Reklama

Zaczyna się niewinnie. Planujesz wakacje, wchodzisz na Booking, filtrujesz po ocenie i cenie, rezerwujesz i lecisz. Przez siedem dni zaliczasz atrakcje z listy, robisz zdjęcia, jesz w restauracjach z angielskim menu i wracasz z poczuciem, że byłaś bardzo zajęta. A potem ktoś pyta: jak tam było? I przez chwilę nie wiesz, co odpowiedzieć.
Ten model podróżowania ma nawet swoją nazwę — turystyka punktowa. Zaliczasz miejsca jak punkty na liście, przemieszczasz się z prędkością, która nie pozwala niczego poczuć, i wracasz zmęczona bardziej, niż byłaś przed wyjazdem. Coraz więcej kobiet mówi, że to nie jest odpoczynek. To kolejny projekt do odhaczenia.

Czym właściwie jest slow travel

Slow travel — powolna podróż — to filozofia, która zakłada, że lepiej poznać jedno miejsce naprawdę niż dziesięć miejsc powierzchownie. Zamiast tygodnia w pięciu miastach, spędzasz miesiąc w jednym. Wynajmujesz mieszkanie lub dom, nie pokój hotelowy. Robisz zakupy na lokalnym targu. Uczysz się, gdzie miejscowi jedzą śniadanie i o której godzinie park jest pusty.
To nie jest nowy pomysł — od dekad praktykowali go pisarze, artyści i cyfrowi nomadzi. Ale dopiero teraz, po pandemii, która przeorganizowała nasze myślenie o czasie i przestrzeni, slow travel trafił pod strzechy. A konkretnie — pod strzechy pracujących zdalnie kobiet, które odkryły, że nie muszą czekać na urlop, żeby wyjechać.

Dlaczego kobiety wybierają to częściej niż mężczyźni

Badania nad turystyką konsekwentnie pokazują, że kobiety podróżują inaczej niż mężczyźni. Rzadziej interesuje je zaliczanie atrakcji i zdobywanie szczytów — częściej szukają kontaktu, rytmu codzienności, poczucia, że gdzieś przynależą, choćby tymczasowo. Slow travel odpowiada na te potrzeby precyzyjnie.
Jest też wymiar praktyczny. Kobiety wciąż nieproporcjonalnie często odpowiadają za organizację życia rodzinnego — i wakacje all inclusive z resortowym programem animacji to często jedyna forma odpoczynku, która nie wymaga od nich planowania każdego kroku. Slow travel proponuje inne wyjście: prostotę nie przez wypakowany program, ale przez zwolnienie. Przez to, że przez miesiąc nie trzeba nigdzie jechać. Bo już się jest.

To nie musi być drogie — często jest taniej

Największy mit o slow travel to ten o cenie. Tymczasem matematyka jest prosta: długoterminowe wynajmy są proporcjonalnie znacznie tańsze niż noclegi na kilka dni. Właściciel mieszkania we Florencji, Lizbonie czy Oaxace chętnie daje zniżkę za miesiąc, bo nie musi co kilka dni sprzątać i przyjmować nowych gości.
Do tego dochodzi brak kosztów restauracji przy każdym posiłku. Kiedy masz kuchnię, robisz zakupy na targu i gotujesz — i nagle jedzenie staje się częścią doświadczenia, a nie kosztem do zminimalizowania. Wielu slow travellerów mówi, że miesiąc za granicą kosztował ich tyle samo lub mniej niż tydzień w hotelu.

Jak zacząć, jeśli nie pracujesz zdalnie

Slow travel nie jest zarezerwowany dla nomadów z laptopem. Coraz więcej kobiet bierze dłuższy urlop — trzy, cztery tygodnie — i spędza go w jednym miejscu zamiast przemieszczać się co dwa dni. Niektóre łączą to z sabbaticalem, urlopem bezpłatnym albo po prostu latami urlopu zaległego, który i tak im przepada.
Można też zacząć mniejszym krokiem: zamiast tygodnia all inclusive, dwa tygodnie w wynajętym domu w jednym miejscu. Bez programu, bez listy atrakcji do zaliczenia, bez transferów co dwa dni. Tylko jedno miasto, jeden rytm, jeden targ, do którego się wraca.

Dokąd jadą kobiety, które wybrały slow travel

Lizbona i Porto — tanie, piękne, bezpieczne, z rozbudowaną infrastrukturą dla pracujących zdalnie i świetną kawą. Sewilla — powolna, zmysłowa, poza sezonem niedroga i pełna codziennego życia, które toczy się na ulicy. Tbilisi — odkrycie ostatnich lat, z niezwykłą architekturą, naturalnym winem i cenami, które robią wrażenie na każdej Europejce. Chiang Mai w Tajlandii — klasyk slow travel, z tysiącami kawiarni z szybkim wi-fi, rynkiem nocnym i świątyniami, do których można wracać wiele razy.
W Polsce i blisko: Trójmiasto poza sezonem, Wrocław, Kraków na miesiąc — albo Słowacja, Chorwacja poza lipcem i sierpniem, gdzie ceny spadają o połowę, a miejsca wracają do swojego prawdziwego rytmu.

Co slow travel zmienia naprawdę

Kobiety, które praktykują slow travel od kilku lat, mówią podobnie: nie chodzi o miejsca. Chodzi o to, co się dzieje w środku, kiedy przestajesz się spieszyć. Kiedy przestajesz zaliczać i zaczynasz być.
Jedna z nich ujęła to tak: przez pierwsze trzy dni byłam roztrzęsiona, bo nie wiedziałam, co mam robić. Potem zaczęłam czytać. Potem pisać. Potem zadzwoniłam do mamy — nie żeby powiedzieć, że jadę gdzieś, tylko żeby porozmawiać. I pomyślałam, że ostatni raz to czułam jakieś dwadzieścia lat temu. Że tak właśnie powinien wyglądać odpoczynek.

Slo travel - jak podróżują kobiety?
Slo travel - jak podróżują kobiety? Adobe Stock
Reklama
Reklama
Reklama