwija. To uosobienie szczęścia.
Hanna: Ale ona taka się nie urodziła. Wyrasta otoczona miłością i widzi, jak my okazujemy sobie uczucia. Jest wrażliwa, mądra i troskliwa. Rozczula mnie, jak opiekuje się naszym pieskiem Hachim.
– I już nieźle tańczy!
Hanna: Jeśli wybierze w przyszłości taniec, nie będziemy protestować, choć chcielibyśmy, żeby poznała inne pasje, zanim wybierze swoją drogę. Na pewno będziemy ją wspierać!
– Zaręczyliście się we włoskim Portofino, w Warszawie wzięliście ślub cywilny. Znów wróciliście do Włoch, by stanąć przed ołtarzem. To było Wasze marzenie?
Hania: Włochy darzymy ogromnym sentymentem. Co ciekawe, Róża już trzy razy była w okolicach Ligurii. Ale to Jacek wpadł na pomysł, by właśnie tam odbył się nasz ślub kościelny.
Jacek: I nikt nie wierzy w moją duszę romantyka (śmiech). We Włoszech spędzaliśmy sporo czasu na turniejach, pokochaliśmy tę kulturę. Pomyślałem, że to idealne miejsce na oświadczyny. W dodatku w tym samym czasie dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami. To była pełnia szczęścia, a przy okazji zrobiła się z tego piękna klamra.
– Podobno przygotowania do ślubu to obok remontu i wspólnej podróży prawdziwy egzamin dla par. Daliście radę!
Hanna: Kłótni nie było (śmiech). Ale bardzo się stresowałam, czy wszystko będzie dobrze, czy wszyscy dojadą. Jeszcze przed wyjazdem dogrywaliśmy ostatnie przymiarki, odbierałam dodatki. Wybrałam dwie piękne suknie ślubne, ale to Róża prezentowała się jak księżniczka.
Jacek: A ja miałem w sobie duży spokój i trochę usunąłem się w cień, żeby niczego nie popsuć (śmiech).
Hanna: Śmialiśmy się, że dla Jacka to, co zastał na miejscu, było prawdziwą niespodzianką!
Jacek: Wiedziałem, że wszystko perfekcyjnie zorganizujesz. To był nasz dzień i niezależnie od tego, co by się wydarzyło, i tak byłby najpiękniejszy. Wszystkie zobowiązania, które były po mojej stronie, wypełniłem. Zresztą miejsce ślubu wybieraliśmy razem, a długo szukaliśmy tego idealnego.
Czytaj też: Po wygranej w "Tańcu z Gwiazdami" zwrócił się do partnerki. To, co powiedział ze sceny, poruszyło widzów

– Łatwo Wam było dogadać się z Włochami?
Hanna: W pewnym momencie zaczęliśmy wątpić, że się uda. W końcu trafiliśmy na miejsce, gdzie zrealizowali naszą wizję. Ślub braliśmy w pięknej wilii w Savonie. Postawiliśmy na włoskie dania i lokalny zespół.
Jacek: Świętowaliśmy trzy dni! Było pięknie.
Hanna: Chyba najbardziej udzielało nam się wzruszenie bliskich.
– Tanecznym krokiem idziecie przez życie. A do Waszego pierwszego tańca powstała specjalna choreografia?
Hanna: Trochę już się natańczyliśmy w życiu (śmiech).
Jacek: Kroki nie były ważne. Daliśmy się ponieść chwili.
Hanna: Ten taniec był jedyny i niepowtarzalny – był opowieścią o naszym życiu. Całość budowały spojrzenie i dotyk. W końcu nikt nas nie oceniał, byliśmy tylko my dwoje…
– Jaka jest Wasza recepta na udany związek?
Hanna: Wydaje mi się, że ona nie istnieje. Wciąż się siebie uczymy, słuchamy swoich potrzeb, troszczymy się o siebie.
Jacek: Ile związków, tyle cennych rad. Każdy powinien znaleźć własny złoty środek. Nas zjednoczyły sukcesy, ale przede wszystkim trudne chwile. Wyznajemy jedną zasadę: zawsze się wspieramy, a nie wpędzamy w kompleksy i nie rywalizujemy ze sobą.
Hanna: Gdy jedno upada, drugie stara się je podnieść. Ale ogromną rolę w tym, jak patrzymy na swój związek i w jaki sposób budujemy nasze małżeństwo, odgrywają nasi rodzice. To oni są dla nas wzorem, bo od lat trwają u swojego boku. Tę miłość wynieśliśmy z domu, dlatego wierzę, że uda się nam stworzyć równie wspaniałe małżeństwo.
