Całe jej dzieciństwo było pełne ograniczeń. Skrywała się za jedną rzeczą. TYLKO W VIVIE! przyznaje: "Miałam zakodowaną dużą skalę odporności na cierpienie"
W pierwszym wywiadzie po ośmiu latach milczenia! Inspirującym i motywującym, Edyta Górniak mówi: "Nie nauczono mnie fundamentalnej umiejętności, jaką jest stawanie we własnej obronie. Dlatego uczyłam tego mojego syna. Wiedziałam, że to jedna z najważniejszych lekcji na całe życie – umieć stanąć nie tylko w czyjejś, ale przede wszystkim we własnej obronie".

O bólu z dzieciństwa mówi poruszająco, a każde jej słowo zostaje w głowie na długo. Edyta Górniak w niezwykle osobistym wywiadzie wraca do trudnych momentów, samotności... Opowiada o domu, który zamiast dawać ukojenie, stał się źródłem bólu, i o muzyce, która przez lata była jej jedynym schronieniem. To poruszająca historia o dziewczynce, a potem dorastającej kobiecie, która mimo życiowych ran nauczyła się walczyć o siebie, a dziś z odwagą mówi o tym, co przez lata pozostawało głęboko ukryte.
Edyta Górniak wprost mówi o trudnym dzieciństwie. Jedna rzecz była dla niej schronieniem
– Wychowałyśmy się w tym samym mieście, w Opolu. Prawdopodobnie chodziłyśmy tym samymi szlakami: uliczki Starówki, Piastowska, wyspa Pasieka, amfiteatr, dom kultury… Obie stamtąd wyjechałyśmy. W co była Pani wtedy „uzbrojona”?
W dźwięki. Byłam uzbrojona tylko w dźwięki i pasję do sztuki. To była moja jedyna „zbroja”, za którą mogłam się schować i dzięki której mogłam przeczekać zwątpienia. Doprowadziły mnie do miejsca, w którym jestem. Pomogły rozkochać miliony serc. Dźwięki… Takie niby nic. Niesamowite, prawda?
– Niesamowite.
Całe dzieciństwo miałam bardzo dużo ograniczeń. Skrajnych. Dorastając, mogłam się pomylić na wiele sposobów i pewnie nieraz się myliłam. Ale dźwięki zawsze były moją tarczą. Bezpieczną krainą, do której chowałam się jak pies do budy.
– Fragmenty filmu, w których opowiada Pani o swoim dzieciństwie, chwytają za gardło. Teraz chyba bardziej rozumiem, dlaczego Panią nie złamały…
Wiele osób, które obejrzało film, było poruszonych na różnych płaszczyznach, jak piszą do nas. Na przykład szokuje ich, że o tak traumatyzujących doświadczeniach opowiadam ze spokojem. Faktycznie kilka momentów absolutnie miało moc mnie zniszczyć. Ale w zamian mnie ukształtowało. Po tylu latach nie chciałabym inaczej się temu przyglądać niż z szacunkiem, mądrością i jakąś delikatnością też. Myślę, że 20 lat temu opowiedziałabym o nich inaczej, bo na różnych etapach życia, dorastając i dojrzewając, wszyscy ewoluujemy i dostrzegamy inne aspekty. Nadal uważam, że to było okrutne. Nadal uważam, że więzienie, bicie i obsesyjne kontrolowanie małego dziecka to fatalna metoda kształtowania i wychowywania człowieka.

– Celne!
Nie nauczono mnie fundamentalnej umiejętności, jaką jest stawanie we własnej obronie. Dlatego uczyłam tego mojego syna. Wiedziałam, że to jedna z najważniejszych lekcji na całe życie – umieć stanąć nie tylko w czyjejś, ale przede wszystkim we własnej obronie. Mieć komfort stawiać ludziom granice dla własnego bezpieczeństwa, czy finansowego, emocjonalnego, czy energetycznego. Ja musiałam samodzielnie zdobyć tę umiejętność, co zajęło mi wiele lat i naraziło na skrajne sytuacje. W rodzinnym domu na żadne pytanie nie dostawałam odpowiedzi, więc kiedy zostałam matką, uczyłam Allana dyskutować i często pozwalałam mu wygrać w argumentach po to, żeby nabrał komfortu i odwagi bronić własnych argumentów i przemyśleń. Rodzice muszą przygotować dzieci na życie w trudnym i wymagającym świecie. Dorastając, niestety nie rozumiałam wielu rzeczy, które dla innych były oczywiste. Gdybym je rozumiała, wcześniej odeszłabym z toksycznych relacji, zamiast oddawać siebie, kiedy nie było już czego ratować. Latami przyjmowałam na siebie upokarzające sytuacje, wysłuchiwałam słów, które daleko przekraczały granice wszelkiej moralności i mojej suwerenności, ponieważ miałam zakodowaną w dzieciństwie dużą skalę odporności na cierpienie (milczenie). [...]
– Wybaczyła Pani mamie? Zrozumiem, jeśli nie ma Pani ochoty odpowiadać…
Wybaczyłam, oczywiście. Brak szczęśliwego dzieciństwa to strata nieodwracalna dla każdej z nas. Niestety takie historie przeplatają się przez miliony domów. Jedni latami modlą się o potomstwo, innym rola rodzica przeszkodziła w planach, marzeniach i ambicjach, a jeszcze innym odbiera młodość. Niesprawiedliwie potem niespełnienie miłosne czy zawodowe wyładowuje się na dzieciach. A my, kiedy jesteśmy dziećmi, wierzymy przecież w każde słowo naszych rodziców. Przyjmujemy je za modlitwę, za kotwicę, przyjmujemy za jedyną prawdę. Nie ma prawdopodobnie idealnego rodzicielstwa, ale z pewnością należy wystrzegać się przemocy emocjonalnej czy fizycznej. [...]
– Uderzyło mnie w filmie, że nie przywiązuje się Pani do rzeczy materialnych.
Już nie. Człowiekowi można zabrać wszystko, oprócz wspomnień, wiedzy czy zachwytów z podróży. Zawsze bardzo lubiłam obdarowywać ludzi prezentami, pieniędzmi, podróżami, ubraniami. W takim wymiarze między innymi odczuwałam tak zwany Sukces, że miałam się czym dzielić. Ale te zupełnie pierwsze zarobione pieniądze oddawałam rodzicom. Taka była umowa. Ja występuję w musicalu „Metro”, rodzice biorą honorarium. Trwało to trzy lata. Żyłam wtedy na kanapkach z bufetu Teatru Dramatycznego. Pomagał mi Wiktor Kubiak, producent i sponsor musicalu. Pamiętam, jak zabierał mnie na różne konferencje biznesowe, na których prosił, abym wystąpiła. To były pieniądze, które w tajemnicy zatrzymywałam dla siebie. Nigdy nie dostawałam kieszonkowego, więc nie potrafiłam zarządzać pieniędzmi. Wymyśliłam sobie wtedy, że połowę chowam do skarbonki, jakby ich nigdy nie było. Pierwsze oszczędności wydałam na podróże po świecie, a kolejne znów na rodziców. Tak było do momentu, gdy urodziłam mojego Allana.

– Pamięta Pani dom, w którym poczuła się bezpieczna? Wolna. Dom, do którego tylko Pani miała klucze?
(Milczenie). Nigdy w życiu nie słyszałam takiego pytania, a udzielam wywiadów od 35 lat. Jestem w szoku… Pani Beato, ileż potrzeba wrażliwości, żeby wejść w czyjąś duszę. Nie da się wymyślić takiego pytania. Można je tylko poczuć… Spróbuję przypomnieć sobie ten dom. W pierwszych latach moim ukochanym domem było mieszkanie babci w Ziębicach. Kuchnia, w której babcia robiła pierożki, a ja za każdym razem przyglądałam się zafascynowana, jak ona zręcznie lepi ciasto. Potem nie czułam „domu” przez bardzo długie lata. Kiedy zaczęłam zarabiać pieniądze, postanowiłam kupić ziemię i dom w Konstancinie. Zanim zakończyła się budowa, zostałam zdradzona, więc go sprzedałam. Od tamtej pory zawsze już tylko wynajmowałam. Zwiedzając świat, zakochałam się w Portugalii. Pomyślałam, że jeśli mam być w życiu samotna, to chcę się chociaż budzić w pięknym miejscu. I kupiłam apartament w Portugalii przy polach golfowych. Jeździliśmy tam z moim byłym mężem, synkiem, przyjaciółmi. Kiedy rodzina się rozpadła, przestałam tam jeździć, apartament stoi opuszczony… Rozmawiając teraz z panią, uświadomiłam sobie, że dom zawsze był dla mnie czymś stresującym. Symbolizował lęk oczekiwań. Wątpliwości, czy sama jestem w stanie dać sobie poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że dlatego większość życia mieszkam w hotelach, są niezobowiązujące. Niczego nie obiecują, poza czystością i profesjonalną uprzejmością. Myślę, że najszczęśliwiej mieszkało mi się z Allanem w Kalifornii. Może dlatego, że było daleko od wszystkiego. Od jego trudności i obciążeń jego taty, i od moich obciążeń, czyli mojej mamy. Oboje czuliśmy tam ulgę, spokój i radość. Zupełnie jakbyśmy przenieśli się na inną planetę. Od tamtej pory nie mogę szczerze powiedzieć, że którykolwiek dom był moim przyjacielem. Może ten w górach tylko. Kocham dom mojej Oli, jej męża i dzieci. Będąc u nich, mam poczucie podarowanego bezpieczeństwa. Ale kiedy tylko od nich wychodzę, znowu jestem w swoim survivalu. Ma to sens?
Dziękujemy Biuru Podróży Itaka za pomoc przy realizacji sesji zdjęciowej.
Cały wywiad dostępny w nowym numerze VIVY! Magazyn w punktach sprzedaży w całej Polsce od czwartku, 7 maja.
