Reklama

Autobus powoli zakręcił i zatrzymał się na dużym parkingu. Wysiedliśmy. Była ósma rano, a w powietrzu wciąż czuć było przeciągającą się noc. Rozejrzałem się. Stałem w dolinie otoczonej górami porośniętymi gęstym lasem. Korony drzew zbijały się w jednolitą ścianę, przez którą nie dało się dostrzec nic więcej. To miejsce oddychało. Mgła unosiła się powoli i opadała, jakby góry brały głęboki, spokojny oddech. Powietrze było wilgotne i chłodne, a każdy wdech miał w sobie coś kojącego, niemal hipnotycznego. Stałem w ciszy, próbując to uchwycić.
Nasze spojrzenia się spotkały. Kunito, mój przyjaciel i przewodnik, który tego dnia postanowił pokazać mi piękno prefektury Wakayama, kiwnął lekko głową i wskazał na duży kamień z wyrytymi japońskimi znakami.

Tradycje shinto i buddyzmu

„Daimonzaka”, powiedział.

Znajdowaliśmy się na trasie Kumano Kodo – jednej z najstarszych sieci pielgrzymkowych w Japonii, prowadzącej przez góry Kii do trzech wielkich sanktuariów Kumano. Od ponad tysiąca lat przemierzają ją pielgrzymi, łącząc wędrówkę fizyczną z duchową. Trasa ta wpisana jest na listę UNESCO jako Kulturowy Krajobraz Dziedzictwa Światowego.
Kumano Kodo to przestrzeń, w której przenikają się tradycje shinto i buddyzmu. Natura nie jest tu tłem, lecz częścią sacrum – lasy, góry i kamienne ścieżki traktowane są jako zamieszkałe przez bóstwa. Na końcu tej konkretnej drogi znajduje się Kumano Nachi Taisha – świątynia shintoistyczna połączona z buddyjskim kompleksem Seiganto-ji, a ponad nimi góruje wodospad Nachi, uznawany za fizyczne wcielenie boskości.

Ruszyliśmy przed siebie w stronę ściany lasu. W jej zwartej, niemal monolitycznej strukturze dostrzegłem wejście na ścieżkę. Dwa ogromne cedry, liczące setki lat, stały po obu stronach jak naturalna brama. Zapraszały do wejścia – w głąb lasu i dalej, na starą drogę pielgrzymów. To właśnie Meoto Sugi – „Małżonkowie”, drzewa symbolizujące jedność i harmonię.
Zbliżając się, przeszliśmy przez most Furikase, a tuż za nim minęliśmy bramę torii – przejście, które w japońskiej tradycji wyznacza granicę między codziennością a przestrzenią sacrum. Ten moment był niemal niewyczuwalny fizycznie, a jednocześnie wyraźny na poziomie odczucia – jakby coś za nami cicho się zamknęło. Byliśmy zupełnie sami. Mgła wypełniała dolinę, tłumiąc dźwięki i potęgując wrażenie pustki. Chciałem jak najszybciej wejść do lasu. Emanował spokojem, który przyciągał, a jego ledwie słyszalne odgłosy zapowiadały coś, czego wcześniej nie znałem. Zatrzymaliśmy się na moment na skraju. Po chwili postawiłem stopę na kamiennych stopniach.

Blisko 300 kamiennych schodów na szlaku Daimonzaka, który ciągnie się przez 600 metrów, a różnica poziomów wynosi 100 metrów.
Blisko 300 kamiennych schodów na szlaku Daimonzaka, który ciągnie się przez 600 metrów, a różnica poziomów wynosi 100 metrów. Edwin Radzikowski

Kunito uśmiechnął się do mnie i również wszedł na ścieżkę. Szliśmy spokojnie, każdy swoim tempem, otoczeni cedrowym lasem. Kamienne schody układano tu od okresu Heian (794–1185 naszej ery), aby ułatwić pielgrzymom dotarcie do wielkiej świątyni Kumano Nachi Taisha i całego sakralnego kompleksu usytuowanego na górze.
Po kilku minutach wspinaczki zrobiło się gorąco, oddech się skrócił i musieliśmy na chwilę przystanąć. Kamienne stopnie pokrywał gruby, miękki mech. Na niektórych widniały japońskie znaki – inskrypcje poświęcone bóstwom lub upamiętniające fundatorów szlaku. Po obu stronach ścieżki, wśród paproci i wilgotnej zieleni, dostrzegałem niewielkie kamienne posągi Jizō – buddyjskich opiekunów podróżnych, pielgrzymów i dzieci. Ubrane w czerwone kubraczki i śliniaki, wyglądały jak mali, milczący strażnicy czuwający nad tym miejscem od setek lat.

Kamień z inskrypcją „Daimonzaka” wyznacza początek jednego z najważniejszych odcinków szlaku Kumano Kodo.
Kamień z inskrypcją „Daimonzaka” wyznacza początek jednego z najważniejszych odcinków szlaku Kumano Kodo. Edwin Radzikowski
Blisko 300 kamiennych schodów na szlaku Daimonzaka, który ciągnie się przez 600 metrów, a różnica poziomów wynosi 100 metrów.
Blisko 300 kamiennych schodów na szlaku Daimonzaka, który ciągnie się przez 600 metrów, a różnica poziomów wynosi 100 metrów. Edwin Radzikowski

Prawda tkwi w ciszy

Ruszyliśmy dalej. Kamienie były wilgotne, ale stopy pewnie znajdowały na nich oparcie. Każdy krok w górę zdawał się oddalać nas od świata, który zostawiliśmy na dole, przy przystanku autobusowym.

Tutaj czas płynął inaczej, odmierzały go nie minuty, a miarowy oddech lasu i rytmiczne uderzenia naszych butów o wiekowy bruk. W pewnym momencie mgła zaczęła rzednąć, rozdzierana przez pierwsze, nieśmiałe promienie słońca przebijające się przez korony cedrów. Światło kładło się na mchu długimi smugami, nadając wszystkiemu nierealny, niemal złoty odcień. Czułem, jak narasta we mnie dziwne napięcie – rodzaj radosnego wyczekiwania.

Nagle zapach lasu się zmienił. Do woni mokrej ziemi i igliwia dołączył chłodny, metaliczny powiew. To była wilgoć niesiona przez wiatr od strony niewidocznego jeszcze „giganta”.
Zatrzymaliśmy się na jednym z zakrętów, gdzie schody stawały się bardziej strome. Kunito uniósł dłoń, nakazując mi nasłuchiwać. Wtedy go usłyszałem. Najpierw był to niski pomruk, wyczuwalny gdzieś głęboko w ciele, który z każdym krokiem potężniał, aż wypełnił przestrzeń między drzewami. Nie był to hałas, lecz głęboka, niemal kojąca pieśń spadającej wody.
Nagle las i kamienne schody się skończyły. Wyszliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie dzika przyroda ustąpiła miejsca architekturze, która zdawała się wyrastać wprost ze skał.
Nad nami górowała czerwona pagoda Seiganto-ji, a tuż za nią, w całej swojej surowej potędze opadał biały pióropusz wodospadu Nachi.

Dziedziniec kompleksu świątynnego i Kumano Nachi Taisha, miejsce rytualnego oczyszczenia przed spotkaniem z „gigantem”.
Dziedziniec kompleksu świątynnego i Kumano Nachi Taisha, miejsce rytualnego oczyszczenia przed spotkaniem z „gigantem”. Edwin Radzikowski

Spojrzałem na Kunito. Nie musiał nic mówić. Staliśmy tam w ciszy, patrząc na miejsce, które dla milionów ludzi przed nami było czymś więcej niż tylko celem podróży.
W tym miejscu, gdzie woda spotyka się z niebem, a historia z teraźniejszością, łatwo było zrozumieć, dlaczego ludzie wracali tu przez setki lat. Prawda o tym miejscu nie tkwiła w znakach wyrytych w kamieniu, ale w ciszy, którą niosło się w sobie po pokonaniu ostatniego stopnia.

Znajdowaliśmy się teraz na rozległym, wypłaszczonym terenie, gdzie ulokowane są główne założenia sakralne – sanktuarium Kumano Nachi Taisha. W powietrzu unosił się zapach palonych kadzideł, mieszający się z wilgocią kamieni i drewna.

Pośrodku placu stało potężne drzewo kamforowe zwane Goshinboku. Jego pień był pusty, a wejście do środka symbolizowało powrót do łona ziemi i duchowe odrodzenie. Stanąłem w jego wnętrzu. Otaczał mnie zapach starego drewna i gęsta ciemność. Dźwięki z zewnątrz przycichły, a czas zdawał się zwalniać, a może nawet na chwilę zatrzymał się całkowicie.
Myślałem o tym miejscu – o tym, że powstało setki lat temu, by człowiek mógł oddawać cześć naturze. I o sprzeczności, której nie dało się zignorować. Tu natura była święta. Była bogiem. Zaledwie kilkanaście kilometrów dalej przybierała już zupełnie inny wymiar – bardziej użytkowy, bardziej ekonomiczny.
Kunito poprowadził mnie do kamiennej fontanny, zadaszonej ozdobnym dachem. Chwyciłem drewniany czerpak. Woda była lodowata. Umyłem ręce, a potem – zgodnie z jego gestem – zwilżyłem usta.

Kamienna stela bogini Benzaiten, której pielgrzymi oddają cześć, przygotowując się na spotkanie z potęgą wodospadu Nachi.
Kamienna stela bogini Benzaiten, której pielgrzymi oddają cześć, przygotowując się na spotkanie z potęgą wodospadu Nachi. Edwin Radzikowski

Rytuał oczyszczenia

Ten krótki rytuał oczyszczenia zmył ze mnie pył drogi i hałas świata, z którego tu przybyłem. Stanęliśmy przed głównym pawilonem świątyni. Z sufitu zwisały ciężkie, mosiężne dzwony na grubych, czerwonych sznurach. Kunito chwycił jeden z nich i energicznie potrząsnął. Głuchy, czysty dźwięk rozszedł się po całym placu.
„Make a wish”, powiedział.

Zamknąłem oczy. Pociągnąłem za sznur i poczułem wibrację, która rozeszła się po całym ciele. Pomyślałem życzenie.
Kiedy wybrzmiał ostatni ton dzwonu, ruszyłem za Kunito. Szliśmy dalej, już bez pośpiechu, po wypłaszczonym terenie prowadzącym w stronę wodospadu. Zatrzymaliśmy się przy potężnym monolicie. Wyryte na nim białe znaki układały się w imię wielkiej bogini Benzaiten – opiekunki wszystkiego, co płynie: od muzyki przez słowo i mądrość aż po samą wodę, która z hukiem spadała gdzieś niedaleko, jeszcze niewidoczna, ale już wyraźnie obecna.

Zmęczenie drogą dawało się nam we znaki. Kunito wskazał miejsce do odpoczynku. Nie była to zwykła ławka, lecz przestrzeń przypominająca starannie pielęgnowany ogród zen.
Biały żwir był ułożony w koncentryczne kręgi, przypominające taflę jeziora, w którą ktoś rzucił kamień. Usiedliśmy. To miejsce było zawieszone między górami a mgłą. Wszystko zdawało się pozostawać w delikatnym zawieszeniu. Tuż obok stały kolejne posągi Jizō. Ich czerwone kubraczki mocno kontrastowały z przytłumioną kolorystyką otoczenia. Kilka kroków dalej dostrzegłem leżącą, uśmiechniętą postać Hotei – spokojną, niemal ludzką w wyrazie twarzy. W jego obecności było coś lekkiego, jakby przypomnienie, że nawet w miejscach pełnych skupienia jest przestrzeń na oddech.

Ruszyliśmy dalej. Po chwili przed nami pojawiła się ściana lasu, a w niej wyłoniła się jasna brama torii. Przechodząc przez nią, ponownie weszliśmy w przestrzeń, w której obecność natury miała inny ciężar. Dźwięk spadającej wody był już wyraźny – głęboki i nieprzerwany. Pod stopami znów pojawiły się kamienne schody, tym razem prowadzące w dół. Zieleń wokół była intensywna – mech, cedry i ogromne paprocie tworzyły gęstą, niemal pierwotną strukturę. Droga zaczęła gwałtownie opadać. Schody wydawały się nie mieć końca, a każdy krok przybliżał nas do źródła tego dźwięku, który wcześniej był tylko tłem. Wilgoć w powietrzu gęstniała, osiadając na ubraniach drobną, chłodną warstwą. Las znów zmienił swoje oblicze – cedry stały się jeszcze wyższe, a kamienne mury porastały stare porosty, nadając im wygląd czegoś, co trwa tu od zawsze.

Posągi Jizō, jako opiekunowie podróżnych i dzieci, milcząco towarzyszą pielgrzymom na każdym etapie wspinaczki, przypominając o kruchości życia i potrzebie opieki nad tym, co słabe.
Posągi Jizō, jako opiekunowie podróżnych i dzieci, milcząco towarzyszą pielgrzymom na każdym etapie wspinaczki, przypominając o kruchości życia i potrzebie opieki nad tym, co słabe. Edwin Radzikowski

Przejście do innego świata

W końcu dotarliśmy na dół, na kamienny dziedziniec przy sanktuarium Hiro-jinja. Przede mną, za jasną bramą torii, która na tle ciemnej skały wyglądała jak przejście do innego świata, ukazał się on – wodospad Nachi w całej swojej surowej, nieposkromionej potędze; 133 metry czystej, białej energii spadającej pionowo wprost w ciemną toń kamiennego basenu. Na placu stało niewielkie, zadaszone palenisko, z którego unosił się błękitny dym kadzideł. Ludzie podchodzili tam w milczeniu, kłaniali się i szeptali modlitwy, których dźwięk natychmiast ginął w huku wody. Nie było tu monumentalnych budowli ani bogatych zdobień. Tylko drewno, kamień i ten pionowy, biały pas przecinający zieleń góry. Dopiero tutaj zrozumiałem. To miejsce nie potrzebowało świątyni. Zatrzymałem się przy barierce i pozwoliłem, by chłodny pył wodny osiadł mi na twarzy. W tym miejscu, u stóp wodospadu, wszystko, co przywiozłem ze sobą – pośpiech, napięcia, sprawy z innego świata – nagle straciło znaczenie. Czułem się jak ziarenko żwiru w ogrodzie, który mijaliśmy wcześniej – małe, ale będące częścią czegoś większego.
Kunito stanął obok mnie.

„Wodospad nie milknie nigdy”, powiedział, patrząc w górę, tam, gdzie woda znikała w nisko zawieszonych chmurach. „Płynie tak od tysięcy lat, niezależnie od tego, czy ktoś na niego patrzy, czy nie”.

Wracając w stronę przystanku, czułem w nogach ciężar każdego pokonanego stopnia, ale w głowie panowała niespotykana jasność. Gdy autobus w końcu nadjechał, przecinając mżawkę światłami, obejrzałem się ostatni raz. Góry Nachi znów zaczęły znikać we mgle, jakby powoli zamykały za nami swoje drzwi.

Odjeżdżaliśmy.
Ale cisza, którą znalazłem tego dnia, została ze mną.

Hiro-jinja – serce sanktuarium u stóp Nachi. Tutaj nie ma posągów ani żadnego pawilonu, sam wodospad ujęty w ramy bramy torii jest czczony jako żywe bóstwo kami.
Hiro-jinja – serce sanktuarium u stóp Nachi. Tutaj nie ma posągów ani żadnego pawilonu, sam wodospad ujęty w ramy bramy torii jest czczony jako żywe bóstwo kami. Edwin Radzikowski

Tekst i zdjęcia EDWIN RADZIKOWSKI

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...