magdalena samozwaniwec
Fot. fot. Andrzej Szypowski/East News
NIEZWYKŁE HISTORIE

Magdalena Samozwaniec – burzliwe życie królowej polskiej satyry

Pochodziła z klanu Kossaków, miała dwóch mężów, drugiego odbiła córce

Agnieszka Dajbor 20 października 2021 17:16
magdalena samozwaniwec
Fot. fot. Andrzej Szypowski/East News

Kornel Makuszyński nazywał ją żartobliwie łobuzem w spódnicy. Magdalena Samozwaniec była ładna, wesoła, miała cięty język i czasem nieco złośliwą obserwację. Lubiła prowokować. O kobietach mówiła na przykład, że „całują się na powitanie, bo nie mogą się ugryźć”. Uważała, że związki mieszane wiekowo „to znaczy piernika z pączkiem i sę-dziwy z młokosem” są zazwyczaj szczęśliwe. „Każdemu z nas imponuje to, czego sami nie mamy. Nawet wiek”.  Znane były jej powiedzonka w rodzaju „co jest największym marzeniem męża? Utrzymać żonę za jej własne pieniądze”. Potrafiła dokuczyć, potem przepraszała. O Hance Bielickiej powiedziała, że jest jak zepsute radio nastawione na maksymalną fonie, którego nie można ściszyć ani wyłączyć. 

Kiedy wielka dama polskiego teatru Nina Andrycz westchnęła, że chciałaby być malowana przez Wojciecha Kossaka, Samozwaniec odparowała, że to raczej było niemożliwe, bo Kossak malował tylko ładne kobiety. Ludzie ją jednak uwielbiali, miała dobry kontakt z czytelnikami, była prekursorką spotkań autorskich. Jeszcze przed wojną pisano o niej, że jest najdowcipniejszą polską autorką i królową polskiej satyry. Na czym polegał fenomen Magdaleny Samozwaniec?

Magdalena Samozwaniec, skąd ten pseudonim?

Urodziła się jeszcze w czasach La belle époque – w 1894 roku. Zmarła 20 października 1972 roku. Tak naprawdę nazywała się Magdalena Starzewska-Niewidowska. Samozwaniec to był pseudonim, który nadał jej szwagier, mąż jej siostry, słynnej poetki Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej. Tak do niej przylgnął, że w czasem zastapił nazwisko. Żartowała, że pochodzi z prostej artystycznej rodziny. Ale urodziła się w słynnym klanie Kossaków.

Jej dziadek Juliusz Kossak był wielkim malarzem batalistycznym. Ojciec, Wojciech Kossak, współtworzył „Panoramę racławicką”. Tatko, jak go nazywały „kukły”, czyli córki, był bonvivantem i żył wraz z cała rodziną ponad stan. Antoni Słonimski śmiał się, że Wojciech malował dla zarobku dwa rodzaje obrazów - ułana z koniem na tle pejzażu i ułana z koniem na tle mgły, ten drugi był tańszy, bo mgłę prościej się malowało. 

Zobacz też: Maria Pawlikowska–Jasnorzewska kochała luksus i mężczyzn. Kłamała na temat wieku

maria i magdalena
Fot. Maria i Magdalena czyli starsza siostra Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec, Świnoujście, 1903. Fot. Kossakiana/East News

Wraz ze Marią Jasnorzewską-Pawlikowską, zwaną w rodzinie Lilką, mieszkały w Krakowie, w Kossakówce. Były ostatnim pokoleniem dziewczyn uczonych w domu przez guwernantki. Mówiły biegle kilkoma językami i teoretycznie obie grały na instrumentach, choć Tatko śmiał się, że prędzej nauczy psa rachować niż Madzię grać na pianinie czy gitarze. Mama zwana w rodzinie Mamidłem obawiała się, że Madzia może zostać pisarką.

W latach międzywojennych modne były sisters - kobiece duety i obie Kossakówny takie były. Podobnie ubrane, wyemancypowane, błyskotliwe. Niemal nierozłączne. Brylowały w Ziemiańskiej u boku Tuwima, Słonimskiego, Hemara. Były rozpieszczone jak dziadowski bicz , bo ojciec spełniał wszystkie ich zachcianki – na sukienki sprowadzane z Francji, kapelusze z Wiednia, podróże na Rivierę Francuską. Lilka uchodziła w tej rodzinie za geniusza, dlatego wszyscy nieco się zdziwili, gdy z takim powodzeniem wystartowała młodsza siostra.

Co może młodsza córka?

Rafał Podraza, cioteczny wnuk i biograf Magdaleny Samozwaniec, mówił w wywiadzie dla „Dziennika Polskiego”: „to ona (Lilka - red.) miała być tą najwspanialszą, to ona miała zostać tą tak rozchwytywaną autorką. Kiedy Madzia wydała pierwszą książkę „Na ustach grzechu: powieść z życia wyższych sfer towarzyskich”, która - ku zdumieniu wszystkich - z autorką włącznie, odniosła ogromny sukces, ojciec był zaskoczony. Zwłaszcza, że młodsza „kukła” nie tylko oddała mu pieniądze, które w wydanie książki zainwestował, ale nawet dołożyła premię!”

Rzeczywiście, „Na ustach grzechu. Powieść z życia wyższych sfer towarzyskich” ukazała się w 1922 roku i niemal z miejsca stała się bestsellerem. Jej bohaterką jest Steńka Dorycka (oczywiście młoda i śliczna), która kocha z wzajemnością przystojnego hrabiego Zenona Kotwicza. Niestety, ona pochodzi ze zubożałej szlachty, on ze zubożałej arystokracji, miłość jest zakazana. Oboje muszą znaleźć bogate partie.

Czytaj także: Stefan Żeromski chciał odejść na dobre od żony, ale nie dostał rozwodu

samozwaniec z ojcem
Fot. Magdalena Samozwaniec z ojcem Wojciechem Kossakiem, 1936 rok.Fot. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

Oto fragment sceny między Steńką a Zenonem: „zdobyczą pana nie jestem i nie będę (…) Żegnam pana - dowodziła przez zęby, jak zraniony w serce tygrys. Chciała podciąć bułanka szpicrutą i ruszyć z miejsca szalonym kurcgalopem, ale hrabia Zenon chwycił konia mocno przy pysku za cugle i wżarłszy się w nią szponami swych kuszących czarnych źrenic rzekł ze stłumionym zręcznie skowytem: <Nie odejdziesz, nie, nie puszczę Cię. O, choćbym miał zginąć trupem i paść martwy pod twe kolana. Ja cię pragnę i pożądam!> , krzyczał martwo. Ale ona wyrwała mu się obcesem z ramion i ruchem młodocianego kota śmignęła mu przez twarz ze szczególnie drwiącym chichotem ostrą jak stal szpicrutą”. 

W latach 20. „Trędowata” była jedną z najpopularniejszych w Polsce powieści, równał się z nią chyba jedynie „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza. Parodia była więc trafiona w sedno, czyta się ją zresztą dobrze do dzisiaj. Śmieszy już sama przegięta do bólu grafomania. W dodatku z powieści pochodzą dziesiątki powiedzonek w rodzaju „wyjść ze złoconych ram dobrego wychowania”, czy „świt przeciągle bolesny jak śpiew bociana”. Trzeba jeszcze dodać, że w pisaniu powieści pomagała jej Maria Jasnorzewska-Pawlikowska i jej ówczesny mąż Jan Gwalbert Pawlikowski. Ale pomysł był Magdaleny, która podobno tak wykłócała się o autorstwo, że Pawlikowscy machnęli ręką, a ona została Magdaleną Samozwaniec.

Zobacz też: Jerzy Kulej: najlepszy pięściarz w historii Polski. Mimo wielu życiowych ciosów nigdy się nie poddał

samozwaniec z pierwszym mężem Janem Starzewskim
Fot. Madzia z pierwszym mężem Janem Starzewskim. Fot. archiwum Elzbiety Jasinskiej/FOTONOVA

W Krakowie, pod „wieżą wariacką"

Magdalena Samozwaniec dobrze znała wyższe sfery: arystokrację i ziemiaństwo, sama z nich pochodziła. Nie znosiła ich snobizmu, zadęcia, interesowności. Potrafiła to środowisko nieźle obśmiać, co zrobiła nie tylko w „Na ustach grzechu”. Ale też w wydanej już po wojnie, w 1954 roku powieści „Błękitna krew”. Była to powieść z kluczem, postaci można było rozpoznać. Wybuchł skandal. Kraków śmiertelnie się wtedy obraził na Kossakównę , zarzucano jej, że chce się podlizać nowej władzy i kala własne gniazdo. Było w tym nieco racji, bo w latach 50. tzw. wyższe sfery traktowane były w Polsce Ludowej jak gorszy sort i śmianie się z nich było władzy na rękę.

Obraziła się nawet rodzina Kossaków. Madzię nazywano wysłanniczką z piekieł, za faux pas uchodziło rozmawianie o niej w towarzystwie i w ogóle wymienianie jej nazwiska. Ona sama powtarzała: „Kraków mnie wyklął”, choć kochała to miasto pod „wieżą wariacką”, ostatni raz była w nim w 1961 roku. Załatwiła wtedy wprowadzenie rodzinnej Kossakówki na listę zabytków, co zapobiegło jej wyburzeniu. Poza tym, jak zwykle mało się przejmowała cudzymi opiniami. W drodze do Zakopanego, gdy miała ochotę, zajeżdżała do  krakowskiej kawiarni „U Warszawianek” zamawiała kawę. I setkę czystej.

Czytaj także: Tadeusza Łomnickiego nazywano "geniuszem tyranem". Wielki aktor umarł na scenie

samozwaniec młoda
Fot. Magdalena Samozwaniec, lata 20. Fot. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

O kobietach i mężczyznach

Szybko stała się jedną z najpoczytniejszych autorek. Pisywała o kobietach, mężczyznach, relacjach, związku. Już po wojnie ganiła Polki, że tyją i okropnie wyglądają w mini. Śmiała się z paniusi, która na wycieczce z mężem w Wenecji stale odmawia paciorki – czyli myśli o zakupach i o tym, że musi kupić sobie paciorki. Postulowała, by napisać poradnik, „jak wyjść za mąż po rozwodzie”, zauważając, że coraz więcej kobiet jest w takiej sytuacji. Śmiała się z kobiet, które matkują mężom albo rozpieszczają do szaleństwa synów. Tak samo jak z kobiecej złośliwości i rywalizacji.

W jej felietonie rozmowa przyjaciółek wygląda tak, że jedna dzieli się swoimi znajomościami: „mam teraz doskonałą masażystkę, zmasuje ci wszystkie twoje marszczki”, a druga komplementuje: „dobrze ci w tym szlafroczku. Nie masz figury do obcisłych sukien”. Wydała wiele zbiorów felietonów, jeszcze przed wojną „Starość musi się wyszumieć”, „Świadome ojcostwo”, „Mężowie i mężczyźni”, a już po wojnie głośne wspomnienia „Maria i Magdalena” (1956), „Czy pani mieszka sama?” (1960), „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” i wiele, wiele innych.

W PRL-u była uwielbiana, kiedy przy jakiejś okazji powiedziała, że brakuje jej chrupiącego chleba, dostała paczki pieczywa. Ludzie kochali ją nie tylko za pełne humoru, obyczajowe książki. Była lubiana jako postać. Dama i zaradna kobieta z „przedwojennych czasów”. Była symbolem fantazji, sznytu, klasy tamtych lat.

Mąż odbity córce

W młodości musiała uchodzić za piękność. Miała rudawe włosy, piękną cerę, oczy z długimi rzęsami. Dwa razy była mężatką. Mówiła, że małżeństwo nie jest stanem, tylko umiejętnością. W 1921 roku wyszła za mąż za prawnika, dyplomatę Jan Starzewskiego. Kossakom nie podobał się kandydat na męża, ale Madzia marzyła wtedy, by wyrwać się z domu i zacząć samodzielne życie.

Od ojca dostała w prezencie ówczesną wersję wibratora, na wypadek, gdyby małżonek miał ją rozczarować. Nie była to udana para. Starzewski był skąpy, drażniło go powodzenie i niezależność żony. Nie oczekiwał, że będzie wziętą autorką, tylko układną, elegancką żoną dyplomaty. Ona go drażniła, on ją nudził. Drugiego męża, już po wojnie…odbiła córce.

Zobacz też: Byli małżeństwem przez 54 lata. Historia miłości Barbary i Wojciecha Jaruzelskich

z II mężem Zygmuntem Niewidowskim
Fot. Byli małżeństwem blisko 30 lat. Magdalena Samozwaniec i Zygmunt Niewidowski, Dom Literatów w Oborach k. Warszawy, 1972 rok. Fot. Kossakiana/East News

Teresa zwana Reksią była owocem jej małżeństwa z Janem Starzewskim, ale matka i córka nigdy nie miały bliskich relacji. Niektórzy znajomi nie wiedzieli nawet, że Madzia ma dziecko. Macierzyństwo nie było jej powołaniem. Reksię wychowywała babcia, potem była u ojca w Kopenhadze. Jej mąż, hrabia Plater-Zyberk, kolaborował z Niemcami, mówiono, że to przez niego trafiła na Pawiak kuzynka Madzi, pisarka Zofia Kossak-Szczucka.

W czasie wojny Teresa wyjechała z Polski i nigdy już nie wróciła. Wcześniej sprawa męża podzieliła ją nieodwołalnie z matką. Zygmunt Niewidowski był młodszy od Magdaleny Samozwaniec o 20 lat. Znała go z widzenia, pracował w lombardzie do którego zanosiła rodzinne dobra. Zawsze żyła z rozmachem. Była tego nauczona od dzieciństwa, Kossakowie mieli willę w Krakowie, pracownie w Warszawie, willę w Juracie, auto z szoferem, prowadzili dom otwarty. A ona była jeszcze do tego brydżystką i hazardzistką. Reszta rodziny zarzucał jej, że wyprzedaje rodzinne dobra.  

Niewidowski przyszedł oświadczyć się jej córce. Oświadczył się matce. Znowu wybuchł skandal, w towarzystwie mówiono, że Kossakówna się zdeklasowała. I że „Zygmuś" ożenił się z nią dla majątku i wygody.

Zdrady na bok

Pobrali się listopadzie 1945 roku. Przeżyli razem szczęśliwie blisko 30 lat, do śmierci Magdaleny. Niewidowski dbał o Madzię, zdejmował jej z głowy trudy codzienności, organizował spotkania autorskie, woził ją, był mężem i opiekunem. Podawał śniadania do łóżka, co dla niej było ważne. Ona z kolei tolerowała jego zdrady. Może dlatego, że wychowała się w domu, w którym ojciec zdradzał jej matkę notorycznie, a jednocześnie kochał ją i zawsze wracał.

A może z innych powodów tolerowała taki układ. W późniejszym okresie kochanka Zygmunta, pielęgniarka Marianna Mankiewicz, żyła z nim, właściwie pod bokiem żony, w jawnym związku. We wspomnieniach o Magdalenie Samozwaniec Małgorzata Darowska-Pulit wspomina, że ta kupowała zawsze po 3 talerzyki, kubeczki, serwetki. „Na pewno nie było to typowe małżeństwo, raczej towarzyski trójkąt”, wspominała.

Czytaj także:  Zofia Nasierowska i Janusz Majewski byli razem 50 lat. Ich miłość rozdzieliła śmierć

portret córki Wojciecha Kossaka
Fot. Madzia na portrecie autorstwa ojca Wojciecha Kossaka, 1923 rok. Fot. alamy/be&w

Magdalena Samozwaniec nie miała aż tak bajkowego życia, jak mogłoby się wydawać. Wojna zabrała świat, w którym dorastała, umarł ojciec, w 1942 roku odeszła jej matka. Trzy lata później , już po zakończeniu wojny, w Manchesterze zmarła na raka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Dla Madzi to był niesamowity cios. Siostra nie pisała o swojej chorobie, ukrywała ją , nie chciała obciążać bliskich. Madzia liczyła, że wróci do Kossakówki, że razem tam zamieszkają, będą pisać. Z trudem się po tym podniosła. Podobno sama przed śmiercią chciała odnaleźć córkę, ale nie udało się. Córka Teresy z drugiego małżeństwa – Isabelle Burignat – mówiła, że matka chciała zapomnieć o przeszłości, nigdy nie mówiła o Polsce ani o swojej matce i była w tym nieprzejednana.

Zobacz też: Strzały, próba porwania, wybuch na jachcie. Najgłośniejsze zamachy na Elżbietę II i jej bliskich

Magdalena Samozwaniec bardzo długo dobrze wyglądała, bardzo o siebie dbała. Pisała, że można być starym, ale nie należy tego po sobie pokazywać. „Pierwsza dama polskiej satyry” zmarła 20 października 1972 roku w Warszawie. Tego dnia w warszawskim Klubie Księgarza miała promować najnowszą książkę „Młodość dla wszystkich”. Pochowano ją na wojskowym cmentarzu na warszawskich Powązkach. Po śmierci Magdaleny Zygmunt ożenił się z Marianną, uporządkował archiwum zmarłej, przygotował do druku odnalezioną w rękopisach książkę „Angielska choroba”, napisał „30 lat życia z Madzią. Wspomnienia o Magdalenie Samozwaniec”, popularyzował jej twórczość.  

Wideo

Justyna i Jakub Przygońscy: „jesteśmy zapracowanymi rodzicami”. Tak zmieniły ich dzieci

Akcje

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

One nas inspirują! Kobiety sukcesu, w wieku od 30 plus do 70 plus: KAMIŃSKA, DERESZOWSKA, SWOROWSKA, KASPRZYK, DUDZIAK w szczerych, zaskakujących rozmowach o dojrzałości, poczuciu atrakcyjności i seksualności. „Wiek nie ogranicza apetytu na seks”, mówi wybitny seksuolog ANDRZEJ DEPKO i przełamuje tabu. IRIS APFEL ikoną stylu została po... osiemdziesiątce. Prowokuje: „Młodość jest przereklamowana!”. 88-letnia JOAN COLLINS i 56-letni PERCY GIBSON burzą stereotypy o związku starszej kobiety z młodszym partnerem. W cyklu PODRÓŻE wyprawa do indyjskich spa i centrów duchowych po młodość.