To miejsce zmienia ludzi. Kydryński wracał tam przez dekady. „Wracałem coraz bardziej inny”
To nie jest zwykła opowieść o podróży, lecz intymny zapis wieloletniej relacji z Etiopią – krajem, który staje się lustrem dla własnych emocji, wspomnień i przemijania. Poniżej publikujemy fragment książki Marcina Kydryńskiego „Oda. Zeszyty etiopskie 1994–2024”, który ukazał się na łamach magazynu VIVA! 06/2026. Poruszająca historia o zachwycie, utracie i powrotach, które z czasem znaczą coraz więcej.

- Redakacja VIVA!
Etiopia Marcina Kydryńskiego nie jest miejscem na mapie, lecz doświadczeniem – powracającym jak echo, zmieniającym się wraz z upływem lat i dojrzewaniem spojrzenia. To opowieść o kraju, który wymyka się prostym definicjom, i o człowieku, który próbuje go zrozumieć, wiedząc, że nigdy nie uchwyci go w pełni. W tym fragmencie, publikowanym na łamach VIVA! 06/2026, podróż staje się czymś więcej niż przemieszczaniem się w przestrzeni – jest próbą zatrzymania czasu, zapisania pamięci i odnalezienia sensu w świecie, który nieustannie się zmienia.
Fragment książki Marcina Kydryńskiego „Oda. Zeszyty etiopskie 1994–2024”
11 listopada 2019.
„To tu powstała wiara, która w nieomal niezmienionej formie, w warunkach ścisłej izolacji, trwa do dzisiaj. I to ona spaja połowę stumilionowej społeczności”.
Oda, wyjaśnia słownik języka polskiego, to pieśń pochwalna, niepozbawiona patosu. I ja go nie uniknę, bo – niech mi wieszcz przebaczy – pieśń moja będzie także odą do młodości, która minęła mi na tej wędrówce. Stanie się też – i tu o wyrozumiałość proszę Karen Blixen – jako ostatni po „Bieli” i „Dali” tom trylogii, moim pożegnaniem z Afryką. Tą sprzed „Wieku Informacji”. Tą, którą poznałem w udręce i ekstazie, na jakie już dziś nie mam siły, czasu i odwagi. Być może wrócę jeszcze na kontynent w kształcie serca, ale będzie to podróż inna. Aby nie drażnić losu, który i tak okazał się dla mnie aż nadto łaskawy. Edil znaczy po amharsku: los. Właściwie i taki tytuł mogłaby mieć ta książka. Bo opowiada o losie kraju i splata z nim losy pojedynczego człowieka. Zacząłem podróż dwudziestoparoletni. Kończę, zmierzając w stronę sześćdziesiątki. A co zdarzyło się w drodze, to historia miłosna. Namiętność do kraju i ludzi. Do samej drogi wreszcie. I jak w miłości bywa, jest czas uniesień i są chwile zwątpienia; lęki, złość i wdzięczność; ucieczki, powroty. Wracałem do Etiopii coraz bardziej inny. A ona wciąż nowe objawiała mi twarze. Ta książka próbuje opisać zmiany w życiu nas obojga. Wydaje mi się dzisiaj opowieścią o przemijaniu. I o pamięci. Jest, co nieuchronne, zapisem utraty. Ale i, raz jeszcze, kroniką zachwytu.
II.
Jeśli jest na kontynencie jeden kraj, który istotnie ma powody do dumy – zakładając na chwilę wbrew rozsądkowi, że jakakolwiek duma z osiągnięć przodków ma sens – to właśnie ten Dach Afryki. Przez pięć lat okupowany, lecz niezdobyty nigdy. Z trwałą historią pisaną od stu pokoleń. Ze szczątkami praczłowieka, z najzdrowszą dietą świata. Z autentyczną, głęboką wiarą – kto pójdzie na codzienne ośmiogodzinne msze, ten zrozumie różnicę między wiarą Etiopczyków a powierzchowną, odpustową religijnością. Z architektonicznym cudem skalnych kościołów, które – jakkolwiek liczą sobie blisko dziesięć wieków – codziennie służą tysiącom ludzi. Z wielokulturowością, dziesiątkami języków, ras, tradycji i ich szorstkim niejednokrotnie, ale jednak współistnieniem. Wreszcie, choć przyznaję, że tego nie da się zmierzyć: oto kraj największej urody pejzażu i ludzi. Jest powód do szczęścia raczej niż dumy. Powód, by to chronić, zatrzymać, ocalić. Wielokrotnie latałem nad górami i płowymi pustkowiami Etiopii. (…) Miałem wrażenie, że patrzę na ludzi doskonale odizolowanych od programów informacyjnych, pocztówek z Paryża, podatków, prądu i pism ilustrowanych czy pozostałych elementów, jakie składają się na nasze życie. Wystarczy im piękno pejzażu, plony z własnego pola, pokora wobec sił natury i płomień wieczornego ogniska. (…) O tym odosobnieniu, tej wolności od terroru nadążania, o ludziach żyjących na uboczu myślę z tęsknotą i kroplą zazdrości (…).

Zobacz też: Wygląda jak Chorwacja. Trudno uwierzyć, że to miejsce leży w Polsce
III.
Dalej już nic, ciemność. Ilekroć widzę ją, mierzę kolejnymi kwadransami lotu, wraca mi nadzieja, że wciąż gdzieś tam, pod nami, żyją ludzie, dla których nie istniejemy. Nie ma presji, terroru nadążania, nie ma bolesnych porównań z naszym, ponoć lepszym życiem. Jest ciągłość trwania. Jego znój i szorstkość też, ale nie mogę przestać myśleć o tym, naiwnie zapewne, niczym krakowscy poeci na weselu w Bronowicach, że coś zgubiliśmy. Że to nie ich, tam w dole, w prostych domach z mułu, ale nas każdego dnia coś omija. A w naszym nadmiarze tkwi w istocie brak. Brak wzajemnej bliskości, brak czasu na kontemplację przyrody, brak ciszy, by przyjrzeć się własnym myślom.
Spojrzenie z wysoka pomaga zrozumieć historię kraju i mentalność jego mieszkańców. Etiopia to twierdza. Nie musi to być widok z samolotu. Gdy podróżujesz z Erytrei na południe w stronę Gonderu i dalej do Addis, jedziesz drogą, która łączy Aksum i Debark. Innych większych arterii nie ma, choć region zajmuje powierzchnię średniej wielkości europejskiego kraju. Szosa pnie się serpentynami, wydaje ci się, że w pionie. (…) Nie minie kilka godzin, a znajdziesz się tak wysoko, że u stóp, daleko w dole, zamglą się szczyty niedostępnych gór. To tu powstała wiara, która w nieomal niezmienionej formie, w warunkach ścisłej izolacji, trwa do dzisiaj. I to ona spaja połowę stumilionowej społeczności kraju. Etiopska odrębność, nieprzystawalność do pozostałych krajów kontynentu zawsze budziła szacunek. To kraj, który niezrażony piętrzącymi się z tego powodu nieporozumieniami ma własny kalendarz. W nim zaś 12 miesięcy po 30 dni i jeden miesiąc pozostałych dni pięciu. Doba zaczyna się o wschodzie słońca, więc nasza godzina siódma rano jest w Etiopii pierwszą. Era zaczyna się od innej daty narodzenia Jezusa, wyliczonej przez Anonniosa z Aleksandrii na rok dziewiąty. Ich kolejny rok zaczyna się naszego 11 września. A opisują to wszystko własnym pismem, sylabowym alfabetem kilkuset znaków. (…)
Ortodoksyjny Kościół etiopski zwany jest Tewahedo, co w języku gyyz oznacza: jednorodny. Ta jednorodność dotyczy natury Chrystusa, którą wyznawcy rozumieją jako nierozdzielną, ludzką i boską w jednym, nie zaś, jak w rzymskokatolickim lub wschodnim, podwójną. Gyyz, dziś używany nieomal wyłącznie w liturgii, powstał w Aksum w IV wieku. Do XIX stulecia był językiem literackim. W nim powstała epopeja Kebra Nagast, która wywodzi historię cesarskiej dynastii wprost od biblijnego Salomona. Spośród wielu języków współczesnej Etiopii tigrinia, którym do dziś mówią w okolicach Aksum i w Erytrei, najbardziej przypomina gyyz. Tak, nie przypadkiem Evelyn Waugh, gdy w 1930 roku pojawił się jako korespondent na koronacji cesarza Hajle Syllasje, z uśmiechem porównywał rzeczywistość etiopską do tej z „Alicji w Krainie Czarów”. I ja, po latach ucieczek i powrotów, gdy spośród wszystkich krajów Afryki zdecydowałem się wybrać jeden, by móc wracać do niego przez resztę życia, uczyć się go, próbować zrozumieć, skłaniać z miłością głowę przed pięknem jego pejzażu i urodą mieszkańców, postanowiłem, że będzie to Etiopia.
IV.
Przejrzeć się w osobliwym lustrze, które podsuwają nam twarze południowo-zachodniej Etiopii, pogranicza Sudanu i Kenii. W nadziei, że spotkamy siebie sprzed tysiącleci, gdy wszystko jeszcze mogło potoczyć się inaczej. Z czasu niewinności, przymierza z naturą, obojętności wobec mijającego czasu, prostoty życia, braku wszystkiego, co zbędne. Ileż wolności. Spotykam tu ludzi zdumiewająco do mnie podobnych. Bawi nas to samo, bliźniacze są nasze lęki i pragnienia: bliskości, czułości, miłości. Nie znajdziemy tu raju, ale postawimy parę przydatnych pytań. Co naprawdę daje nam szczęście? Czy koniecznie musimy wiedzieć, co się dzieje za górami na horyzoncie? Innymi słowy, włączać każdego rana programy informacyjne, gdzie jedynie przemoc, groza i brak nadziei? (…) Czy zostałbym? Czy zazdroszczę? Czy będę tęsknił? Wątpię. Ale raz na parę lat lubię wrócić na zerowy południk w nadziei, że własne wyprostuję ścieżki.
Zobacz też: Zapomnij o drogich Malediwach. Ta hiszpańska perełka daje ten sam efekt za ułamek ceny

V.
Fotografowanie jest jak życie samo. Nie tym, czego się po nim spodziewasz, na co czekasz i masz nadzieję, co roisz sobie. Ale tym, co los stawia na twojej drodze. Stary Harar – 360 uliczek. Którą z nich, krętych, stromych, wybierzesz? Na każdej z nich przeżyjesz co innego. (…) Ale ty sfotografujesz jedynie to, co znajdziesz na drodze, którą sobie wybrałeś. Ważne, żebyś to ty wybrał ją dla siebie, gdy już pożegnasz przewodnika: rodziców i nauczycieli. A wtedy z pokorą, a przede wszystkim z uwagą przyjmij to, co ci rzeczywistość stawia na drodze. Bacz na to, co jest, a nie myśl, jak być mogło. I jeszcze pamiętaj, co mówi Julia Hartwig: „Patrzenie wymaga uwagi, czasu i milczenia”.
VI.
(…) Żurawie. Smużki dymu obleczone w pióra. Wracają do mnie każdego lata. Jestem za to wdzięczny. W godzinie półmroku jest ich dziś tak wiele. Liczę: dwadzieścia parę. Spacerują grupami, bez pośpiechu. Stają, jakby do omówienia było coś ważnego. Obowiązują stroje wieczorowe. Elegancja ich ruchu, spokój, dostojeństwo. Zwykle płoszą się prędko. A tego wieczoru nie czują niepokoju i podchodzę blisko. Na tyle, że łowię światło ich spojrzenia. Ta chwila waży i dziękuję za nią.
Ich głosy mówią do mnie. Żale i tęsknoty klangoru pojmuję. Przecież ich oczy jeszcze tak niedawno patrzyły na Gheraltę i jezioro Tana. Ciała smukłe, lotne mijały linie frontu niezauważone. Wracajcie do mnie, żurawie, wracajcie. Mówcie, co nad Omo, w Aksum, Lalibeli. Przynoście swoje wspomnienia z gór Semien. Bo obrazy Afryki dzień po dniu mi blakną; milkną, nikną i gasną w pamięci.
Tekst i zdjęcia MARCIN KYDRYŃSKI
