Była najważniejszą osobą w jego życiu, gdy odeszła, stracił część siebie. Tylko w VIVIE! słynny pisarz: „Wciąż jestem w żałobie”
Była jego schronieniem i jedynym wsparciem. Wiktor Słojkowski wraca do relacji z babcią – kobiety, która dawała mu siłę, gdy wszystko inne zawodziło. Jej strata wciąż pozostaje niezagojoną raną.

Była dla niego wszystkim – tarczą, wsparciem i jedyną osobą, która dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Gdy świat się rozpadał, a najbliższa relacja raniła, to właśnie babcia stawała po jego stronie, broniła i przywracała wiarę w siebie. Wiktor Słojkowski dziś wraca do tej niezwykłej więzi z rozdzierającą szczerością, przyznając, że jej strata wciąż boli tak samo. To opowieść o miłości, która ratowała i o pustce, której nie da się niczym wypełnić.
Wiktor Słojkowski o ukochanej babci. Tylko w VIVIE! opowiada o kulisach swojego życia
– Gdy z nią [przyp. red. mamą] mieszkałeś, ktoś stawał w Twojej obronie?
Mieszkaliśmy z dziadkami. Babcia stała się najważniejszą osobą w moim życiu. Ona mnie broniła, wspierała, pocieszała. Gdy matka mówiła mi, że jestem nieudacznikiem, ona twierdziła, że wszystko w życiu mi się uda. A gdy zwracała jej uwagę, matka wpadała w histerię i nie było z nią żadnej rozmowy. Do babci więc przyczepiłem się jak huba do drzewa. W psychologii taka relacja nazywa się uwikłaniem i uznawana jest za toksyczną. Ale dla ludzi w takiej sytuacji jak moja jest czymś zupełnie normalnym.
– Takich ludzi jak Ty niestety jest dużo. Tylko że przyjęło się, że o rodzicach się źle nie mówi.
W końcu przemoc rodzicielska przestaje być zamiatana pod dywan, a ci, którzy jej doświadczyli, przestają się tego wstydzić. W naszej rzeczywistości funkcjonuje mit matki – kobiety, która cię urodziła, i już za samo to trzeba ją wielbić i szanować. Życie ci dała przecież! A co wydarzyło się po drodze, to już nie ma znaczenia. Tylko że to ma znaczenie i to nie ja mam się czego wstydzić.
– Nie każdy jednak pisze o tym książkę.
Nie lubię mówić o emocjach. Dużo łatwiej mi o nich napisać. Zrobiłem to, bo chyba miałem nadzieję, że się uwolnię od tego wszystkiego. Powinienem był wiedzieć, że nic mi to nie da. Opowiem teraz o babci. Zmarła nagle. Zachorowała, a po trzech miesiącach już jej ze mną nie było. To było 15 lat temu, a ja myślę, że wciąż jestem w żałobie. Psycholog poradził mi, że powinienem napisać do niej list, w którym opiszę, jak mi bez niej źle i ciężko. Zmieniłem terapeutę, bo co mi pomoże list, skoro nie pomogło mi napisanie 200 stron książki „Chciałbym nigdy cię nie poznać”? Gdy myślę o „Matce nikt”, zastanawiam się, czy dzisiaj zdecydowałbym się na jej napisanie. Nie wiem.

– To z powodu krytyki, jaka się pojawiła pod Twoim adresem? Że nie wiadomo, po co ją napisałeś? Że nie jest obiektywna, bo nie dałeś w niej matce głosu?
Za każdym razem powtarzam, że to jest moja własna wersja zdarzeń. Nie wykluczam, że może ktoś inny zinterpretował te wszystkie sytuacje zupełnie inaczej. Nie udzieliłem w niej głosu mojej matce, bo to nie miała być powieść, w której mieliśmy uprawiać grupową terapię. Nie widzę sensu, bo wiem, jak by to wyglądało. Takich konfrontacji w życiu, nie na kartach książki, mamy za sobą naprawdę dużo. Wiele razy wyciągałem do niej rękę, chciałem wyjaśniać, rozmawiać, naprawiać. Nawet przepraszać, choć nawet psycholog mówi mi, że nie mam za co. I każdy mój gest w jej stronę miał taki sam finał – gigantyczna przemoc skierowana w moją stronę. A to ja powinienem usłyszeć od niej „przepraszam”. I uprzedzę twoje pytanie. Nigdy tego nie usłyszałem. Za to dowiedziałem się, że mam chorą wyobraźnię i powinienem zmienić lekarza i leki, bo nie działają. To nie wszystko. Jej znajomi, gdy dowiedzieli się, że książka ma się ukazać, obdzwonili wszystkich moich pracodawców, twierdząc, że jako pisarz mylę fikcję z rzeczywistością.
– Wyjaśniła Ci kiedyś swoje zachowanie względem Ciebie?
Ona to wszystko wypiera. A ja mam świadków, bo przecież jest rodzina, która wszystko widziała. Kiedy próbowaliśmy się z nią skonfrontować, jak mantrę powtarzała, że to wszystko kłamstwa. Ona ma swoją rzeczywistość i swoją prawdę, która jest zupełnie inna niż moja. Dla mnie słowa: „Nie nadajesz się do niczego. Właśnie przestałeś być moim synem” są wystarczającym powodem do tego, żebym już nie chciał mieć z nią nic wspólnego. [...]
– W poprzednim życiu… chciałeś ze sobą skończyć?
Nigdy. Śmierć byłaby utratą kontroli, a to byłoby dla mnie nie do zaakceptowania. Poza tym nie potrafię sobie wyobrazić, że mnie nie ma. Sądzę, że mam zerowe tendencje do samounicestwienia, ale gdybym miał dowód, że po życiu tutaj jest coś więcej i mógłbym spotkać ludzi, których już przy mnie nie ma, zabiłbym się w trzy sekundy, żeby się spotkać z babcią. Gdy tak ci to wszystko opowiadam, mogłabyś pomyśleć, że jestem nieszczęśliwym człowiekiem. Czytelnicy mojej książki też mogą postawić taką diagnozę. Stwierdzić, że poniosłem turboporażkę. Nigdy z nikim nie byłem, z nikim nie jestem i pewnie z nikim nie będę. Żyję z dwoma psami, Józiem i Bolusiem. Nie mam zbyt wielu znajomych, więc nie mam z kim nawet jeździć na wakacje i spędzać świąt. A prawda jest taka, że lubię być sam. Śmieszne jest, jak ludzie reagują na informację o samotnie spędzonym Bożym Narodzeniu. Za każdym razem na ich twarzach maluje się przerażenie. I widzę, że nie wiedzą, jak się mają zachować. A potem mówią, że im przykro i mi współczują. Tylko że mi nie jest przykro, choć kiedyś bałem się samotności i otaczałem się tłumem ludzi. Kiedyś jednak przyszedł taki moment, że nie musiałem chodzić do pracy, bo mogłem pracować z domu. Stopniowo odkrywałem, że to nie obciach pójść samemu do restauracji albo do kina. Pamiętam film, na który pierwszy raz poszedłem sam. To był „Mad Max”, w piątek o godzinie 13. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że na sali siedzi 10 innych osób i one też były same. A potem sam pojechałem na miesięczne wakacje do Nowego Jorku. Udowodniłem sobie, że nie jestem dla siebie taki nudny, jakby się mogło wydawać.
Cały wywiad dostępny w nowym numerze VIVY! Magazyn w punktach sprzedaży w całej Polsce od czwartku, 7 maja.
