Reklama

Spełnienie największego sportowego marzenia zajęło im kilkanaście lat. W połowie stycznia się udało! Ewa Wachowicz i Klaudia Cierniak-Kożuch zdobyły ostatnią z Koron Wulkanów Ziemi. Pośrodku mroźnej Antarktydy weszły na Mountain Sidley. Jak wyglądała ta wyprawa od środka? Co było najtrudniejsze? Nie każdy etap tej podróży był w pełni bezpieczny…

Reklama

Ewa Wachowicz o zdobyciu Korony Wulkanów Ziemi. Ile to kosztuje?

Kilka dni po zdobyciu ogromnego sukcesu przez Ewę Wachowicz udało się nam z nią porozmawiać. Podczas konferencji Polsatu opowiedziała o swoich wrażeniach z wyprawy na Antarktydę. Zdobyć szczyt wulkanu nie było łatwo. Dlaczego? Także przez pogodę. „Tam było około minus 30 stopni, ale w najgorszym momencie odczuwalna temperatura była poniżej nawet minus 50 stopni. Ta pogoda załamała się zwłaszcza przy zejściu. Ze względu na bardzo silny wiatr i to, że chmury zeszły nisko, więc była nieprawdopodobnie duża wilgotność, zamarzały nam gogle. To jest duża trudność, ponieważ zamarzające gogle powodują, że praktycznie traci się widoczność. Nie można ich jednak absolutnie ściągnąć, bo po pierwsze są mróz i wiatr, a po drugie to grozi też ślepotą śnieżną. Trudności przy schodzeniu były więc ogromne”, powiedziała nam przed kamerą VIVY.pl. „Ale najważniejsze, że cało i zdrowo poprowadzeni przez Tomka Kobielskiego wróciliśmy do obozu”, dodała w rozmowie z Rafałem Kowalskim.

Co jeszcze okazało się wyzwaniem? Zdobycie wszystkich potrzebnych pozwoleń na przyjazd, ale i tak potrzeba ogromnej siły na miejscu. „Dla mnie najtrudniejsze była charakterystyka Antarktydy i samej góry. Nie ma szerpów, nie ma żadnych pomocników, więc namioty rozkłada się samemu. Do tego cały ekwipunek, który jest potrzebny do zdobycia szczytu, wnosi się na własnych ramionach, czyli trzeba mieć bardzo dobrze zapakowany plecak a jeszcze jednocześnie i tak reszta bagażu idzie na sankach. Więc dla mnie najtrudniejsze było ciągnięcie sanek pod górę. To naprawdę duża rzecz, bo miałam w plecaku około 20 kilogramów, a na sankach jakieś 30”, opowiadała nam miłośniczka sportu i dobrej kuchni. „Z obozu dolnego przenieść cały sprzęt do obozu górnego, tam założyć obóz. Nagle jesteśmy pośrodku niczego. Prawie tysiąc kilometrów w ogóle od człowieka. I jesteśmy skazani na siebie, więc zaufanie do partnerów wspinaczkowych, do całej mojej drużyny było najważniejsze”, usłyszeliśmy też.

Zobacz też: Tego nie wiedział nikt! Ewa Wachowicz odsłania tajemnice jedynej córki. To jej największa duma

A ile to wszystko kosztowało? „Nie chcę mówić w ogóle o finansach, dlatego że ja wszystkie swoje podróże - każdy wulkan zdobyty na każdym kontynencie - finansowałam wyłącznie z prywatnej kieszeni. Tak samo Klaudia i wszyscy wspinacze, którzy z nami byli. Dlatego też trochę trzeba było poczekać na realizację naszych marzeń, bo oczywiście te pieniądze trzeba było uzbierać”, zaznaczyła pani Ewa przed kamerą VIVY.pl.

Kilka lat temu prezenterka bardziej otworzyła się na temat funduszy, jakie trzeba zebrać na spełnienie jej marzenia. Gdy zbierała na nie pieniądze i szukała sponsorów, mówiła o kwocie siedmiocyfrowej. „To bardzo kosztowna sytuacja, by wyjechać na Antarktydę i zdobyć tę górę. Kwota, której potrzebujemy, jest większa, niż za wyprawę na Mount Everest. […] Minimum muszą iść cztery osoby, a więc kwota, o której mówię to minimum milion złotych”, usłyszeliśmy w lutym 2023 roku.

Reklama

Zobaczcie całą naszą rozmowę.

Reklama
Reklama
Reklama