Kardynał Stefan Wyszyński, około 1960 roku
Fot. Friedrich/Forum
WSPOMNIENIE

Kardynał Stefan Wyszyński został beatyfikowany. Jakie skrywał tajemnice? Taki był prywatnie

Autorytet, silna osobowość, niezwykły człowiek... Życie nie szczędziło mu ciosów

Krystyna Pytlakowska 12 września 2021 12:13
Kardynał Stefan Wyszyński, około 1960 roku
Fot. Friedrich/Forum

Dla wielu był nie tylko kapłanem, lecz także autorytetem moralnym i etycznym, duchowym przewodnikiem w trudnych czasach PRLu, silną osobowością. Dziś odbyła się beatyfikacja kardynała Stefana Wyszyńskiego. Od teraz jest  kardynał uznawany jest i będzie za błogosławionego. Jaki był prywatnie? Jakie tajemnice skrywał? Co wiemy o jego rodzinie? 

Kardynał Stefan Wyszyński: taki był prywatnie. Tak wspominają go przyjaciele i rodzina

„Biskup diecezjalny lubelski w latach 1946–1948, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz prymas Polski w latach 1948–1981, kardynał prezbiter od 1953, zwany Prymasem Tysiąclecia, mąż stanu, obrońca praw człowieka, narodu i Kościoła, doktor prawa kanonicznego, kaznodzieja, publicysta, kapelan duszpasterstwa Wojska Polskiego. Pośmiertnie odznaczony Orderem Orła Białego. Czcigodny Sługa Boży Kościoła katolickiego” – możemy przeczytać na popularnej Wikipedii. 

Ale jaki Stefan Wyszyński był jako człowiek, duchowny, przyjaciel? „Był wielkim wodzem, przywódcą. W kontaktach osobistych bardzo serdeczny, bezpośredni. I wymagający”, wspominał prymasa Stefana Wyszyńskiego ks. Stanisław Kur. Inny z księży, Stanisław Skorodecki, który przebywał z Wyszyńskim w więzieniu, mówił o nim tak: „prymas uchodził za surowego, nieprzystępnego. Tymczasem, gdy byłem chory, przychodził do mnie, brał mnie na ręce, zawijał w swój koc i zdejmował z siennika, obmywał. Potem wietrzył celę i kładł na poprawione wyrko”.

Tak wspomina go natomiast jedna z sióstr. „On nie lubił luksusu. Najszczęśliwszy był wtedy, gdy miał w teczce brewiarz i jedną zmianę bielizny, a w kieszeni różaniec”.

Stefan Wyszyński: rodzina. Takim dzieckiem i uczniem był prymas

Stefan Wyszyński przyszedł na świat 3 sierpnia 1901 roku w małej wiosce Zuzela w powiecie ostrowskim na Mazowszu. Pochodził z wielodzietnej rodziny. Jego tata Stanisław był organistą w miejscowym kościele. Rodzice byli bardzo wierzący. Pani Maria, której babcia znała rodziców kardynała Wyszyńskiego, mówiła, że był takim ładnym chłopcem z wielkimi oczyskami. I lubił łobuzować. Nikt wtedy nie przypuszczał, że wyrośnie z niego postać tak wybitna i święta.

On sam wspominał: „nad moim łóżkiem wisiały dwa obrazy: Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Ostrobramskiej. I chociaż w owym czasie do modlitwy skłonny nie byłem, zawsze cierpiąc na kolana, zwłaszcza w czasie wieczornego różańca, jaki był zwyczajem naszego domu, to jednak po obudzeniu się długo przyglądałem się tej Czarnej Pani i tej Białej”.

Jego rodzice byli osobami głęboko wierzącymi. „Mój ojciec z upodobaniem jeździł na Jasną Górę, a moja matka do Ostrej Bramy. Oboje odznaczali się głęboką czcią i miłością do Matki Najświętszej. I jeżeli coś ich różniło, to wieczny dialog, która Matka Boża jest skuteczniejsza: czy ta, co w Ostrej świeci Bramie, czy ta, co Jasnej broni Częstochowy...”.

A jaki był przyszły beatyfikowany jako dziecko? Daleko mu było do poukładanego i spokojnego syna. Stefan był porywczym dzieckiem. Kiedyś tak bardzo zdenerwował się na swoje siostry, że spalił ich lalki w piecu. A gdy ojciec chciał go za to ukarać, siostry zaczęły go bronić: „Tato, spokojnie, on się jeszcze nawróci...”.

W szkole najbardziej nie lubił matematyki. Nie był uczniem, siedzącym wiecznie w książkach. „Lubił dziewczęta ciągnąć za włosy. A jeśli nie chcieliśmy, aby była klasówka, wylewaliśmy atrament z kałamarzy albo zapychaliśmy go bibułą”, mówił jego kolega z ławki, Franciszek Jastrzębski.

Czytaj także: Przyjaźnił się z Janem Pawłem II, Korą i hipisami. Niezwykła historia ks. Adama Bonieckiego

Stanisław i Julianna Wyszyńscy z dziećmi. Od lewej: Stanisława, Janina, Stefan (przyszły prymas) i Anastazja
Fot. RSW/Forum

Stanisław i Julianna Wyszyńscy z dziećmi. Od lewej: Stanisława, Janina, Stefan (przyszły prymas) i Anastazja, 1906

Kardynał Stefan Wyszyński: śmierć mamy odcisnęła na nim bolesne piętno

1910 rok. Państwo Wyszyńscy z dziećmi przeprowadzają się do Andrzejowa (powiat ostrowski na Mazowszu). W tym samym roku umiera mama Stefana, Julianna. Miała zaledwie 33 lata. To była dla dzieci wielka trauma i niepowetowana strata. Umierała prawie miesiąc. Prawdopodobnie był to nowotwór, ale ponad sto lat temu diagnostyka niemal nie istniała. 

„My - dzieci - siedząc w szkole, z lękiem nadsłuchiwaliśmy, czy nie biją dzwony kościelne. Dla nas byłby to znak, że matka już nie żyje. Kiedyś po powrocie ze szkoły stanęliśmy wszyscy przy jej łóżku, a matka zwróciła się do mnie słowami: „Stefan, ubieraj się”. Ponieważ była jesień, koniec października, zrozumiałem, że mam gdzieś iść. Włożyłem palto. Spojrzała na mnie i powiedziała: „ubieraj się, ale nie tak, inaczej się ubieraj”. Zwróciłem na Ojca pytające oczy. Odpowiedział mi: „Później ci to wyjaśnię…”.

I wytłumaczył dziewięciolatkowi, że marzeniem matki jest, by chodził w sutannie, by został księdzem. Nie sprzeciwiał się, chociaż jak na przyszłego księdza nie był zbyt pokorny. 

Od 1910 roku Stefan chodził do rosyjskiej czteroklasowej szkoły. Między jednym z nauczycieli a młodzieżą istniało napięcie. Kiedyś surowy pedagog kazał ambitnemu Stefanowi klęczeć w kącie za jakieś psoty szkolne. Zdarzyło się to także w czasie śmiertelnej choroby matki Stefana. Kara polegała na klęczeniu bez obiadu. Tymczasem weszła do klasy młodsza siostra Stefana, Stasia. Zdenerwowany chłopiec pomyślał, że przynosi wiadomość o śmierci mamy, ale okazało się, że to tylko ojciec wzywa go na obiad. Bezwzględny nauczyciel doskoczył do chłopca i napierając na niego, powiedział: - A ja ci mówię, że zostaniesz bez obiadu!

I wtedy 9-letni Stefan wykazał się nie lada charakterem, mówiąc: - Mam dość nauki pana profesora! - Co ty powiedziałeś??? - Mam dość nauki pana profesora - powtórzył mały Wyszyński. - To więcej do szkoły nie przychodź! - Już więcej nie przyjdę!.

I rzeczywiście tak się stało. Stefan uczył się dalej przy pomocy korepetytora, a potem w szkole im. Wojciecha Górskiego w Warszawie.

Kardynał Stefan Wyszyński: święcenia w cieniu choroby i pierwsza posługa kapłańska

Zgodnie z marzeniem matki po maturze wstąpił do seminarium we Włocławku. W dniu swoich 23. urodzin przyjął święcenia kapłańskie. Parę tygodni później niż jego koledzy z seminarium, bo wcześniej przebywał w szpitalu. Miał zapalenie płuc, jego stan był bardzo ciężki. Zastanawiano się nawet, czy w ogóle dopuścić go do święceń...

„Gdy przyszedłem do katedry, stary zakrystian, pan Radomski, powiedział do mnie: „Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń”. Tak się wszystko układało, że tylko miłosierne oczy Matki Najświętszej patrzyły na ten dziwny obrzęd, który miał wówczas miejsce. Byłem tak słaby, że wygodniej mi było leżeć krzyżem na ziemi, niż stać... Byłem święcony przez chorego, ledwo trzymającego się na nogach biskupa Wojciecha Owczarka...”, wspominał Wyszyński.

Niedługo później został wikariuszem we włocławskiej parafii katedralnej. Był też wtedy redaktorem dziennika diecezjalnego „Słowo Kujawskie”. „Znam się nieco na sztuce drukarskiej. Od młodości byłem redaktorem najrozmaitszych pism. Tak mnie jakoś Pan Bóg „urządził”. Najpierw wydawałem pismo kleryckie, później musiałem być redaktorem dziennika diecezjalnego „Słowo Kujawskie”. Nie mając pojęcia o tym, co to jest dywizorek, metrampaż, itp. Musiałem wszystkiego nauczyć się sam. Ale cóż było robić? Taka była wola biskupa, nie ma rady...”, wspominał.

Czytaj także: Najbliższy współpracownik Jana Pawła II. Jakie tajemnice skrywa Stanisław Dziwisz?

Warszawa, lata 60. Kardynał prymas Stefan Wyszyński przed Kościołem św. Krzyża
Fot. Jerzy Michalski/Forum
Warszawa, lata 60. Kardynał prymas Stefan Wyszyński przed Kościołem św. Krzyża

Kardynał Stefan Wyszyński: czasy II wojny światowej i okres PRLu

Jakim był człowiekiem? Świadczy o tym choćby ta anegdota. W czasie wojny Stefan Wyszyński podczas spaceru usłyszał kobiecy krzyk z chaty oddalonej od wsi. Gdy otworzył drzwi, okazało się, że samotna kobieta zaczynała rodzić. Było za późno, aby wezwać pomoc i późniejszy prymas musiał towarzyszyć rodzącej, trzymając ją za rękę. Po latach mówił, że było to trudne przeżycie: „nie mogłem jej pomóc, bo nie umiałem...”.

Przed wybuchem Powstania Warszawskiego w Laskach urządzono szpital polowy. Wyszyński sprawował tam opiekę duchową nad rannymi. Odprawiał msze święte, spowiadał, rozgrzeszał, dodawał otuchy i przygotowywał na śmierć. Asystował też przy operacjach. A w czasie pierwszej, w której brał udział, zemdlał. Później opowiadał, że zamiast pomóc, sprawił dodatkowy kłopot (...)

Z miejsc, gdzie w okolicy toczyły się walki, znosił do szpitala rannych. Jedną z łączniczek, postrzeloną w nogę, niósł na plecach 4 km. Po wojnie udzielił jej ślubu i ochrzcił jej dzieci.

Róża Szewczuk, siostra Franciszkanka Służebnica Krzyża, opiekująca się niewidomymi w Laskach, mówiła o Wyszyńskim: „ksiądz profesor był spokojny i ufny w Opatrzność Bożą. Nigdy nie opuścił żadnego nabożeństwa. Nie raz były bardzo napięte sytuacje na zewnątrz, a w kaplicy odprawiały się nabożeństwa z takim spokojem, jakby nic się nie stało”.

Siostra Radosława Podgórska: „to ks. Stefan Wyszyński nosił na swoich ramionach chore osoby. Pod osłoną nocy sprowadzał je z pól czy z okolicznych łąk. Jak tylko dostawał informację, gdzie ktoś leży, szybko zjawiał się na miejscu. Znalazł m.in. łączniczkę, która nie mogła dojść do płk. Krzyczkowskiego, wówczas dowódcy Armii Krajowej. Szybko przekazała ks. Wyszyńskiemu swój raport, a ten przekazał wiadomość i wrócił po nią. Ta osoba przeżyła, była szczęśliwie matką czwórki dzieci”.

Praca w szpitalu powstańczym sporo Wyszyńskiego nauczyła. „Miałem wówczas dużo kontaktu z cierpieniem, niedolą i męką ludzką. Pamiętam operację bardzo dzielnego żołnierza, któremu trzeba było odjąć nogę. Powiedział, że zgodzi się na operację pod tym warunkiem, że przez cały czas będę przy nim stał... Długie miesiące pracy w szpitalu powstańczym bardzo wiele mnie nauczyły. To więcej niż uniwersytet, bo to głębokie zrozumienie bliźniego, czego się na ogół z książek nie nauczy. Szacunku dla człowieka nabywa się nie wtedy, gdy widzi się go w pozycji bohaterskiej, ale gdy widzi się człowieka w udręce”, wspominał.

Jakiś czas później święcił w Laskach tablicę upamiętniającą wydarzenia powstańcze. Podkreślał wówczas, że mimo wielu niebezpiecznych sytuacji, dwukrotnej pacyfikacji Kampinosu, nikt nie został wtedy nawet ranny. „Czasami pociski obcinały gałęzie, a jednak nie tykały ludzi. W czasie tych różnych pacyfikacji nie przestawaliśmy nigdy służyć Bogu w tej kaplicy. I chociaż niekiedy artyleria grała w ciągu dnia, gdy nadchodziła godzina 6 wieczorem, gdy odmawialiśmy tutaj różaniec, wszystko się uspokajało. Taki jakiś dziwny harmonogram Opatrzności Bożej”.

Mimo że przyszło mu żyć i pracować w tak ciężkich czasach, nie tracił poczucia humoru. Pewnego razu, gdy prowadził rekolekcje dla sióstr zakonnych, zwrócił się do nich ze szczerością: „Wy nie możecie wyglądać jak kapusta kwaszona w beczce, więcej się uśmiechać, Panu Bogu służycie!”.

Kierowca prymasa mówił o nim: „ksiądz kardynał był bardzo otwarty i bezpośredni. Potrafił rozładowywać trudne chwile napięcia. Na trasach przejazdu witali nas ludzie. Zatrzymywaliśmy się wówczas. Ksiądz prymas wychodził z samochodu. Pamiętam, jak na trasie przejazdu na wizytację do Strzelna stała przy kapliczce grupa ludzi. Mieliśmy tyle czasu, że mogliśmy pozwolić sobie na zatrzymanie się. Przed grupę wystąpił wieśniak i mówi: „witam Cię, witam Cię..., o choroba, wszystko zamoczyłem”. Niewiasty zaczęły strofować: „Jak tak to gębę ma, a z kapelusza nie umie przywitać się”. Kardynał odpowiedział wtedy: „bracie kochany, jak będę jechał drugi raz, to przypomnisz sobie”.

A podczas wizytacji w miejscowości nad Gopłem księdza prymasa witał nauczyciel z sumiastymi wąsami. Tak bardzo się zestresował, że zaczął recytować: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje...”. Od tego czasu prymas prosił, aby zamiast „eminencjo” zwracano się do niego „ojcze”.

Prostota i siła. Prymas Stefan Wyszyński we wspomnieniach bliskich

„Jedyną jego bronią był krzyż, jedyną siłą wiara, jedynym wojskiem bezbronny, lecz wierny Polski lud”, mówił o nim Jan Nowak-Jeziorański, były dyrektor Radia Wolna Europa. Anna Rastawicka z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego: „nigdy nie załamywał rąk. Nawet w więzieniu żył jak człowiek wolny. Do wszystkich, nawet do tych, którzy go krzywdzili, odnosił się z wielkim szacunkiem i miłością. Był we wszystkim sobą, wolny od lęku o siebie. Tę pewność dawało mu przekonanie, że Bóg wie, co robi, i że weźmie go w obronę”.

„Był to człowiek prosty, nie wymagający wiele także w sprawach swojego utrzymania. Ulubione potrawy Prymasa to zupa kartoflanka i placki ziemniaczane”, mówił współpracujący z prymasem ksiądz. „Był to szczególny typ osobowości – samotnika. Miał dystans do siebie. Nie był bufonem. W swoim domu wcale nie miał radia. Nie miał też telewizora. Natomiast dużo czytał. Kiedyś naliczyłem sześć otwartych książek”.

Maria Okońska, która od 1959 roku przez ponad 20 lat pracowała w sekretariacie prymasa Polski: „kardynał zwykle budził się o czwartej rano i przez godzinę, leżąc jeszcze w łóżku, modlił się (...) I nawet liczne zajęcia, wypełniające mu cały dzień, nie przeszkadzały w modlitwie. (...) Potrafił podczas pracy wewnętrznie jednoczyć się z Bogiem, odnosić do Niego każdą czynność”.

Czytaj także: To było konklawe, które zmieniło świat! Tak Karol Wojtyła został wybrany na papieża

Kardynał Stefan Wyszyński, około 1960 roku
Fot. Friedrich/Forum

Kardynał Stefan Wyszyński, około 1960 roku

Kardynał Stefan Wyszyński: internowanie i prześladowanie przez władze komunistyczne

Władza czuła, że ten prostolinijny, odważny ksiądz jej zagraża. 65 lat temu, w nocy z 25 na 26 września 1953 r., władze komunistyczne internowały prymasa Stefana Wyszyńskiego. Kolejne trzy lata spędził w izolacji, pozbawiony możliwości sprawowania swoich funkcji. Wbrew oczekiwaniom komunistów, odnowiło to i prymasa, i polski Kościół.

Od początku starał się co prawda nie drażnić rządzących, a nawet zawrzeć pakt z komunistami. Ale jego protesty przeciwko likwidacji prasy katolickiej czy usuwaniu nauki religii ze szkół miały charakter raczej symboliczny, a podpisane w kwietniu 1950 r. porozumienie państwo–Kościół tylko potwierdziło jego ugodową postawę. W tym jednak miejscu i czasie był to jednoznaczny sukces komunistów, którzy propagandowo zdobyli dla swych rządów sankcję kościelną.

W którymś momencie prymas zdał sobie sprawę, że w tej grze niewłaściwie ocenił przeciwnika i popełnił błąd. W lutym 1953 r. chyba już wiedział o tym doskonale. Władze sporządziły wówczas dekret, który praktycznie oddawał w ich ręce całą politykę personalną polskiego Kościoła. Kiedy Bolesław Bierut przedstawił go Wyszyńskiemu do parafowania, ten wypowiedział swoje słynne słowa: „non possumus” („Nie możemy”). Odpowiedź była prosta. 24 września podjęto decyzję o „zakazaniu bp. Wyszyńskiemu w związku z jego ogólnie wrogą postawą wykonywania funkcji związanych z jego dotychczasowymi stanowiskami kościelnymi”. Dwa dni później aresztowano go w jego rezydencji przy ul. Miodowej w Warszawie.

Zapiski więzienne. Kardynał Stefan Wyszyński nie dał się złamać

Dla polskiego Kościoła były to złe lata. Aresztowanie prymasa skutecznie zastraszyło hierarchię, która w sposób już uległy godziła się na kolejne żądania komunistów. Ale może właśnie dlatego były to również lata ważne. Po pierwsze sam Wyszyński, obserwujący sytuację z dystansu zrozumiał, że jeśli ma utrzymać prestiż Kościoła w społeczeństwie, musi grać z władzą mądrze, ale jednak twardo. Po drugie – sam fakt, że został internowany i nie miał nic wspólnego z ustępstwami, na jakie szli hierarchowie, niezwykle wręcz umocnił jego autorytet wśród ludzi. W oczach wiernych stał się jednoosobowym symbolem polskiego Kościoła. I siła tego przekonania była ogromna – komuniści zaczęli się Wyszyńskiego całkiem dosłownie bać.

Stefan Wyszyński przebywał w areszcie 3 lata. Uwięziony został 25 września 1953 r.

Początki więzienia wspominał tak: „rozpoczynam więc życie więźnia. Słowa tego używać nie można, gdyż otoczenie moje protestuje: „to nie jest więzienie”. Postanawiam sobie tak urządzić czas, by zostawić jak najmniej swobody myślom dociekliwym. I dlatego po Mszy świętej rozpocząłem lekturę kilku książek na zmianę, by rozmaitość tematu chroniła od znużenia... Lekturę przerywam odmawianiem godzin kanonicznych, by w ten sposób pracę łączyć z modlitwą”.

Na początku przebywał w Rywałdzie. Łazienka była tam niewielka, choć schludna. Łączyła się bezpośrednio z sypialnią, w której stało tylko łóżko, stolik nocny i krzesło. Co kilka miesięcy przenoszono jednak duchownego w nowe miejsca. Gdy wywieziono go do Stoczka Warmińskiego, tak opisał te chwile w „Zapiskach więziennych”: „zajeżdżamy przed jasno oświetloną bramę, świeci się wiele lamp. Brama jest obita świeżymi deskami. Jakiś niedostrzegalny duch otwiera bramę od środka. Wjeżdżamy w podwórze, które w ciemnościach robi na mnie wrażenie więzienia. Wóz zatrzymał się przed szeroko otwartymi drzwiami, wiodącymi na widny korytarz […] Wprowadzono mnie na pierwsze piętro, na szeroki korytarz, oświetlony na biało. Wszędzie czuć świeżą farbę […]. Nie dowiedziałem się, jak się nazywa miejscowość do której mnie przywieziono.

Warunki były tam bardzo trudne. Dwupiętrowy budynek klasztorny był zniszczony. Ściany mokre, kamienne posadzki strasznie zimne. Woda ściekała ze ścian. Zimą ściany zamieniały się przez to w lodowate tafle. Od dnia przyjazdu do Stoczka do końca pobytu ani w dzień, ani w nocy nie rozgrzałem stóp”, mówił.

Najbardziej cierpiał podczas dużych uroczystości kościelnych. Czuł się, jakby związano mu ręce i nogi. „Rwie się dusza moja do ołtarzy Pańskich, do wspólnej modlitwy, do woni kadzideł, do świateł ołtarzowych, do śpiewu ludu”, pisał w „Zapiskach więziennych”.

Swojemu spowiednikowi w więzieniu, ks. Stanisławowi Skorodeckiemu, mówił: „Ty masz wyrok, wiesz, ile będziesz siedzieć. A ja żadnego wyroku nie mam. Zobaczysz, że pewnego dnia wywiozą mnie w nieznane, a ludziom powiedzą, że zostałem uprowadzony (...)

„Prymas uchodził za surowego, nieprzystępnego”, mówił ks. Skorodecki. „Tymczasem, gdy byłem chory, przychodził do mnie, brał mnie na ręce, zawijał w swój koc i zdejmował z siennika, obmywał. Potem wietrzył celę i kładł na poprawione wyrko. A kiedy widział, że razem z siostrą Leonią jesteśmy przybici, brał nas na rozmowę i coś opowiadał. Bardzo lubił obserwować przyrodę. Pokpiwał, że jemiołuszka, która uwiła gniazdo we framudze więziennego okna, zrobiła to bez zgody UB. Mówił, że jesteśmy najmniejszą parafią na świecie, najmniejszą diecezją”.

Ks. Skorodecki opowiada również: „kiedyś spacerowaliśmy w Wigilię po ogrodzie. Zobaczyliśmy, że na służbie został człowiek, który zwykle nas pilnował. Ksiądz prymas pozdrowił go i pytał, czy ciężko służbę w taki wieczór pełnić, gdy cała rodzina czeka. Życzył mu wszystkiego najlepszego. I ten człowiek powiedział cichutko: „Bóg zapłać, Ojcze”. Użył słów, których nigdy wcześniej nie wypowiadał. Byliśmy zszokowani. „To teraz pomódlmy się za niego”, zaproponował prymas.

W Stoczku przebywał ponad rok. Następnie przewieziono go do Prudnika Śląskiego. W Prudniku dwa razy zjawili się wysocy dostojnicy państwowi i partyjni. Raz zapytali, czy prymas zechciałby wybrać sobie miejsce pobytu. Odmówił. Innym razem pytali, jak widzi sprawy Kościoła. Powiedział, że trudno mu cokolwiek mniemać, skoro nie ma dostępu do informacji. „W końcu poinformowano, że zostanie przewieziony w lepsze warunki, do Komańczy”, wspominał ks. Skorodecki.

Czytaj także: Pogrzeb Jana Pawła II naznaczyły dwa zagadkowe momenty. O jednym nie mówiło się prawie wcale

Jan Paweł II, Karol Wojtyła, Watykan, 17.10.1978 rok
Fot. ASSOCIATED PRESS/East News

Jan Paweł II, Kardynał Stefan Wyszyński, Watykan, 17.10.1978 rok

Śmierć, która poruszyła Polskę. Ostatnie dni kardynała Stefana Wyszyńskiego

Uwolniony został dopiero pod koniec października 1956 roku. Po wyjściu z więzienia był uważany za bohatera. Nadal pełnił swoją rolę jako duchowny. Internowanie go nie złamało... My zapamiętamy go jako człowieka sprawiedliwego, którego niełatwo zastraszyć. Zapamiętamy go też jako przyjaciela Karola Wojtyły. Szkoda , ze nie dożył 1989 roku i Okrągłego Stołu. Z pewnością to napełniałoby go radościa i optymizmem. W marcu 1981 roku ciężko zachorował. Diagnoza: nowotwór. W maju przyjął ostatnie namaszczenie. Jego słowa, jakie wówczas wypowiedział, przeszły do historii. „Uważam, że powinienem dzielić dolę Ojca Świętego, który wprawdzie później, ale włączył się w moje cierpienia”. Nawiązał wtedy do zamachu na Papieża.

22 maja 1981 ostatni raz wystąpił publicznie, otwierając obrady Rady Głównej Episkopatu Polski. Zmarł sześć dni później, w czwartek 28 maja. Pogrzeb prymasa, nazywany także królewskim, zgromadził w stolicy tysiące ludzi, zarówno wierzących, jak i niewierzących.  

Korzystałam z książki Stefana Wyszyńskiego „Zapiski więzienne”, z informacji opublikowanych w różnych serwisach oraz z wywiadu Jacka Żakowskiego z Siostrą Kardynała Stefana Wyszyńskiego, opublikowanego w „Polityce”. Współautor artykułu: Kamil Waszczuk

Czytaj także: 42 lata temu Karol Wojtyła został papieżem. Jak wyglądała jego droga do świętości?

TAGI #Watykan

Wideo

Polska nie mogła wygrać Eurowizji Junior trzeci raz? Sara James odpowiada na słowa Jacka Kurskiego

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

IRENA SANTOR mówi: „Cóż jest piękniejszego, niż żyć, istnieć? Interesuje mnie jutro, odkąd zachorowałam na raka...”. MAGDA i JASIEK MELA – Był najmłodszym zdobywcą bieguna, pomimo utraty ręki i nogi. Co dziś najbardziej w nim ceni jego żona Magda? ANNE APPLEBAUM, słynna dziennikarka, laureatka Pulitzera, o odwadze Polaków, domu w Chobielinie i wolności. PIOTR JACOŃ o córce Wiktorii i tym, jak to jest być rodzicem dziecka transpłciowego oraz budowaniu rodzinnych relacji na nowo.