Janusz Kulig zginął 15 lat temu. Wypadek rajdowca
Fot. Reporter Poland
WSPOMNIENIE

Jego śmierć wstrząsnęła Polską! Janusz Kulig obchodziłby 50. urodziny

Kierowca rajdowy zmarł tuż przed narodzinami swojego drugiego dziecka...

Konrad Szczęsny 19 października 2019 13:54
Janusz Kulig zginął 15 lat temu. Wypadek rajdowca
Fot. Reporter Poland

Był piątek 13 lutego 2004 roku. Warunki pogodowe nie sprzyjały, widoczność była słaba. Z powodu zaniedbania dróżniczki na przejeździe kolejowym w Rzezawie (brak opuszczonych rogatek i nieuruchomienie sygnalizacji świetlnej) prowadzony przez Janusza Kuliga Fiat Stilo zderzył się z pociągiem pospiesznym „Ślązak” relacji Zielona Góra-Przemyśl. Mimo że po wyciągnięciu z auta kierowca rajdowy jeszcze żył, zmarł wkrótce potem z powodu odniesionych obrażeń. Od tego tragicznego wypadku minęło w tym roku 15 lat... Gdyby nie on, dzisiaj, 19 października, Janusz Kulig obchodziłby 50. urodziny.

Wypadek Janusza Kuliga na przejeździe kolejowym. Wspomnienia ojca, Jana Kuliga

Był osobą pogodną, która w kilka sekund potrafił zjednać sobie każdego. Zawsze uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony do życia. „Gwiazda, która nie gwiazdorzyła”, mawiali o nim fani, przyjaciele i konkurenci. W chwili śmierci miał zaledwie 35 lat i jeszcze wiele przed sobą. Jednak już wówczas miał na koncie kilka spektakularnych sukcesów: trzykrotne mistrzostwo Polski (1997, 2000 i 2001 rok), wicemistrzostwo Europy (2002) oraz dwukrotne mistrzostwo Europy Centralnej (1998 i 1999 rok). Nikt nie miał wątpliwości, że jest poważnym pretendentem do odniesienia kolejnych międzynarodowych sukcesów. Niestety, tragiczny lutowy dzień odmienił wszystko.

Rodzice Janusza Kuliga podkreślają, że nie wierzył w przesądy. Przez wiele lat mówiono o nim, że jest w czepku urodzony. Jak na ironię, wypadek, który zakończył jego życie i pasmo zawodowych sukcesów wydarzył się... w piątek trzynastego. O tym, jak wyglądały ostatnie godziny przez tragedią, opowiedzieli w wywiadzie jego rodzice, Helena oraz Jan. 

„Jechaliśmy do rodziny w Toruniu, a jeszcze dwie godziny przed wypadkiem rozmawialiśmy przez telefon. Janusz opowiadał, że następnego dnia ma zaplanowaną wizytę na otwarciu galerii w Gliwicach. Gdy dowiedzieliśmy się o wypadku, ruszyliśmy w drogę powrotną, z której nic nie pamiętam. Zakodowałem sobie w głowie, że musimy jechać do prosektorium do Bochni, żeby go zobaczyć, a zajechałem do Krakowa, pod blok, w którym Janusz mieszkał z żoną i dziećmi. Nie wiem, jak to się stało. Byłem w jakimś amoku”, zwierzył się ojciec Janusza Kuliga w intymnej rozmowie z Dariuszem Dobkiem z Onet Sport.

Dodał, że nie od razu dotarła do nich wiadomość, że syn nie żyje.

„Gdy usłyszałem o wypadku, moja pierwsza myśl była taka, że może po prostu potrącił go pociąg. Ale gdy zaczęły rozdzwaniać się telefony, skontaktowałem się z panią prokurator z Bochni. Przyznała, że był wypadek, ale twierdziła, że nie wiadomo, kto zginął, bo jest ciemno, a poza tym samochód mógł zostać pożyczony. Próbowała uniknąć odpowiedzi. W końcu rzuciłem jej w nerwach, żeby powiedziała mi wszystko, co wie. Wtedy przyznała, że to Janusz”, ujawnił.

Okazuje się, że przejazd ten sportowiec wybrał, bo chciał zobaczyć, czy w składzie materiałów budowlanych, który dzierżawił znajomym, wszystko jest w porządku. Czy rodzice zastanawiają się często „co by było, gdyby”? Zwracają na pewno uwagę na szereg zaniedbań ze strony PKP, które spowodowały, że wypadek, któremu uległ Janusz Kulig, był tak tragicznych w skutkach.

„Zawsze po fakcie ocenia się, analizuje, ale ostatecznie człowiek dochodzi do wniosku, że nie ma co gdybać. Chociaż w tym przypadku wystarczyłoby, żeby PKP uporządkowała przejazd. Pociąg nie uderzył bowiem w jego samochód lokomotywą, tylko kołami, bo Janusz próbował się jeszcze uratować. Po uderzeniu przez pociąg auto wpadło dodatkowo na nieczynny słup trakcyjny. Gdyby tam nie stał, samochód by przekoziołkował. A tak zapięty pas spowodował pęknięcie aorty. Wiem, że to już gdybanie... Ani nie opadły zapory, ani nie pulsowały czerwone światła. Dróżniczka mówiła później, że nie wie, dlaczego doszło do wypadku”, wspomina pan Jan.

Michalina K., dróżniczka, która poniosła karę za ten tragiczny wypadek, została skazana na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy. Wpływ na tak łagodny wyrok miało m.in. to, że rodzice Janusza Kuliga przebaczyli jej. Podkreślają, że nigdy nie pragnęli zemsty.

„Ale co by nam to dało? Życia Januszowi by to nie przywróciło. Dróżniczka i tak przeżywała to bardzo ciężko. Gdy dzień po wypadku przyjechałem na komendę policji po jego rzeczy, zauważyłem kobietę z twarzą w dłoniach. Coś mnie tknęło i podszedłem do niej, mimo że jej nie znałem, więc nie wiedziałem, czy to ona. Gdy się na mnie popatrzyła, upadła na kolana i zaczęła krzyczeć, że zabiła mi syna. Z trudem ją podniosłem, a gdy usiadła na krześle, trzęsła się jak galareta. Próbowałem ją uspokoić. Powiedziałem jej, że wybaczymy”, zwierzył się Dariuszowi Dobkowi Jan Kulig.

Dodał, że było to dla nich jedyne wyjście i jego syn z pewnością postąpiłby tak samo.

„Jednak nie wszystkim podobało się to, że tak szybko wybaczyliśmy. Mówili nam to wprost, ale zawsze odpowiadałem, że nie było innej możliwości. Janusz też by tak postąpił. Nie chciałby zemsty. Nie wahaliśmy się ani chwili. Zarazem nie robiliśmy tego na pokaz. To była dla nas normalna, ludzka reakcja. Nigdy nie szukamy rewanżu. Uważamy, że zło trzeba zwalczać dobrem. Takie podejście jest lepsze, człowiek jest wtedy spokojniejszy”, podkreślił z mocą ojciec Janusza Kuliga.

Dziennikarz zauważył, że rodzice sportowca wiele razy od chwili tragedii 15 lat temu pokonywali samochodem feralny przejazd. Czy towarzyszył im strach?

„Nie boję się pokonywać tamtego przejazdu. Tyle że zawsze zatrzymuję się przed torami i oglądam się na wszystkie strony. Teraz jest już tam bezpieczniej. Budynek dróżnika został usunięty, a wtedy trzeba było wjechać kołami na pierwsze tory, żeby zobaczyć, czy coś nie jedzie, bo widoczność była tak słaba. Szkoda tylko, że tak to u nas dziwnie jest, że dopiero musi się coś stać, żeby doszło do poprawy warunków”, zauważa Jan Kulig.

Warto również pamiętać, że gdy rajdowiec zginął, jego żona była w ciąży z drugą córką. Dziecko przyszło na świat krótko po tragedii. Kobieta wystąpiła wówczas do PKP o adekwatne odszkodowanie. Choć trudno w to uwierzyć, sprawa trwała aż pięć lat.

„Szkoda nawet wracać do tej sprawy, tyle lat się to ciągnęło... Na pewno przeżywała to, tym bardziej że w momencie śmierci męża była w ciąży. Do dziś jest sama i choć może nie okazuje na co dzień żałoby, to jednak widać nią po niej”, zwierzył się ojciec sportowca.

Martyna Wojciechowska o Januszu Kuligu

W rocznicę śmierci Janusza Kuliga, która przypadłą na 13 lutego 2019 roku, upamiętniła go również za pośrednictwem mediów społecznościowych Martyna Wojciechowska.

„JANUSZ KULIG (1969-2004) Dzisiaj 15 rocznica śmierci, a mi wciąż trudno uwierzyć, że Go z nami nie ma... Trzykrotny Mistrz Polski, Wicemistrz Europy w rajdach samochodowych przecież nie może zginąć na zwykłym przejeździe kolejowym... Nasza przyjaźń zaczęła się w połowie lat 90., kiedy jako dziennikarka relacjonowałam imprezy motoryzacyjne. Zawsze skupiony na rozmówcy, uważny, z wielkim szacunkiem wypowiadał się o swoim Zespole i rywalach. Niesamowicie ciepły, skromny i pokorny Człowiek. Wyjątkowy Przyjaciel”, wspominała wzruszona dziennikarka.

Zdradziła wówczas, że w kwietniu na rynku ukaże się książka o tragicznie zmarłym sportowcu.

„W kwietniu ukaże się książka o Jasiu, nad którą Agnieszka Gola pracowała kilka lat -„Janusz Kulig. Niedokończona historia”. To zapis rozmów z Jego rodziną, bliskimi, przyjaciółmi i zespołem. 
Po człowieku zostaje tyle, na ile o nim pamiętamy. Ja pamiętam. Wierzę, że po publikacji tej książki tego pamiętania będzie więcej”, podkreśliła podróżniczka  

Janusz Kulig zginął 15 lat temu. Wypadek rajdowca
Fot. Reporter Poland

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

JANUSZ KULIG (1969-2004) Dzisiaj 15 rocznica śmierci, a mi wciąż trudno uwierzyć, że Go z nami nie ma... Trzykrotny Mistrz Polski, Wicemistrz Europy w rajdach samochodowych przecież nie może zginąć na zwykłym przejeździe kolejowym... Nasza przyjaźń zaczęła się w połowie lat 90., kiedy jako dziennikarka relacjonowałam imprezy motoryzacyjne. Zawsze skupiony na rozmówcy, uważny, z wielkim szacunkiem wypowiadał się o swoim Zespole i rywalach. Niesamowicie ciepły, skromny i pokorny Człowiek. Wyjątkowy Przyjaciel. W kwietniu ukaże się książka o Jasiu, nad którą Agnieszka Gola pracowała kilka lat -„Janusz Kulig. Niedokończona historia”. To zapis rozmów z Jego rodziną, bliskimi, przyjaciółmi i zespołem. Po człowieku zostaje tyle, na ile o nim pamiętamy. Ja pamiętam. Wierzę, że po publikacji tej książki tego pamiętania będzie więcej. M. #JanuszKulig #restinpeace #friend

Post udostępniony przez Martyna Wojciechowska (@martyna.world)

Wideo

Byli małżeństwem przez 3 lata. Oto historia miłości Agnieszki i Piotra Woźniak-Staraków

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Tylko w VIVIE! inspirująca rozmowa z KATARZYNĄ SKRZYNECKĄ o tym, dlaczego postanowiła wrócić do figury 30-latki. „Prezes” ROBERT GÓRSKI i MONIKA SOBIEŃ-GÓRSKA o tym, czy ich życie przypomina… kabaret. ZBIGNIEW ZAMACHOWSKI o tym, co robi, kiedy cały dom zaśnie.