Na mapie Warszawy pojawiło się miejsce, które wygląda jak galeria sztuki. Trafiają tu kobiety, które nie kupują torebek impulsywnie!
Dziesięć lat temu Monika Kalicińska miała pomysł. Dziś Mandel to polska marka torebek, która robi furorę w Paryżu i Kopenhadze i właśnie otworzyła w Warszawie przestrzeń, która jest najlepszym dotychczas wyrazem tego, czym ta marka naprawdę jest.

- Redakcja VIVA!
Są marki, które się ogląda. I są marki, które się rozumie — dopiero po tym, jak trzyma się ich produkt w dłoni. Mandel należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii.
Nowy showroom przy Nowogrodzkiej 18A/1 w Warszawie to przestrzeń, w której to rozumienie przychodzi szybko. Białe ściany, kamienne cokoły, torebki ustawione jak eksponaty w prywatnym muzeum designu. Każdy detal przemyślany, każda ekspozycja celowa. To nie jest sklep w tradycyjnym sensie — to manifest dziesięciu lat pracy, zamknięty w kilkuset metrach kwadratowych przy jednej z najbardziej eleganckich ulic stolicy.
Dekada, która zaczęła się od jednego produktu
Monika Kalicińska założyła Mandel w 2015 roku — jako studentka architektury krajobrazu, z jednym pomysłem i pierwszą sesją w szklarni rodziców. Produkt? "Portphonetka" — torebka z przyssawkami na telefon, która z modą miała wtedy niewiele wspólnego. Ale miała coś innego: odpowiadała na realną potrzebę kobiety, która nie chce nosić ze sobą więcej niż musi.
To była zapowiedź filozofii, która definiuje markę do dziś.
Przełom nastąpił w 2018 roku, gdy Mandel stworzył Phone Purse — model łączący miejsce na telefon, szminkę i karty — i z marki gadżetowej stał się marką modową. Bestsellerowy Phone Purse sprzedaje się do dziś. Kolejne kolekcje przyniosły kolejne kultowe modele: "LUNCH" z Croisantem, Lotusem i Dumplingiem, "Marroni," a wreszcie linia "GLUTEN MORGEN" z modelami Bohen, Büla, Toast i Briosche — która podbiła serca kobiet w Polsce i za granicą.
Od Warszawy do Paryża i Kopenhagi
Dziesięć lat to czas, w którym Mandel przeszedł drogę, którą większość polskich marek modowych przebywa znacznie dłużej. W 2023 roku marka otworzyła własną szwalnię, co oznaczało pełną kontrolę nad każdym etapem produkcji i możliwość skalowania jakości bez kompromisów. W 2025 roku otworzył showroom w Paryżu. Na początku 2026 roku — pop-up w prestiżowym domu towarowym Illum w Kopenhadze.
Dziś torebki Mandel noszą duńskie it-girls Jeanette Madsen i Thory Valdimars, a w Polsce — Maja Ostaszewska, Julia Wieniawa i Sylwia Butor. Nie dlatego, że marka je o to prosiła. Dlatego, że chciały.

Nowy showroom — to samo miejsce, zupełnie inny poziom
Adres pozostaje ten sam — legendarna kamienica przy Nowogrodzkiej 18A Ale Mandel przeniósł się trzy piętra niżej i zaprojektował przestrzeń od zera, tak żeby oddać to, czym marka jest w 2026 roku: dojrzała, precyzyjna, z wyraźną tożsamością estetyczną.
W showroomie dostępna jest pełna kolekcja — wszystkie modele, kolory i konfiguracje pasków i uchwytów. To ważne, bo każda torebka Mandel ma wymienne uchwyty i paski: ta sama torba nosi się zupełnie inaczej na długim pasku niż w dłoni — i tej różnicy po prostu nie da się ocenić na zdjęciu.
Końcówka 2025 roku przyniosła też debiut linii akcesoriów i autorskiej biżuterii "Signature M" — kolejny rozdział marki, która konsekwentnie buduje kompletny świat, a nie tylko kolekcję sezonową.
— Te 10 lat to droga od jednego pomysłu do własnej szwalni i obecności na najważniejszych rynkach modowych. Nowy showroom na Nowogrodzkiej to dla nas symbol tej drogi: jesteśmy w tym samym miejscu, ale na zupełnie innym poziomie — mówi Monika Kalicińska.\
