WYWIADY VIVY!

Witold Sadowy: „Uważam, że starzeć należy się z godnością”

„Każdy musi umrzeć. Będą o mnie pamiętali, to dobrze, a nie będą, też dobrze”

Elżbieta Pawełek 4 maja 2020 06:01

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Elżbiety Pawełek z Witoldem Sadowym. Wywiad ukazał się w marcu 2020 roku w magazynie VIVA!

Magazyn VIVA! Witold Sadowy wywiad

Ma głowę jak komputer, wciąż fantastyczną pamięć i ku zdziwieniu młodych surfuje po internecie. Mówi, że jest obłąkany na punkcie teatru, ogląda prawie wszystkie przedstawienia. Mając 100 lat, otwarcie przyznał: „Jestem gejem”. Witold Sadowy, legendarny aktor, autor książki „Przekraczam setkę”, o swoim niezwykłym życiu mówi w poruszającej rozmowie z Elżbietą Pawełek.

Mam tremę, bo rozmawiam z najdłużej żyjącym polskim aktorem. Jak się Pan czuje?

Trzymam się, bo „nie mogę się puszczać”, jak mówił Wiesio Michnikowski. Ale dziś z rana czułem się okropnie. Boże, przekroczyłem setkę! Urządzili mi galę w teatrze Ateneum, do czego to doszło, cudowne to było… Żyję długo, może za długo? Wciąż uśmiecham się do ludzi, nienawidzę ponuraków i narzekających. Kiedy się zestarzałem, powiesiłem nad biurkiem plakat, który dostałem od moich przyjaciół, z napisem: „Z każdym dniem mojego życia zwiększa się liczba tych, którzy mogą mnie pocałować w d…”. 

Na świecie żyje niewielu stulatków. Czuje się Pan wyróżniony?

Nie, ale Kirk Douglas, który dożył 103 lat, lepiej się poruszał ode mnie bez laski. Powiedziałem w jednym z wywiadów: „Proszę nie mówić, że starość jest piękna. Może być taka, jeżeli człowiek jest zdrowy, znajdzie sobie zajęcie”. Słyszę na mój temat: „Jak ty ładnie wyglądasz”. Odpowiadam: „Bo na twarz nie choruję”. Albo: „Wituś, co ty na nią kładziesz?”. Ja: „Dawniej Bebiko, teraz krem Nivea”. Ale gdyby ktoś zobaczył, jak wyglądam, zanim doprowadzę się do porządku, to nie wiem, co by powiedział. 

 Gdyby nie ta laska, to może wybrałby się Pan jeszcze na tańce?

Już teraz nie, ale tańczyłem na weselu Lidki Sadowej, mojej kuzynki, pięć lat temu z Kasią, żoną Andrzeja Seweryna. Przemiła kobieta. 

 Aby przeżyć tyle lat, potrzebne są dobre geny?

Nie wiem. Czasy, kiedy byłem aktorem i odnosiłem sukcesy, dawno minęły. Ale okazuje się, że wystarczy zajrzeć do smartfona, aby znaleźć o sobie wiadomości na drugim końcu świata. Wciąż jestem na fali. Niedawno trafiłem na bilecik od Haliny Friedmannowej, matki Stefana Friedmanna, w jednej z moich książek. Przyjaźniłem się z nią, bo razem pracowaliśmy w Teatrze Nowym przy Puławskiej, gdzie była suflerką. Patrzę, 19 luty 1994, co tam jest napisane: „Oj Sadowy, oj Sadowy, ty masz chyba zawrót głowy. By spamiętać tyle dat, trzeba mieć 20 lat. Gorąco Ci dziękuję, żeś nie zapomniał o mnie i w swej książce wspomniał o mnie. Za to pięknie Ci dziękuję i zaraz Cię pocałuję. Halina Friedmannowa”. 

 Niektórzy mówią, że Pańską pamięć można by mierzyć w megabajtach…

Tak twierdzi mój przyjaciel Krzysiek Szuster, prezes ZASP. Nie wiem, czym są megabajty, ale nie muszę niczego szukać w Google, bo pamięć mam fantastyczną. Nikt mi nie wmówi, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Ale wszędzie słyszę same okropności i kłamstwa. Wydaje mi się, że żyję w wirtualnym świecie. 

Witold Sadowy, Viva! 7/2020
Fot. Zosia Promińska

 Swobodnie jednak surfuje Pan po internecie i pisze książki na komputerze?

Tak, ale wiele rzeczy jest dla mnie trudnych. Nacisnę na jakiś klawisz i wszystko mi ucieka. Napisałem już prawie książkę i wszystko uciekło. Boże, ale miałem ją w głowie i przez rok odtworzyłem. Jako pierwszy w środowisku aktorskim zacząłem pisać, ale nie o sobie, tylko o ludziach teatru, warszawskich scenach, bo „Mijają lata, zostają wspomnienia”, jak brzmi tytuł jednej z moich sześciu książek. 

 W najnowszej książce „Przekraczam setkę” Krzysztof Szuster dopisał od siebie: „Rok 2020 to dwie wielkie setne rocznice związane z Warszawą: CUD nad Wisłą i CUD przyjścia na świat Witolda Sadowego”. Jest Pan zaskoczony, że dożył tak sędziwego wieku? 

Dla mnie nic nie jest zaskoczeniem. Zaskoczeniem jest tylko, jak ten świat się zmienia. Nie rozumiem tego, bo przeżyłem 100 lat i tylko kilku momentów w swoim życiu nie pamiętam. Jeden moment był 17 września 1939 roku, jak Ruscy nas napadli i chcieli rozstrzelać. Po wybuchu wojny niezmobilizowani mężczyźni musieli uciekać z Warszawy. To był rozkaz, bo zaczęły się bombardowania. Ruszyliśmy w stronę Białegostoku, nie wiedzieliśmy, czy wrócimy, czy nie. 

Uciekaliście całą rodziną?

Nie, tylko z tatą i moim młodszym bratem Stefanem. Mama została w domu, płakała strasznie, ale musiała pilnować zakładu fotograficznego należącego do taty. Jechaliśmy samochodem uruchamianym na korbę. Na postoju Ruscy z czerwonymi gwiazdami zaczęli się przy nim kręcić. Mieli na sobie liche chałaty i karabiny zawieszone na sznurkach. Kazali tacie uruchomić samochód. Kręcił korbą, ale się nie udało. Oni, że to sabotaż. „Ruki wwierch!”, wydali komendę i wycelowali w nas z karabinów. Myślałem, że nas zastrzelą. Wtedy zaczął się nalot samolotów i wszyscy padliśmy na ziemię. Potem już ich nie było, samochodu nie zabrali, więc pojechaliśmy. Co było dalej, nie pamiętam. Musiał to być dla mnie straszny wstrząs. Pamiętam wszystko dopiero od powrotu do Warszawy, gdzie wisiały już niemieckie obwieszczenia. Mój brat miał 19 lat i był w AK, tak jak ojciec. Nikt nie myślał, że to tyle potrwa. Warszawa cierpiała coraz większy głód, więc z Jankiem, moim przyjacielem, wybraliśmy się do Piaseczna, żeby zdobyć trochę żywności. Byliśmy już w pociągu, jak usłyszeliśmy ryk syren. To był sygnał, że wybuchło powstanie. Pierwszą noc przesiedzieliśmy na kartoflisku. Widzieliśmy potem dymy nad Warszawą, do której powrót został odcięty. 

 W tym czasie Pański ojciec z bratem walczyli na barykadach?

Nie wiedziałem o tym. Ojca zobaczyłem dopiero po śmierci, podczas ekshumacji, bo wszystkich wrzucono do zbiorowych grobów, wwalili, zasypali piachem, bez trumien. Brat też zginął, pocisk urwał mu nogę…

Wojna pokrzyżowała Panu ambitne plany, żeby zostać aktorem?

Nie myślałem tak, byliśmy zadowoleni, że żyjemy. Ale 7 września miałem mieć przesłuchanie w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. Nauki nie rozpocząłem…

 Czy to prawda, że chodzi Pan na wszystkie premiery teatralne?

Wciąż jestem obłąkany na punkcie teatru. Od chwili, kiedy połknąłem bakcyla, oglądam prawie wszystkie przedstawienia. Niektóre z trudem akceptuję w nowej adaptacji, wściekam się i pomstuję. Ale już teraz do opery nie chcę chodzić, bo jakie to opery. Zwariowali, co oni robią? Moniuszkowska Halka kopuluje ze swoim kochankiem na stole… Ostatnio widziałem „Woyzecka” Georga Büchnera w Teatrze Narodowym w genialnej reżyserii Piotra Cieplaka. Ale nie wiem, czy ludzie będą na to chodzili, bo pewnie wolą komedie. Spektakl przestrzega przed dyktaturą, rasizmem i podziałem…

 Według Krystyny Jandy wie Pan wszystko o spektaklach, łącznie z tym, jaka pogoda była w dniu premiery. 

Czasem robię notatki w kalendarzu, z których potem korzystam przy pisaniu książek i felietonów. Jandę widziałem jeszcze w „Człowieku z marmuru”. Nie podobała mi się w nim, bo była strasznie nerwowa, paliła papierosy, ale to jest wielka aktorka. Zabrali jej dotacje, a jednak nie dała się i prowadzi oba teatry. 

 Zawsze chciał być Pan aktorem?

Już jako kilkulatek występowałem w teatrze dziecięcym. Zagrałem Włoszkę z Milano w szkolnym przedstawieniu „Laleczka z saskiej porcelany”, gdzie wystąpiły same chłopaki przebrane za dziewczyny. Swoją miłość do grania przypłaciłem raz laniem od ojca. Statystowałem na planie filmowym „Pieśniarza Warszawy” i wróciłem o piątej nad ranem. Cieć, widząc mnie, powiedział: „Oj, dostaniesz w dupę”. No i dostałem. 

Witold Sadowy, Viva! 7/2020
Fot. Zosia Promińska

 Po wyzwoleniu grał Pan w wielu teatrach warszawskich u czołowych reżyserów, z największymi aktorami: Holoubkiem, Ćwiklińską, Mirą Zimińską. 

Ale prawie wszystkiego nauczył mnie Rysio Wasilewski, wspaniały aktor i reżyser, bo nie miałem szkoły aktorskiej. Grałem w pierwszym powojennym teatrze Warszawy na Pradze. Kino mnie nie lubiło. Zadebiutowałem w „Zakazanych piosenkach” rolą skrzypka konfidenta, gdzie pokazałem… swoje plecy. Mojej twarzy widzowie nie zobaczyli.

 Szkoda, bo na zdjęciach z młodości wyglądał Pan jak amant filmowy.

Reżyserzy widocznie tak nie uważali, więc grałem epizody. Trzeba było, jak inni, chodzić na wódkę do SPATiF-u, to może daliby większe role. Nikomu niczego nie zazdrościłem – ani pieniędzy, ani sławy. A jak zacząłem pisać recenzje teatralne i felietony do gazet, w tym do „Życia Warszawy” i „Gazety Wyborczej”, zobaczyłem, jak aktorzy są wrażliwi. Taki był Juliusz Osterwa, który miał specjalną metodę pracy z aktorem. Grałem kiedyś Lechona w „Lilli Wenedzie”, maleńką rólkę, a Osterwa grał Ślaza. I na tym niewielkim tekście Lechona kazał mi budować różne postaci: a to jakiegoś cwaniaka, a to faceta łagodnego, a to wyrzucanego z pracy. Na koniec mówił: „Wspaniale, to jest to!”. 

 Leon Schiller, u którego Pan grał, też był świetnym reżyserem.

Był geniuszem. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Wszyscy mówili, że nie szanuje aktorów, że jest wybitnie inteligentny. Bez przerwy palił mocne papierosy i pił kawę. Zobaczyłem, jak siedział w półcieniu w Teatrze Polskim. Wydałem mu się idealnym kandydatem do roli Aloszki w „Na dnie” Maksyma Gorkiego. Spytał, czy chcę z nim pracować. „Panie dyrektorze, to zaszczyt dla mnie, że pan do mnie w ten sposób mówi”, odpowiedziałem.  A on: „No to niech pan idzie i podpisze umowę”. Nazywał mnie Wsadowym, bo byłem gejem, ale wtedy o homoseksualizmie się nie mówiło tak jak teraz. Zresztą co ludzie o tym wiedzą? Czasem wystarczy przytulenie. Ja się nie puszczałem, miałem całe życie swego Janka i byłem z nim szczęśliwy. Kochaliśmy się. Janek był inżynierem i jednym z dyrektorów dużej firmy. Znał języki, jeździł za granicę. Kiedy był stary i schorowany, opiekowałem się nim do końca.

 Nie spełnił się Pan jako ojciec rodziny?

Nie, ale najważniejsza jest prawda przeżycia. Nie ożeniłem się, urodziłem się inny. Jestem gejem, dziś łatwiej to wyznać niż kiedyś.

 Wygląda Pan świetnie, jakby zszedł prosto ze sceny; piękny garnitur, superfryzura… 

Garnitury kupiłem, jak jeździłem do Ameryki, ale ten, który mam na sobie, jest polskiej firmy. 

 Podąża Pan za modą? 

Gdzie tam, wszystko to są starocie. Ten kapelusz jeszcze z Londynu. A płaszcz w kratkę to z Paryża, po Janku, a jego nie ma już ponad 20 lat. Napisał w testamencie: „Wszystko, co po mnie zostało, zapisuję swojemu kochanemu Witusiowi”. Nie byłem przy jego śmierci. Ale miałem szczęście pożegnać się z mamą, jak odchodziła. Była mi bardzo droga. Dała mi znać oczami, żebym się do niej przysunął. Nadstawiłem ucho, a ona powiedziała:  „Ja umieram”. Poleciały jej łzy. Za chwilę to już była kukiełka. 

Witold Sadowy, Viva! 7/2020
Fot. Zosia Promińska

Wielu Pańskich przyjaciół ze środowiska teatralnego ostatnio pożegnało się ze światem. Nie jest Panu przykro, jak się starzeją i umierają?

Nie. Tak musi być. Ale jak poprawiają sobie twarze i piersi, to jest głupie, bo człowiek sam siebie nie oszuka. Wie, ile ma lat. Uważam, że starzeć należy się z godnością, tyle że jedni starzeją się gorzej, a inni lepiej. Nie wiem, kto tym steruje, może sam Bóg? 

Od wielu lat pisze Pan wspomnienia o odchodzących aktorach. Nazywają Pana Charonem, który przeprowadza ich na drugą stronę. 

A kto mnie przeprowadzi – nie wiem. Mówią mi: „Wituś, musisz być nieśmiertelny jak Lenin, bo kto o nas napisze, jak odejdziemy?”. Niedawno w teatrze podeszła do mnie dziewczyna: „Boże, pan Sadowy, jak się cieszę…”. Czym sobie zasłużyłem? Marzyłem, żeby na moim pogrzebie były tłumy przyjaciół, tylko teraz ten cholerny koronawirus może to zburzyć. Każdy musi umrzeć. Będą o mnie pamiętali, to dobrze, a nie będą, też dobrze. Śni mi się, że jestem tam, ale zrobiony sztucznie i nie chodzę.

 Co jest po drugiej stronie?

Nie wiem. Takie pytanie już kiedyś ktoś mi zadał. Chciał porozmawiać o wierze i życiu pozagrobowym. W przeciwieństwie do mnie był niewierzący. Ale teraz, jak pani zapytała, zastanawiam się, czy mocno wierzę. Oglądałem „Pasję” z Melem Gibsonem, gdzie moim zdaniem było za dużo krwi. Są tam sceny, jak zakładają Chrystusowi cierniową koronę, to straszny ból, krew się leje, potem go biczują, znowu krew, potem niesie krzyż, upada, potem przybijają mu dłonie na krzyżu, w końcu umiera. I zmartwychwstaje. To jest piękna historia, cała Biblia opisująca dawny świat jest interesująca, ale skąd to się wszystko wzięło? Nie mogę tego zrozumieć. Tak jak tego, że żyję, rozmawiamy, a przed chwilą prawie umierałem. 

 Ale Pan walczy, nie poddaje się?

O nic nie walczę, nie chodzę do lekarzy. Wszyscy mi dają rady, jak dbać o siebie, jak chodzić, żeby się nie przewrócić. Jakie to idiotyczne! Wiem, że jak się przewrócę, to już koniec. Mam pić dwa litry wody dziennie. Kiedyś jej tyle nie piłem i było dobrze, a teraz nogi spuchnięte jak bania. Lepsze miała tylko Marysia Fołtyn. Ale nie boję się śmierci, po niej nic mnie nie będzie bolało.

 Gdyby mógł Pan zacząć życie od nowa, to coś w nim by zmienił?

Nie chciałbym niczego zaczynać. To, co przeżyłem, było piękne i wdzięczny jestem Bogu, że żyłem w ciekawych czasach. Kiedyś marzyłem, żeby zobaczyć Chiny, ale się nie udało. Teraz walczą tam z koronawirusem. Wszędzie są wirusy, dawniej była tylko gruźlica i ludzie jakoś żyli…

Może na koniec trafi Pan do Księgi rekordów Guinnessa? 

Już trafiłem. Mam uznany Rekord Polski na najstarszego autora książki. Specjalny certyfikat przyznano mi na scenie w moje 100. urodziny. Ale i tak zostałem przez los nagrodzony, że dane mi było tyle przeżyć. Za niczym już nie tęsknię, niczego nie żałuję.

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Pandemia nie zmieniła mojego życia, to ja sama je zmieniłam…”, mówi AGNIESZKA MACIĄG. Kraśko, Olejnik, Rodowicz, Rusinek, Szczygieł, Wojciechowska… o emocjach i rodzinnych relacjach w izolacji domowej. JACEK SANTORSKI radzi, jak nie zwariować w czasie pandemii. Zmierzch zachodniej cywilizacji? Beata Pawlikowska w egzystencjalnych rozważaniach w dobie koronawirusa.