„Byłam samotną matką, po różnych przejściach”. Przypominamy archiwalną rozmowę z Małgorzatą Pieńkowską dla VIVY!
Matka i córka. Te same geny, zawód, poczucie humoru i spojrzenie na świat. Tylko kolor oczu inny. Małgorzata Pieńkowska i Ina Sobala kilka lat temu opowiadały nam, że wszystko, co w życiu najlepsze, można wypracować i o aktorstwie, które przypomina… bieg na dwa tysiące metrów. Z okazji urodzin Małgorzaty Pieńkowskiej przypominamy archiwalny wywiad VIVY!

Matka i córka. Małgorzata Pieńkowska i Ina Sobala - dwie wspaniałe kobiety! Te same geny i ten sam zawód, ale przede wszystkim niezwykła czułość, lojalność, poczucie humoru i spojrzenie na świat, którego nie da się nauczyć. Łączy je wyjątkowa więź. Jest w niej śmiech, wzajemny zachwyt, ogromna wrażliwość i doświadczenia, które przez lata budowały między nimi wyjątkową bliskość. Różni je właściwie tylko kolor oczu.
W pierwszym wspólnym wywiadzie dla VIVY!, którego udzieliły w 2022 roku Beacie Nowickiej opowiadają o samodzielnym macierzyństwie, nocnych rozmowach po spektaklach, dzieciństwie spędzonym w teatrze i życiu, które nigdy nie było idealne, ale zawsze było prawdziwe. Ina wspomina mamę jako kobietę „w centrum jej świata”, Małgorzata zaś z rozbrajającą szczerością przyznaje, że dziś sama uczy się od córki nowego spojrzenia na rzeczywistość. W ich słowach jest ciepło, nostalgia i ogromna siła kobiet, które mimo życiowych zakrętów nigdy nie przestały być dla siebie oparciem.
To także opowieść o aktorstwie — zawodzie pięknym, ale bezlitosnym, który Pieńkowska porównuje do „biegu na dwa tysiące metrów”. O świecie, w którym każdego dnia trzeba udowadniać swoją wartość od nowa. I o przekonaniu, że wszystko, co w życiu najważniejsze, można wypracować. Z okazji urodzin Małgorzaty Pieńkowskiej przypominamy ten wyjątkowy, archiwalny wywiad VIVY!. I życzymy wszystkiego, co najpiękniejsze!
Małgorzata Pieńkowska i Ina Sobala - wyjątkowy wywiad z mamą i córką. Archiwum VIVY!
– Bóg nie może być wszędzie, dlatego wynalazł matkę” – moja ulubiona definicja macierzyństwa.
Małgorzata: Przepiękna. Ale… Obie wiemy, że jest w tym pułapka. Same jesteśmy córkami naszych matek, podobnie jak one swoich i tak dalej (śmiech). Więc nie wyobrażam sobie sytuacji, że biegnę teraz do mojej mamy i skarżę się na coś, ale wyobrażam sobie, że siadam mamie na kolanach i mówię do niej jak do mądrej kobiety: „Przytul mnie”. Podobnie jest z Inką. Uwielbiam ją przytulać jako moją córkę, ale to jest przecież młoda, mądra, dorosła kobieta. Pewne sytuacje, konflikty powinna rozwiązywać sama, tak zresztą jak ja. Więc w tym sensie przytulenie córki ma ogromny sens i moc. W ogóle wzajemne przytulenie i wsparcie kobiet ma moc.
Ina: O byciu matką jeszcze nic nie wiem (śmiech). Natomiast z dzieciństwa mam ideę mamy. Mama dużo wtedy grała w teatrze, często role królowej albo księżnej, tyle że nie w bajkach dla dzieci, a sztukach Szekspirowskich. Jej kostiumy były niesamowite: wystawne i bogato zdobione. Na moich rysunkach mama zawsze zajmowała centralne miejsce: w pięknej sukni, z kolczykami w uszach i w pantoflach na obcasach. Ja stałam na dole i patrzyłam na nią z zadartą głową. Zawsze byłaś piękna, duża i w centrum uwagi mojego świata.
Małgorzata: Moja córeczka kochana… (śmiech).
– Byłaś przygotowana do tej roli?
Małgorzata: Wiedziałam, że będę miała córkę. Intuicja. Przyjmował ją na świat wspaniały doktor Ludwik Kosmal, przyjaciel naszego domu. Pierwsze wrażenie? Tego nie da się opisać. Po prostu płakałam i czułam, że zaczynam nowy rozdział mojego życia. Zresztą co ci będę mówiła…
– Dużo pracowałaś w ciąży?
Małgorzata: Dosyć dużo. Tuż przed porodem grałam normalnie w teatrze i nawet wzięłam udział w sztuce, w której stepowałam. Teraz z moim doświadczeniem myślę, że nie powinnam nawet o tym wspominać… Inkę urodziłam dwa miesiące wcześniej i pomysł Tomasza Zygadło, żebym zagrała Hankę w „Moralności pani Dulskiej”, będąc jeszcze w ciąży, co tu dużo mówić, nie wypalił. A to była fajna Hanka, bo zmieniła kanon grania tej roli…
Ina: Wreszcie Hanka nie była ofiarą…
Małgorzata: …tylko Hanką walczącą, ale zamiast Teatru Telewizji rodziłam córkę. Tydzień po porodzie wszyscy czekali w blokach startowych, żeby wreszcie nagrać ten spektakl. Inka była prawdziwym aktorskim dzieckiem. Spała przez cały dzień, a jak wracałam skonana z telewizji, natychmiast się budziła.
Czytaj też: Syn Angeliny Jolie wygląda dokładnie jak młody Brad Pitt? Zdjęcia obiegły sieć
Ina: I hajla bajla…
Małgorzata: Hajla bajla… Bywało bardzo śmiesznie. I ciężko. Pytasz, czy ja byłam przygotowana do roli matki? Starałam się, jak mogłam, ale życie szybko mi pokazało, że co ma być, będzie. Niekoniecznie tak, jak sobie zaplanowałam.
Ina: Nie było ci łatwo, bo bardzo dużo wtedy pracowałaś w teatrze. Pamiętam, że ciebie nie było. To oczywiście nie jest zarzut. Po prostu pamiętam czekanie na mamę i system życia nocnego, który uskuteczniałam. O godzinie 19 albo o 22, jeśli wracałaś po spektaklu, nadrabiałyśmy cały dzień. Wszystko było: zabawy, rozmowy, czytanie książek. Często ze mną zasypiałaś, mamy nawet zdjęcia.
Małgorzata: W makijażu. Nie miałam siły dowlec się do łazienki.
– Znam ten stan, choć nie jestem aktorką…
Ina: Uwielbiałam te wieczory. Byłam dzieckiem, wydawało mi się, że tak po prostu jest, że to naturalne. Nie kwestionujesz tego, w czym żyjesz.

– To był realny świat czy trochę wyimaginowany?
Ina: Bardzo realny. Mam to szczęście, które teraz doceniam, że mama nigdy nie robiła z tego zawodu centrum świata. Nie stawiała go na piedestale. To dar. Po latach dowiedziałam się, że osoby, które nas odwiedzały, to byli słynni reżyserzy i wielcy aktorzy. Dla mnie byli normalnymi ludźmi. Nikt się u nas nie ekscytował aktorstwem, graniem, premierami, nagrodami. Dopiero po studiach teatralnych uświadomiłam mamie, że na stronie Film Polski nie ma połowy nagród, które dostała, bo tego nie dopilnowała.
Małgorzata: Uprawiamy ulotny zawód. Kiedyś mnie spytano, czym jest aktorstwo, odpowiedziałam, że to bieg na dwa tysiące metrów. Jest linia startu, stoję tam ja, a obok mnie kolega aktor, a za nim, dajmy na to, wybitna polska aktorka. Pytam: „Ale co ty tutaj robisz, przecież to jest bieg dla kobiet?!”. A on na to: „Pilnuj siebie”. Patrzę, a po lewej stronie stoi 15-latka. Mówię: „Przepraszam, ta młoda śliczna dziewczyna też z nami startuje?!”. Ona zaś odpowiada: „Ja też biorę udział w tej produkcji ”. Potem jest start i bieg. Tych biegów jest tyle, ile masz wyzwań w zawodzie. Zawsze zaczynasz od zera. Jesteś tak dobra, jak twój ostatni projekt. Nikt nie
patrzy na całość twoich dokonań. Podobnie jak w życiu.
– Od dzieciństwa byłaś w tym świecie zanurzona, ale trochę się przed nim broniłaś. Najpierw skończyłaś dziennikarstwo.
Ina: W naszym domu często gościli znajomi mamy, aktorzy teatralni, którzy mieli piękną dykcję, cudny sposób mówienia, byli oczytani, opowiadali historie naszpikowane różnymi cytatami. Wydawali się niesamowici, zwłaszcza w oczach dziecka. Byłam przekonana, że aktorstwo jest zarezerwowane dla indywidualności. Na szczęście, będąc już starszą osobą, dowiedziałam się, że to jest zawód dostępny dla wszystkich (śmiech). Dziwiłam się, że można nie czytać. Idziesz do szkoły teatralnej i nie interesuje cię Szekspir?! Potem zrozumiałam, że są różne motywacje do uprawiania tego zawodu. Jak ktoś ma inną, wcale nie znaczy, że ma gorszą.
Małgorzata: Pamiętam moment, kiedy Inka powiedziała, że chce zdawać do szkoły teatralnej. Uznałam, że mam bardzo odważną córkę. Inka świetnie pisze, do dziś mam jej znakomite wierszyki. Potrafiła na zamówienie napisać trzynastozgłoskowca, byłam pewna, że pójdzie w stronę dziennikarstwa, pisania. Miałam wrażenie, że wszystko było idealnie dopasowane, i nagle jak z pudełka wyskoczyła na sprężynie idea „chcę być aktorką”. Nigdy wcześniej mi o tym nie mówiła. Pierwsza myśl: Ojej, Inka nie była dzieckiem mówiącym wierszyki na zawołanie!
Ina: O, przepraszam! W podstawówce wzięłam udział w konkursie recytatorskim i wygrałam. „Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akcji…”, sama mnie przygotowywałaś.
Małgorzata: „Bo pan Słowik przed dziewiątą miał być na kolacji”. To prawda. Pamiętam też, jak w gimnazjum zagrałaś w „Królu Ubu”, przyszedł do mnie nauczyciel fizyki i powiedział: „To jest zdolna dziewczyna, będzie świetną aktorką”. Pomyślałam: Co on plecie?!,
bo rodzice aktorzy są bardzo krytyczni, niestety.
– Dlaczego nigdy wcześniej nie mówiłaś o tym mamie?
Małgorzata: Może wtedy posłałabym cię na śpiew, balet, taniec, a tak to grałaś w tenisa. No właśnie, dlaczego nigdy wcześniej nie mówiłaś mi o tym?!
Ina: Nie zrobiłaś mi aparatu na zęby, to ci do dzisiaj wypominam. Teraz będę musiała wydać grube pieniądze…
Małgorzata: Stwierdziłam, że masz tak śliczne zęby, że nie muszą być proste pod linijkę. Ja nie miałam aparatu, moja mama nie miała aparatu, moja babcia również nie (śmiech). Co ja wygaduję…
Ina: (śmiech) Nie wiem, czemu nie mówiłam. Może chodziło o to, że mama zawsze zostawiała mi dużą przestrzeń. Chciała, żebym sama wybrała własną drogę. Żebym nie czuła się zobowiązana, że muszę coś udowodnić. Poza tym długo nie wierzyłam, że jestem dość dobra. Ale to jest korzystny punkt wyjścia, bo dzięki temu teraz mogę się z tym mierzyć. Całe życie miałam przed oczami ciężką pracę, którą mama wkładała w ten zawód. Nie chodziłam z nią na premiery, tylko widziałam, jak zamknięta w toalecie uczy się tekstu, bo tam w naszym dwupokojowym mieszkaniu miała największy spokój.

– Idealna lekcja poglądowa.
Ina: To prawda. Sama do 14. roku życia głównie uprawiałam sport, co pochłaniało 100 procent mojego czasu. Nie miałam aspiracji teatralnych, ponieważ byłam zajęta sportem. To znaczy miałam, tylko w moim harmonogramie nie było czasu na taniec czy zajęcia teatralne. Grałam w tenisa i jeździłam na turnieje. Tym żyłam. Pamiętam moment, kiedy zrezygnowałam ze sportowego gimnazjum i poszłam do zwykłego, gdzie nie wstawało się rano, żeby gnać na basen, potem na trening i dopiero do szkoły. Któregoś dnia moja koleżanka Ania pokazała mi Zarę na Marszałkowskiej. Przeżyłam szok, bo wcześniej w ogóle nie zapuszczałam się do centrum. Mama powiedziała, że wszystko miałam w życiu poukładane. Owszem, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że nic nie zbuduję, jeśli najpierw nie spróbuję zrealizować swojego marzenia.
– Dla mnie to jest ta odwaga Iny. Tobie coś w życiu spadło z nieba?
Małgorzata: Moja mama mówi, że urodziłam się w czepku. A ja noszę w sobie przekonanie, że wszystko, co w moim życiu najlepsze, jest wypracowane, nawet moja córka (śmiech). Dostaję mnóstwo prezentów, ale jak patrzę za siebie, to ewidentnie jestem osobą, która pragnęła mocnych doznań, więc je dostałam, przeżyłam i dalej trwam.
– Kiedy pojawiłaś się w „M jak miłość”, Ina miała 10 lat.
Ina: Dla mnie, ale dla mamy również, to był totalny przeskok. Kompletnie inny świat. W teatrze na przedstawieniu oglądało ją 300–400 osób, a jeden odcinek serialu pięć milionów! Nagle zdobyła olbrzymią popularność. Jako aktorka teatralna była mniej namacalna niż jako aktorka telewizyjna. Pamiętam na przykład, że ludzie mamę dotykali! Śmiesznie reagowali. Spotykali kogoś, kogo oglądali w telewizorze, w związku z czym zakładali, że ta osoba nie słyszy, nie odpowiada, więc wyrażali głośno własne opinie. Zresztą cały czas to robią. Potrafią powiedzieć: „Ojej, ale pani jest o wiele chudsza!” albo „To ona jest taka ładna?! W ogóle tego nie widać…” i idą dalej.
Małgorzata: Albo: „Pani jest inna” z pretensją w głosie, bo faktycznie postać, którą gram, niewiele ma wspólnego ze mną. Jestem chodzącą oszustką… (śmiech). Po „M jak miłość” nagle poznałam inne uroki tego zawodu, a Ina ze mną. Kiedyś byłyśmy obie na premierze książki wybitnego aktora. W pewnym momencie przyszedł Żenia Malinowski, aktor, piosenkarz, gitarzysta, potomek polskich zesłańców na Sybir. Ogromnie go lubię, więc zaczęłam się z nim witać i w tym momencie rzucili się na nas paparazzi. Zrobili zamieszanie, więc ich uciszyłam, kładąc palec na ustach. Na drugi dzień pojawiły się moje zdjęcia z Żenią i tym palcem oraz podpis: „Nowy kochanek Małgorzaty Pieńkowskiej, ale gwiazda nie chce o tym mówić”. Pokazałam córce: „Zobacz, na czym polega popularność”.
Ina: Dziś jesteśmy przesyceni celebryctwem. Wtedy to miało urok świeżości, jakieś ciepło. Pierwszy powiew Zachodu, nasze lokalne gwiazdy: pierwsze okładki, wywiady, piękne zagraniczne sesje… To miało wartość, bo „opakowywało” się aktorów teatralnych, utalentowanych ludzi, którzy mieli barwne osobowości.
Małgorzata: Rozmawiałam niedawno z jednym z reżyserów serialu „M jak miłość”, nie podam nazwiska. Opowiadał coś o mainstreamie, wymieniał jakichś aktorów, nagle patrzy na mnie i pyta: „Gosia, a ty coś grałaś poza »M jak miłość?«”. Tak mi się wydał rozkoszny w tej swojej ignorancji, że odpowiedziałam: „Nie. To jest moja pierwsza rola. I gram ją od trzeciego roku studiów w szkole teatralnej”.
Ina: (śmiech) Pięknie…
– Zrozumiał ironię?
Małgorzata: Nie. Myślę, że mało go interesowałam. Ja oczywiście nie mam pretensji, nie muszę go interesować, w ogóle nie o to chodzi. Po prostu zastanawiam się, jak będzie wyglądał jego pełnometrażowy debiut.

– Będzie „wybitny”… Myślicie, że ten zawód jest okrutny dla kobiet?
Małgorzata: Tak. Inka jeszcze tego nie może wiedzieć, bo jest młodziutka, śliczna i zdolna.
Ina: Nieprawda, już wiem. Myślę, że to jest damski zawód w tym sensie, że jesteś w nim non stop wystawiany „na pokaz”: oceniany, recenzowany, opiniowany, krytykowany. My, dziewczyny, doświadczamy tego od małego. Chłopcy mogą mieć krzywe zęby, grube uda, brudną koszulę. My nie. Jak zajdziesz w ciążę, znikasz, jeśli o siebie nie zawalczysz. Poza tym nasz termin „przydatności do spożycia” szybciej się kończy. To jest okrutne.
Małgorzata: Ina, nie szarżuj… (śmiech).
– Przed czym chciałaś obronić córkę?
Małgorzata: Przed światem. Przed zawodem, rozczarowaniem. Chciałam, żeby była samodzielna, niezależna, żeby wiedziała, że może na siebie liczyć. Wtedy trudniej będzie ją skrzywdzić. A jednocześnie bardzo chciałam, żeby wiedziała – co jest trochę wykluczające się – że świata nie należy się bać. Gdzieś na górze jest już zapisane, co mamy zrobić, o co się potknąć, czego doświadczyć, w związku z tym trzeba przestać się bać. Bo i tak będzie, jak ma być. Nawet porażki po latach bywają nagrodami.
– Czego nauczyłaś się jako matka?
Małgorzata: Cały czas się uczę. Innego spojrzenia na rzeczywistość, którą sobie ułożyłam, przyswoiłam i uznałam za wzorzec metra z Sèvres pod Paryżem. Od lat medytuję, ćwiczę, gram w tenisa, rozwijam się, chodzę na różne warsztaty. Inka robi to samo, ale mam wrażenie, że o kilka poziomów wyżej, dalej, szerzej, bo już inaczej ogarnia ten świat. Po swojemu. Więc uczę się od niej nowego postrzegania wszystkiego, bo jednak wciąż jedną nogą tkwię w tym, co było.
– Obie część młodości spędziłyśmy w komunie.
Małgorzata: I w takim nieustannym staraniu się. O wszystko. Kiedyś dobrze było mieć angaż w teatrze. Dziesięć lat temu zrezygnowałam z etatu i czułam ciężar tego ryzyka, bo byłam samotną matką, po różnych przejściach. To było dla mnie wyzwanie, żeby opanować strach, zaufać losowi. Gdy teraz wchodzę na życiowy zakręt, rozmawiam z Iną, bo jest mądrym, ciekawym człowiekiem.
Ina: Czasy kompletnie się zmieniły. Wszystko dzieje się o wiele szybciej. Kiedyś aktorzy mieli mniej projektów, ale był czas na próby. Gdy mama mnie urodziła, reżyser i ekipa czekali, aż wróci. Teraz nikt nie czeka, bo na twoje miejsce jest pięć innych aktorek! Kiedy w pandemii aktorzy chorowali, reżyserzy i producenci nie czekali, tylko od razu brali kogoś nowego. Jak zachorowałam, nie stresowałam się covidem, tylko tym, że mnie wymienią w serialu. Byłam porażona, gdy sobie to uświadomiłam.

– Też jestem. Myślisz, że nasze córki mają łatwiejszy start w dorosłość, niż my miałyśmy?
Małgorzata: I tak, i nie. W tym sensie mają trudniej, że teraz wszystko jest wirtualne. Nie jest prawdziwe. Ktoś z tobą rozmawia, jest miło, a potem dowiadujesz się, że jest zgoła odwrotnie. Ilu ludzi, ile gazet, tyle programów telewizyjnych, tyle opinii. To wszystko jest takie schizofreniczne.
Ina: Mam wrażenie, że wasze pokolenie bardziej się wspierało, bezinteresownie pomagało. Pamiętam, jak pożyczaliście sobie pieniądze na słowo.
Małgorzata: Gdy byłam w ciąży, moje koleżanki z teatru – kochana, cudowna Zosia Charewicz, Basia Horawianka – troszczyły się o mnie. Dopytywały, jak się czuję, w czym mi pomóc, a jak się Inka urodziła, martwiły się, czy mam pieniądze na lekarza, bo Inka jako wcześniak była chorowitym dzieckiem. Czułam się zaopiekowana, bezpieczna. Teraz tego nie ma. Gdy czasami zanadto się kimś przejmę, odnoszę wrażenie, że przekraczam jakąś prywatną strefę. A przecież mam wyczucie, nikomu się nie narzucam. Wydaje mi się, że młodzi ludzie są niegotowi na bliskość, bo nie mają na nią czasu. A z drugiej strony, uprawiając ten zawód, obie jesteśmy szczęściarami w tym sensie, że nasze wewnętrzne dziecko cały czas się cieszy, w każdym razie moje. I to jest dar.
– Co Was łączy?
Małgorzata: Poczucie humoru, choć ja uważam, że Inka ma lepsze. Moje jest dość przaśne, w stylu Benny Hilla. Lubię hardcore, choć doceniam wysublimowane żarty.
Ina: Emocjonalność nas łączy. Obie jesteśmy nadwrażliwe.
Małgorzata: Uwielbiam z Inką przebywać, najchętniej zagarnęłabym ją dla siebie. Ale wiem, że nie mogę… (śmiech). Cieszę się, że sobie świetnie radzisz. Jesteś młoda i śliczna. To jest bardzo miłe, że teraz mogę kroczyć i oświetlać się twoim blaskiem!
Ina: Mamo, nadal jesteś dla mnie w centrum, jak na tych dziecięcych rysunkach.
Małgorzata: Wczoraj dostałam od Darka, mojego przyjaciela, wiadomość. Uważam, że jest niezwykła: „Tak sobie leżę i myślę, że nie ma dokąd pójść. Tylko w górę”.
