do klenczona jamnik
Fot. PAP/Tomasz Gawałkiewicz
NIEZWYKŁE HISTORIE

40. rocznica śmierci Krzysztofa Klenczona. Oto historia jednej znajomości

Krzysztof Klenczon zginął w wypadku samochodowym. Miał 39 lat i całe życie przed sobą. Był autorem wielu przebojów, takich jak „Historia jednej znajomości ", „Kwiaty we włosach", „Port"

Agnieszka Dajbor 8 kwietnia 2021 12:06
do klenczona jamnik
Fot. PAP/Tomasz Gawałkiewicz

To była chwila. Ostre światła, huk, ciemność. Krzysztof Klenczon wracał z żoną Alicją z koncetru dla Polonii w klubie Milford w Chicago. Wjechał w nich pijany kierowca ciężarówki. Alicja Klenczon nie doznała większych obrażeń, ale Niuniek, jak mówiła o Krzysztofie był ciężko ranny - złamane żebra uszkodziły aortę płucną. Szpital, operacja, trochę nadziei, ostatecznie Krzysztof zmarł – 7 kwietnia 1981 roku. O takiej śmierci mówi się, że jest tragiczna i bezsensowna. W ten ostatni wieczór, w klubie rozmawiał z przyjaciółmi: Czesławem Niemenem i Krzysztofem Krawczykiem. Krawczyk nie mógł sobie potem darować, że wyszedł za wcześnie: „Może gdybyśmy dłużej siedzieli, Krzysiek nie pojechałby akurat o tej godzinie i nie doszłoby do wypadku” – wspominał po latach. Obaj umarli w kwietniu, w odstępie zaledwie paru dni, ale i – bagatela - 40 lat! Na pogrzebie w kościele Św. Józefa w Chicago, Krzysztof Krawczyk, który nie mógł pogodzić się ze śmiercią przyjaciela, zaśpiewał piękną pieśń „Ave Maria”. Co takiego miał w sobie Krzysztof Klenczon, że jego przebojów ciągle dobrze się słucha i wciąż o nim pamiętamy?

Krzysztof Klenczon i ostatnia w życiu piosenka

Urodził się w styczniu 1941 roku w Pułtusku. Losy rodziny były trudne, nawet jak na tamte czasy. Mama ciężko pracowała, wstawała o świcie, by przygotować dzieciom obiad, była surowa, „potrafiła przylać”. Jak wspominała żona Krzysztofa Klenczona „Nie było w niej za wiele wylewności i matczynej czułości”. Ojciec - Czesław Klenczon, żołnierz AK po wojnie przystąpił do radykalnej organizacji „Wolność i Niezawisłość”. Siedział w komunistycznym więzieniu. Uciekł, przez dziesięć lat ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem. Krzysztof był pewien, że tata nie żyje. Gdy się spotkali po raz pierwszy, już po Odwilży, po 1956 roku nie poznał ojca. Nie wiedział kim jest ten Pan, który do niego podszedł. Można sobie wyobrazić jakim przeżyciem było dla niego to spotkanie, relacja z ojcem, ich rozmowy. Ojca uwielbiał. Napisał dla niego balladę „Biały krzyż” („Gdy zapłonął nagle świat/ bezdrożami szli/ przez śpiący las/ Równym rytmem młodych serc/niespokojne dni/odmierzał czas”.) To była ostatnia piosenka, jaką zaśpiewał w życiu. Tamtego fatalnego wieczora bisował ją 3 razy.

Zobacz także„Parostatek” jeden z największych przebojów Krzysztofa Krawczyka powstał w… 15 minut

Zbuntowany Anioł

Jako młody chłopak studiował m.in. na Politechnice Gdańskiej, ale zawsze ciągnęło go do muzyki. Był w niej samoukiem, genialnym, bo w młodości nawet nie czytał nut. Znajomi wspominają jak dzień i noc ćwiczył zapamiętale na gitarze. Krzysztof, zawsze uchodzący za zadziornego – także w muzyce, swoją karierę zaczął od piosenki „Pluszowe Niedźwiadki” (to ta: „Mały miś do lasu bał się iść”). A było to na festiwalu Młodych Talentów w 1961 roku. Ale potem przyszła fala polskiego big-beatu - czyli wysyp młodzieżowych kapel, które ówczesna władza zabroniła nazywać rock’n’rollowymi (to było słowo zakazane, jako zbyt kojarzące się z Zachodem). Klenczon zaczął grać w legendarnym zespole „Niebiesko-czarni, szybko jednak znudziło mu się występowanie u boku Czesława Niemena i Wojciecha Kordy. Chciał iść własną drogą, śpiewać swoje piosenki. Franciszek Walicki – słynny dziennikarz muzyczny, uważany za ojca polskiego big beatu i rocka – nazwał go wtedy „Zbuntowanym aniołem”. I to określenie przylgnęło do Klenczona na zawsze.

Taka piosenka, taka historia!

Sława dopiero na niego czekała. W połowie lat 60 razem z m.in. Sewerynem Krajewskim założył zespół „Czerwone gitary”. Nazywano ich polskimi Beatlesami, odnieśli niesłychany sukces. Połowa lat 60 to także ekspolozja talentu Klenczona. Napisał wtedy mnóstwo piosenek, za które jest kochany i pamiętany do dzisiaj: „Nikt na świecie nie wie”, „Wróćmy na jeziora", „Kwiaty we włosach", „Powiedz stary, gdzieś ty był", „Jesień idzie przez park”. I chyba najpopularniejszą piosenką z tamtych lat: „Historię jednej znajomości”. Piosenkę niby trochę tandetno-dansingową, a jednocześnie trafioną w punkt i muzycznie i tekstowo (słowa napisał Jerzy Kosela). Bo kto z nas nie przeżył choć raz wakacyjnej miłości. Pamiętacie?

„Morza szum, ptaków śpiew

Złota plaża pośród drzew

Wszystko to w letnie dni

Przypomina Ciebie mi

Przypomina Ciebie mi

Szłaś przez skwer, z tyłu pies

"Głos Wybrzeża" w pysku niósł

Wtedy to pierwszy raz

Uśmiechnęłaś do mnie się…"

Gitary do Klenczona
Fot. Zespół „Czerwone gitary", w środku Seweryn Krajewski, pierwszy z prawej Krzysztof Klenczon, lata 60. Fot. Andrzej Wiernicki/Forum

Krzysztof nie rób tego!

Krzysztof Klenczon i Seweryn Krajewski. To nie byli tylko koledzy z zespołu. To byli dwaj wielcy idole polskich nastolatków w latach 60. Można powiedzieć, że młodzież dzieliła się na wielbicieli Krajewskiego i Klenczona. Porównywano ich w nieskończoność. Delikatniejszy, bardziej chłopięcy Krajewski miał być odpowiednikiem Paula MaCartneya, Klenczon polskim Johnem Lenonem. Jak pisał Muniek Staszczyk, w „Czerwonych gitarach” Klenczon był tym niegrzecznym chłopcem. Sprawiał wrażenie trochę nieśmiałego, zamkniętego w sobie, a jednocześnie był niepokorny, na pewno niełatwy we współpracy, nie lubił się nikomu podporządkowywać. Kochało się w nim mnóstwo dziewczyn. Podobno kiedy brał ślub z Alicją w 1965 roku, wielbicielki przyjechały pod Katedrę oliwską. Płakały i krzyczały: Krzysztof nie rób tego!

Bibi i Niuniek

Poznali się na wybrzeżu, w kawiarni Alga w Sopocie. Chodzili na spacery po molo, do kina na Monciaku, Krzysztof romantycznie odwoził Alicję do domu kolejką, a potem wracał na piechotę kilometrami, bo nie miał forsy na taksówki. On nazywał ją pieszczotliwie Bibi, ona na początku mówiła do niego Pysiu, ale nie spodobało się to kolegom z „Czerwonych gitar” i został Niuńkiem.

Chodzili ze sobą dwa lata, w końcu Krzysztof postanowił się oświadczyć, padł na kolana przed babcią ukochanej. Ale z nerwów zamiast kwiatów wręczył jej butelkę wina, którą kupił na kolację. Pierścionek dała babcia. Ich ślub, do którego jechali zresztą radziecką wołgą, był wydarzeniem. Za katering i obsługę gości odpowiadali kelnerzy z luksusowego statku „MS Batory”. Świadkiem mieli być Ada Rusowicz i Czesław Niemen, ale ten ostatni, pokłócony z całym światem w ostatniej chwili odmówił.

W 1969 roku urodziła się ich pierwsza córka Karolina, cztery lata później Jackie-Natalie, dla której Klenczon napisał liryczną piosenkę „Natalie – Piękniejszy Świat” („O Natalie, masz przed sobą świat piękniejszy, lepsze dni/ O Natalie to Twój czas i Twoje miejsce Natalie”). Obiecał córce, że zawsze będzie blisko niej.

„Byliśmy sobie przeznaczeni”, wspominała po latach Alicja Klenczon. Oboje pozbawieni ciepła rodzinnego domu „przylgnęli do siebie”. Oboje w początku lat 70. podjęli decyzję o emigracji do Stanów Zjednoczonych, gdzie od lat mieszkali rodzice Alicji. Nie bali się wyzwania. „Byliśmy młodzi, odważni, mieliśmy siebie” - wspomina Alicja Klenczon.

Klenczon nie był już wtedy w Czerwonych gitarach. Odszedł i z tego z zespołu. Założył własną kapelę „Trzy korony”, z która wylansował takie przeboje, jak „Port”, „10 w skali Beauforta”. Ostrzejsze w brzmieniu, bardziej rockowe. Ale był chyba trochę zmęczony estradą. Uważał, że publiczność nie przyjmuje go już z takim entuzjazmem, jak wcześniej. „Wydaje mi się, że trzeba wiedzieć, kiedy odejść, żeby zostawić po sobie dobre wspomnienie" – powiedział w jednej z rozmów. Gdy na swoim pożegnalnym koncercie w Warszawie, w 1972 roku śpiewał piosenkę „Nie przejdziemy do historii” było w tym podobno dużo goryczy.

Żona Klenczona
Fot. Alicja Klenczon długo nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią męża, zawalił jej się świat. Na zdjęciu w 2012 roku. Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum

Powiedz Stary, gdzieś Ty był?

W USA kariery nie zrobił, śpiewał głównie dla Polonii, żył polskimi sprawami, wspierał „Solidarność”. Gdy w 1978 roku przyjechał do Polski, na koncertach witały go tłumy fanów. Niektórzy wypominali mu, że w Polsce był idolem, a w Chicago taksówkarzem, ale żył na własnych warunkach i na własny rachunek. W jednym się pomylił: przeszedł do historii. I nie tylko dlatego, że ulice i skwery nazywane są jego nazwiskiem (m.in. na warszawskich Bielanach), że wydawane są książki wspomnieniowe, i organizowane festiwale na cześć Klenczona. To oczywiście też bardzo ważne. Zostały przede wszystkim jego piosenki. Można powiedzieć, że jego kariera trwała krótko, ale skomponował tyle przebojów, że można by nimi obdzielić kilku kompozytorów.  Ania Rusowicz, znana wokalistka, córka Ady Rusowicz, wspominała, że Klenczon był charyzmatycznym liderem, który w polski, skostniały rynek muzyczny wprowadzał hendriksowskie, psychodeliczne brzmienia.

Przeczytaj równieżOstatnie pożegnanie Krzysztofa Krawczyka. Manager artysty wkrótce przekaże szczegóły

Jego żona Alicja, która po śmierci Krzysztofa parę razy próbowała sobie ułożyć życie i dziś mieszka z czwartym mężem, Meksykaninem w USA, powiedziała, że Pan Bóg każdemu daje do potrzymania świeczkę. Nie wiadomo tylko, kiedy ona zgaśnie. Krzysztofa zgasła przedwcześnie. Szkoda.

Korzystałam m.in. z książki Alicji Klenczon i Tomasza Potkaja „Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości”, Wydawnictwo WAM, 2017.  

do klenczona
Fot. Krzysztof Klenczon na koncercie w Polsce, 1978 rok. Fot. PAP/ Tomasz Gawałkiewicz

Wideo

Urszula Dudziak pojawi się w kolejnej edycji The Voice of Poland? Zapytaliśmy!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

AGNIESZKA CEGIELSKA: „»Stary świat nie wróci«, napisałam to dwa lata temu w mojej książce »Naturalnie«, mówi dziennikarka, specjalistka od zdrowego żywienia. PATRYCJA WOY-WOJCIECHOWSKA, fotografka, autorka książek dla dzieci, dziewczyna z wielkiego miasta, zaczęła drugie życie na Mazurach. Jak ono wygląda? PROFESOR KRZYSZTOF SIMON – słynie z ciętego języka i tego, że nie owija w bawełnę. Właśnie został odznaczony medalem 75-lecia misji Jana Karskiego za wkład w walkę z pandemią. A także: Dlaczego robimy z naszej planety wielkie wysypisko śmieci? Czy mogę wpłynąć na los Ziemi, będąc w domu? Czy luksusowe hotele mogą być eko?