WYWIADY VIVY!

Katarzyna Puzyńska: „Ja nie chciałam być modelką. Chciałam móc normalnie jeść”

„Teraz odżywiam się normalnie, ale to, co minęło, ciągle siedzi mi w głowie”

Katarzyna Piątkowska 12 maja 2020 06:19

W ramach cyklu Archiwum VIVY!: wywiady przypominamy rozmowę Katarzyny Piątkowskiej z Katarzyną Puzyńską. Wywiad ukazał się w sierpniu 2018 roku w magazynie VIVA!.

Magazyn VIVA! Katarzyna Puzyńska wywiad

Rzuciła pracę wykładowcy uniwersyteckiego i zaczęła pisać kryminały. Dzisiaj książki Katarzyny Puzyńskiej cieszą się wielkim powodzeniem nie tylko w Polsce. W szczerej rozmowie z Katarzyną Piątkowską opowiedziała, jaka jest cena bycia pisarzem, dlaczego przyznała się do anoreksji i prób samobójczych i po co zaangażowała się w pomoc policjantom. 

Ma krótkie blond włosy i ciało pokryte tatuażami. Nosi glany i skórzane kurtki. Skończyła psychologię, ale pisze książki o policjantach. Jej seria o tych z Lipowa ma już dziewięć części i sprzedaje się naprawdę świetnie. Katarzyna Puzyńska jest dowodem na to, że z pisania kryminałów da się żyć. Uwielbia bieganie, bo to ją relaksuje. Kocha psy i okolice Brodnicy. Gdy mąż zaprasza ją do kina, często odsyła go na… za miesiąc. Przez ostatni rok pracowała bardzo intensywnie. Pisała „Norę”, dziewiątą część swojej sagi, i książkę z wywiadami z policjantami. Cieszy się, gdy porównuje się ją do Camilli Läckberg. Przyznaje, że pisanie jest wykańczające, ale daje jej wielką radość. Czy trudno jest żyć z pisarzem? Czy trudno jest być pisarzem? Czy jest dobrą żoną? Dlaczego zaczęła mówić o anoreksji i próbach samobójczych?

Zło Cię kręci?

Powiedziałabym, że raczej fascynuje mnie to, jak cienka jest granica pomiędzy dobrem i złem. Ciekawi mnie, dlaczego zwykli ludzie popełniają zbrodnie. Co musiało się w życiu wydarzyć, żeby przejść na złą stronę, sięgnąć po ostateczność, czyli morderstwo. To jest motyw przewodni wszystkich moich książek. Staram się pokazać, że nikt nie jest w 100 procentach ani dobry, ani zły. 

 Z przestępstwami masz do czynienia od dzieciństwa.

Moja babcia była prokuratorem i nie ukrywała przede mną tego, co robi w pracy. Opowiadała o zbrodniach, które próbuje rozwiązać. Poza tym w moim domu półki uginały się od książek. Głównie kryminałów. Kiedyś zostałam poproszona o poprowadzenie zajęć dla gimnazjalistów. To były warsztaty pod tytułem „Lekcja kryminalna”. Zastanawiałam się, czy oni nie są za młodzi na takie tematy. A potem przypomniałam sobie, że pierwszy kryminał przeczytałam, gdy miałam jakieś siedem lat. To było „Morderstwo w Orient Expressie” Agathy Christie.

Katarzyna Puzyńska
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

 Teraz sama masz już na koncie dziewięć kryminałów, czyli serię o policjantach z Lipowa.

Do Agathy mi jeszcze daleko. Ale rozkręcam się.

 Pierwsze książki pisałaś, gdy wykładałaś na uczelni psychologię. Teraz już nie musisz pracować. Jesteś przykładem na to, że z pisania da się żyć.

Bardzo lubiłam pracę na uczelni, zajęcia ze studentami. Ale nie ukrywam, że teraz jest mi dużo łatwiej. Mogę skupić się tylko na pisaniu, na opowiadanej przeze mnie historii. To ma oczywiście też minusy. Na przykład taki, że jest to praca samotnicza. W początkowej fazie pracy nad książką oczywiście spotykam się z ludźmi. Rozmawiam z policjantami, robię research, dokumentację. Ale potem zostaję sama. Przerażające bywa to, jak w pisaniu jest się bardzo samotnym. W ogóle pisarze to dziwni ludzie. Z jednej strony introwertycy, z drugiej ekstrawertycy. Może powinnam mówić za siebie… Ja taka jestem. Z jednej strony najchętniej bym nie wychodziła do ludzi, a z drugiej w książkach przemycam trochę swoich historii. 

Katarzyna Puzyńska
Fot. Bartek Wieczorek?LAF AM

Co trzeba zrobić, żeby wyciągnąć Cię z domu?

Psy mnie wyciągają. To jest taki obowiązek, że nie ma zmiłuj. Gdyby nie one, to w ogóle bym nie wychodziła, pisałabym od rana do nocy. Można też umówić się na przykład ze mną na wywiad (śmiech). Albo zorganizować zlot fanów mojego cyklu. Niesamowite jest to, że ludziom chce się przyjechać na dwa dni z drugiego końca Polski, żeby się ze mną spotkać i poznać miejsca, które opisuję w książkach. Jestem osobą, której ciężko uwierzyć, że ktoś mnie lubi.

Dlaczego?

Sama nie wiem. Taka już jestem. Niepewna siebie. Osoby, które mocno w siebie wierzą, nie chorują na anoreksję, nie mają za sobą prób samobójczych. Ja mam. Ten tatuaż, motyl, którego mam na szyi, jest dla mnie symbolem tego, że udało mi się z tego wyjść. Przez długi czas nie przyznawałam się do choroby. Wstydziłam się. A przecież to jest choroba i nie ma się czego wstydzić. Teraz to już dawno za mną, ale to była trudna droga. Jedna z moich wykładowczyń na psychologii mówiła, żeby radzić osobom z depresją: „Jak się chcesz zabić, zrób to jutro”. I ja tak funkcjonowałam. Właśnie z taką myślą, że zrobię to jutro. W końcu zrozumiałam, że nie chcę, żeby to było moje motto. Teraz mam zupełnie inne, cytat z Mandeli: „Wszystko wydaje się niemożliwe, póki się tego nie zrobi”. I już nie wstydzę się o tym mówić. Może ktoś, kto ma myśli samobójcze, przeczyta wywiad ze mną i pomyśli, że faktycznie, to żaden wstyd, i poprosi o profesjonalną pomoc. Wszyscy postrzegają mnie jako wesołą, pozytywną osobę, a ja włożyłam dużo pracy, żeby taka być.

Katarzyna Puzyńska
Fot. Bartek Wieczorek/LAF AM

Anoreksja to bardzo podstępna i wyniszczająca choroba.

Wiesz, co było dla mnie najtrudniejsze? To, że wszyscy mówili: „Jesteś taka szczupła, powinnaś być modelką”. A ja nie chciałam być modelką. Chciałam jak oni móc normalnie jeść. Ludzie, którzy tego nie przeżyli, nie rozumieją, że jedzenie może być trudne. Teraz odżywiam się normalnie, ale to, co minęło, ciągle siedzi mi w głowie. I pewnie nigdy nie uda mi się z tego do końca wyleczyć.

 Ten motyl daje Ci siłę?

Tak. Patrzę na niego i jestem dumna z siebie, że udało mi się z tego wyjść. Z drogi, którą przeszłam. Ludzie często komentują moje tatuaże. Wielu osobom się podobają, ale niektórzy ostro je krytykują. A przecież jak komuś się nie podoba dajmy na to czyjś nos, to tego nie mówi, bo odebrano by to jako niekulturalne. A na krytykowanie tatuaży jest społeczne przyzwolenie. 

 Często pytają Cię, dlaczego się tatuujesz?

Ci, którzy krytykują, raczej nie pytają, dlaczego.

 Dlaczego się tatuujesz?

Żeby pokazać, jaka jestem naprawdę. 

 Myślałam, że wręcz odwrotnie. Coś chcesz pod nimi ukryć.

Każdy z nich jest ważny. Każdy został wybrany z jakiegoś istotnego dla mnie powodu. Niektórzy ludzie tatuują się nie dlatego, że im się podoba wzór, ale dlatego, że jest to dla nich symbol. Moje są właśnie symbolami.

 Wobec tego, jeśli mogę zapytać, co symbolizują Muminki na Twojej nodze?

Bardzo lubię te historie. Jak się wraca do książek z dzieciństwa. Gdy jest się dorosłym, czyta się je inaczej, widzi się drugie dno. Kocham Muminki. Mój tatuaż związany z nimi jest znakiem, że chcę choć trochę pozostać dzieckiem. Dla pisarza to jest szczególnie istotne, bo żeby pisać dobre książki, musi mieć dziecięcą ciekawość świata. Cały czas pytać: dlaczego? To jest kluczowe pytanie w kryminale! 

 Pamiętam, jak wyglądałaś, kiedy ukazała się Twoja pierwsza książka „Motylek”. Miałaś grzeczną fryzurkę, wielkie okulary i nosiłaś sukienki. Teraz masz krótkie blond włosy, nosisz glany i skórzaną kurtkę. Ludzie są zdziwieni Twoją metamorfozą.

Tak naprawdę to nie jest metamorfoza, tylko powrót do tego, jak wyglądałam wcześniej, kiedy byłam punkiem. Kiedyś myślałam, że pisarka musi być elegancka, ładnie uczesana i musi chodzić w garsonce. I tak starałam się wyglądać. Ale w pewnym momencie zyskałam wiarę w siebie, że mogę pokazać, kim tak naprawdę jestem, że nie muszę się ukrywać za garsonką, tylko być sobą. 

 Jesteś sobą z wielkim tatuażem LOVE na dłoni?

Tak, bo miłość jest motorem, przez który i dla którego robimy różne rzeczy. Może być budująca, ale też destrukcyjna. Kiedy dochodzą do głosu emocje, logika znika. Pochodzę z rodziny romantyków. Moi dziadkowie już na trzecim spotkaniu byli po ślubie. Za to pradziadek był księdzem. Tak się zakochał w mojej prababci, że porzucił dla niej stan kapłański. Żyli razem kilkadziesiąt lat. 

 W jednej z Twoich książek pojawia się taka sytuacja.

W ogóle w moich książkach jest wiele historii z mojego życia, bohaterowie dostają moje cechy charakteru, obawiają się tego, czego ja się boję, i zachwycają tym, co i mnie kręci. Wbrew pozorom moi czytelnicy wiedzą o mnie bardzo wiele. W pisaniu nie uniknie się wejścia w głąb siebie. Często dotykam kwestii, których nie chciałabym dotknąć. 

Pisanie jest dla Ciebie nie tylko sposobem na zarabianie pieniędzy, ale też rodzajem autoterapii?

Faktycznie pisanie daje mi możliwość przepracowania trudnych tematów. Czegoś, przed czym tak normalnie się ucieka. Ale jak coś zobaczysz na piśmie, okazuje się, że problem wygląda zupełnie inaczej, niż gdy się tylko o nim myśli. 

Życie z pisarzem chyba nie jest łatwe. 

Nie jest, bo zatracamy się w pisaniu i jesteśmy bardzo wrażliwi, miewamy różne stany emocjonalne.

 Jak Twój mąż to znosi?

Daje radę. Ale tak naprawdę nawet do kina nie może ze mną iść. Zdarza się, że mnie zaprasza, a ja jestem akurat w fazie pisania. Mówię mu więc, żebyśmy o tym porozmawiali za miesiąc. My nawet gotujemy oddzielnie, każdy dla siebie.

 Dlatego, że jesteś wegetarianką, a on woli mięso?

Krzysiek też przeszedł na wegetarianizm. 

Namówiłaś go?

Nie jestem z tych wojujących wegetarian. Uważam, że każdy ma prawo do swojego wyboru. Jeżeli ktoś nie może żyć bez mięsa, to nie może. Ja mogę, więc to robię. 

 Może jednak patrzyłaś na niego krzywo, gdy przy Tobie jadł kurczaka?

(śmiech) Prawdopodobne jest, że nie mogłam tego powstrzymać. 

Na tatuaże też go namówiłaś?

On jest rehabilitantem, więc nie może sobie pozwolić na tak widoczne, jak mam ja, bo niektórzy pacjenci tego nie akceptują. 

 Od początku podobały mu się Twoje?

Nie bardzo. Był sceptyczny, ale teraz już mu się podobają. 

 Nie chodzisz do kina, nie odpoczywasz. Jak długo dasz jeszcze radę?

Nie miałam wolnego od bardzo długiego czasu i odczuwam skutki tego. Ale musiałam napisać dwie książki na raz – dziewiątą część sagi o Lipowie, czyli „Norę”, i „Policjantów”. Dostaję od organizmu już nawet nie żółte, ale czerwone kartki. Ale jak w coś wierzę, to muszę to zrealizować za wszelką cenę. Kiedyś za to odpokutuję. 

 Jeśli nie możesz sama, to może ktoś inny powinien wyznaczyć Ci granice. 

To może się nie udać, chociaż Krzysiek próbuje. Praca pisarza nie polega tylko na siedzeniu i czekaniu, aż spłynie na niego natchnienie, aż przyjdzie do niego historia. To są długie godziny pracy. A jak pracuje się dla siebie, to ciężko jest wyznaczyć granicę. 

 Troszkę narzekasz.

Zgrzeszyłabym, gdyby tak było. Nigdy bym nie zamieniła pisania. Nie jestem niezadowolona, tylko trochę zmęczona (śmiech).

 Myślałaś, że tak będzie, jak pisałaś pierwszą książkę?

Jak pisałam „Motylka”, nie wierzyłam, że ktoś będzie chciał ją wydać. Gdy dostałam maila, że wydawnictwo jest zainteresowane, kazałam go czytać wszystkim po kolei, bo nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Nie miałam śmiałości nawet myśleć, że powstanie cała seria. To wszystko, co się dzieje, jest cudowne. Ludzie podchodzą do mnie po autografy, jakbym była kimś niesamowitym. Widzę, że drżą im ręce, kiedy do mnie podchodzą. A ja jestem zwykłą osobą, dokładnie taką samą, jaką byłam zawsze. 

 Długo będziesz jeszcze pisała o policjantach z Lipowa?

Dobrze się czuję z moimi bohaterami i mam jeszcze dużo historii do opowiedzenia. Oczywiście jak się tyle czasu pracuje nad książkami, przychodzi moment znużenia bohaterami. Ale to na chwilę. Nie chcę mówić, że nigdy nie napiszę czegoś innego, ale na razie spoza serii napisałam tylko książkę o policjantach – „Policjanci. Ulica”. Mam duży szacunek dla ich pracy. Czuję się wyróżniona, że mi zaufali. Opowiadali mi straszne historie, z jakimi stykają się na co dzień, nie wstydzili się łez. W tej książce jest prawda, nie ma szukania na siłę sensacji. Książka skupia się zwłaszcza na funkcjonariuszach prewencji. Bardzo mi zależało, żeby pokazać ich codzienną służbę, bo często jest ona niedoceniana. 

Nie chciałaś zostać policjantką?

Chciałam, ale byłam też punkówą, anarchistką. Tylko musimy to rozróżnić, bo często jest to źle rozumiane. Nie chciałam rozbijać szyb i siać chaosu (śmiech), bo to nie o to chodzi. Wyznawałam ideologię, że każdy będzie robił coś na miarę swoich możliwości i wszyscy będą żyli w zgodzie i pokoju. To jest oczywiście utopia, ale jak się jest młodym, to się wierzy w różne rzeczy. Chciałam być policjantką, bo chciałam ludziom pomagać, ale nie wiem, czybym się nadawała. Znam dużo fantastycznych policjantek, ale nie ma co ukrywać, że kobietom trudniej jest mierzyć się z pewnymi sprawami niż mężczyznom. Jest im trudniej zwłaszcza pod względem fizycznym. Kiedy na przykład muszą z kimś walczyć na ulicy. Dzięki książce, którą napisałam o policjantach, czuję się trochę, jakbym była ich adwokatem, bo niestety, nie mają w Polsce dobrej opinii. A ich przeżycia często są wstrząsające. 

Jesteś bardzo zaangażowana.

Jak w coś wierzę, uważam, że jest istotne, to bardzo się angażuję. Połowę mojego honorarium ze sprzedaży „Policjantów” przekazuję na fundację zajmującą się wdowami i sierotami po policjantach. Mam nadzieję, że pomogę im choć trochę. 

Ciekawe, kto następny skorzysta z Twojej pomocy. 

Na pewno ktoś się znajdzie, bo już taka jestem, że przyciągam tych, którzy mnie potrzebują. Łatwiej mi jest walczyć o kogoś innego niż o siebie. Pod tym względem jestem niedzisiejsza. 

Wideo

Wiosna 2020 - design, kulinarne inspiracje, podróże bez wychodzenia z domu!

Polecamy

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

„Pandemia nie zmieniła mojego życia, to ja sama je zmieniłam…”, mówi AGNIESZKA MACIĄG. Kraśko, Olejnik, Rodowicz, Rusinek, Szczygieł, Wojciechowska… o emocjach i rodzinnych relacjach w izolacji domowej. JACEK SANTORSKI radzi, jak nie zwariować w czasie pandemii. Zmierzch zachodniej cywilizacji? Beata Pawlikowska w egzystencjalnych rozważaniach w dobie koronawirusa.