Aleksandra Leszczyńska 22 lipca 2016 10:23
1/8
Krzysztof Kieślowski
Copyright @Jerzy Kośnik/Forum
1/8

„Poznali się w piątek, zaręczyli w niedzielę, ślub wzięli po miesiącu. Wydawali mi się idealnie dobrani”o Marii i Krzysztofie Kieślowskich w najnowszej "Urodzie Życia" opowiada ich córka Marta Hryniak.
Wysłuchała i spisała Joanna Derda.


Była taka piosenka Krystyny Prońko „Jesteś lekiem na całe zło”. Zawsze ją lubiłam i zawsze, słuchając jej, myślałam o rodzicach. Bo to było o nich. On za dużo palił i czytając w wannie, tracił wzrok, czasem za szybko jeździł, ryzykował, ale był lekiem na całe zło. Na każdy poważniejszy problem. Myślałam o nich, kiedy byłam młoda i myślę tak do dziś: małżeństwo wzorowe. Byli idealnie dobrani, idealnie się uzupełniali. Ona bardzo kobieca, on bardzo męski. Mama miała w tacie całkowite oparcie, a sama była dla niego ostoją. Ciepłym domem i totalnym zrozumieniem – w wymiarze generalnym i zwykłym, domowym. W stu procentach go doceniała, a na co dzień nie robiła awantur o duperele.

 

Polecamy też: Barciś, Sołtysik, Maciejewski w krótkim filmie o Kieślowskim - w 20. rocznicę śmierci reżysera

 

2/8
Maria i Krzysztof Kieślowscy
Copyright @Marta Hryniak
2/8

Powyżej: Maria i Krzysztof Kieślowscy oczami córki - zdjęcie z sesji, którą Marta zrobiła podczas studiów w szkole fotograficznej w Paryżu.

 

Żenię się z Marysią
Kiedy się poznali, mama miała 21 lat, tata 26. Oboje studiowali w Łodzi: on reżyserię w filmówce, ona była na pierwszym roku w szkole plastycznej. Tata zobaczył ją w piątek na imprezie i natychmiast się zakochał. W sobotę mama jechała do domu do Warszawy. Tata oczywiście wsiadł do tego samego pociągu, noc z soboty na niedzielę przespał na dworcu i w drodze powrotnej do Łodzi się jej oświadczył. A ona się zgodziła. Dziś, kiedy o tym myślę, kiedy wiem, jak przezorna i ostrożna jest mama, wydaje mi się to wręcz nieprawdopodobne. A jednak tak się stało.  

Ślub był studencki, bez wielkiego wesela, bez sukni z welonem. Mieszkali na jakimś strychu w Łodzi, wynajętym na spółkę z kolegą. Choć tata, kiedy skończył studia, pracował w Warszawie i do Łodzi przyjeżdżał co jakiś czas. Nie było więc mowy o tradycyjnym „docieraniu się” w związku. Po sześciu latach na świecie pojawiłam się ja. To był moment, kiedy musieli się„ustatkować”. Zwłaszcza że ja byłam potworem, ciągle się darłam, pierwszą noc przespałam, jak miałam dwa lata. Oczywiście rodzice opowiadali mi o tym ze śmiechem, ale pewnie wcale wesoło nie było. Mieli wtedy małe mieszkanie w Warszawie przy Czerniakowskiej. Tata często pracował na łóżku, miał tam maszynę do pisania i na niej stukał, do palca nogi miał przywiązany sznurek, którego drugi koniec przyczepiony był do stojącego na balkonie wózka. I tak, nie przerywając sobie pracy, wprawiał mnie w ruch.

Zawsze się mną zajmował i to bardzo intensywnie, co w tamtych czasach należało raczej do rzadkości. Kiedy miałam parę lat, zaczął mi czytać „Trylogię”. Codziennie wieczorem. I małymi porcjami przeczytał całą. Do dziś ją uwielbiam. Kiedy byłam trochę starsza, uczyliśmy się razem angielskiego, chodziliśmy przez parę lat na prywatne lekcje. Ja godzinę, potem on, a wieczorem odpytywał mnie ze słówek. Dzięki temu nauczyłam się języka. No i wakacje. Zawsze razem, na Mazurach. Mama wtedy miała ze mną święty spokój, tata wszystko organizował. Urządzał mnie i dzieciakom z zaprzyjaźnionych rodzin olimpiady sportowe, nauczył mnie pływać, jeździć na rowerze, zimą na nartach. Mama była specjalistką od „babskich” spraw – dużo ze mną rozmawiała, dużo też opowiadała mi o sobie. Jak miałam 18 lat, znałam jej życie uczuciowe od podszewki, wszystkie historie i miłości z liceum. Do dziś tak gadamy.

 

Polecamy też: Magdalena Łazarkiewicz wspomina Piotra Łazarkiewicza: „Był trochę takim cygańskim mężem... ”

3/8
Maria Kieślowska
Copyright @Archiwum prywatne
3/8

Na zdjęciu: Maria Kieślowska na plaży w czasach licealnych.

 

Codzienność
Mama zajmowała się domem, ale nie była sfrustrowaną kurą domową. Zresztą pracowała też zawodowo – jako projektantka mody w firmie Poziom. Kiedy przyszedł czas przemian, firma przestała istnieć i to się jakoś samo rozmyło. Miała żelazne zasady dotyczące prowadzenia domu. Na przykład taką: jak mężczyzna przychodzi po pracy, musi mieć obiad. Kiedy wyszłam za mąż, pracowałam i nie zawsze dawałam radę gotować. Mama przynosiła mi wtedy obiad, przekładała do moich garnków, rozsypywała wokół okruszki, robiła trochę bałaganu, jak to przy gotowaniu. Jasno wychodziło jej twarde podejście do życia: nie miałaś czasu zrobić, trudno, daj gotowe, nie musisz się przyznawać, po co. Dziś dużo gotuję, ale nie jest to dla mnie proste. Kiedy przychodzę do domu, włączam komputer, odpisuję na maile i jednocześnie robię zupę. I w efekcie mam poczucie niesprawiedliwości, że muszę sobie z tym wszystkim poradzić. Mama takiego poczucia nigdy nie miała. Udało im się stworzyć związek wzorowy, choć sami wzorców nigdy nie dostali. Mama wychowała się bez ojca. Mój dziadek był Włochem, ale szybko zniknął z horyzontu, została tylko mama z babcią. Dom dwóch kobiet. Z kolei dzieciństwo taty było naznaczone chorobą jego ojca. Dziadek miał gruźlicę, ciągle się przeprowadzali, od sanatorium do sanatorium, nie było stałości i nie było też „pełnowymiarowego” ojca. Dziadek zmarł, kiedy ojciec był 17-latkiem. I tak oboje z nietypowych rodzin, oboje artyści zbudowali stabilny, solidny, pod pewnymi względami mieszczański dom.

 

Polecamy też: Xawery Żuławski wspomina rodziców: „Miałem yin i yang. Matkę buddystkę, ojca niepokornego artystę”

4/8
Maria Kieślowska
Copyright @Archiwum prywatne
4/8

Na zdjęciu: Maria Kieślowska pod koniec lat 60.

 

Słowa i Gesty
Znalazłam ostatnio pudełko z rzeczami z czasów liceum, a w nim zeszyt – taki zeszyt zawsze leżał na stole w kuchni. Codziennie w nim do siebie pisaliśmy notatki-komunikaty. „Będę o tej i o tej, odgrzej sobie zupę”. Pamiętałam oczywiście, że tak było, ale nie pamiętałam albo może wtedy nie umiałam tego ocenić, jak wzruszające było to, co i jak oni do siebie pisali. Z jaką czułością, ciepłem i humorem. Mama na przykład kończyła: „Całuję rączki. Żona”. Tak na co dzień do siebie mówili. On do niej „Kaczuszko” albo „Marysiu”, a ona do niego „Krzysztof”. Rzadko zdrabniała. Przytulali się często, ale jakby na żarty. Mama całowała tatę w łysy czubek głowy, ale nie widziałam, żeby siadała mu na kolanach. To w ogóle nie był ten klimat. Ich miłość czuło się na co dzień. W każdym geście, słowie, w żartach – a te były ciągle.

Tata uwielbiał mamę straszyć. Wsadzał jej w szprychy roweru zdechłego zaskrońca, opowiadał przerażające historie, w które ona wierzyła i okropnie się przejmowała. Tańczył z nią na ulicy, udawał, że nie umie, ona umierała ze wstydu. Albo jak wchodziła do pokoju, zaczynał ją „wkręcać”: „O, zobacz – mówił do mnie – jak mama wygląda, za kogo ona się przebrała…”. A mama, od razu zaniepokojona: „Ale co, Krzysztof, jest źle…?”.
Za granicą uwielbiał parki wodne. Zawsze ustawiał mamę tak, żeby ją kompletnie oblać wodą, kiedy będziemy przepływać obok na pędzącym pontonie albo oponie: „O, tu stój, będziesz nam robić zdjęcia” i chlust. Ale to było miłe i przepełnione czułością. On ją po prostu widział. Nigdy nie stała się dla niego przezroczysta, jak u wielu par po latach małżeństwa.

Oczywiście na początku nie było pieniędzy. W tych notatkach, które sobie zostawiali, są na przykład takie: „Pożyczyłam od Andrzeja 100 zł na bułkę, oddaj, jak wrócisz”. Potem pieniądze się pojawiły, nawet spore, ale nigdy życie nie kręciło się wokół nich. Ani wokół filmu. Ale kiedy filmy taty leżały na półkach, był smutniejszy czas. Wtedy też w wypadku zginęła taty mama, Wigilia była inna niż zwykle.

 

Polecamy też: Barciś, Sołtysik, Maciejewski w krótkim filmie o Kieślowskim - w 20. rocznicę śmierci reżysera

 

 

5/8
Maria i Krzysztof Kieślowscy
Copyright @Marta Hryniak
5/8

Powyżej: Maria i Krzysztof Kieślowscy oczami córki - zdjęcie z sesji, którą Marta zrobiła podczas studiów w szkole fotograficznej w Paryżu.

 

Im byłam starsza, tym bardziej interesowało mnie, czym rodzice się zajmują. Uwielbiałam chodzić na pokazy mamy w, na planie filmowym taty byłam tylko kilka razy, nie ciągnęło mnie w tym kierunku. Oczywiście taty praca przenosiła się do domu, codziennie przychodził Piesiewicz i pisali w zakopconym papierosami gabinecie do nocy.
W domu nie było milczenia, patrzenia w telewizor. W ogóle nie bardzo się telewizję oglądało. „Dziennik” tak, to pamiętam. I prowadzącego – nie wiem, jak miał na nazwisko, ale na imię Przemysław. Tata za każdym razem się z nim witał: „Cześć, Przemek!”. Zawsze jedliśmy razem kolację i przy stole się gadało. W małżeństwie rodziców nie było zazdrości. Takiej na poważnie. Czasem mama o coś miała pretensje, tata wtedy rozkładał ręce: „Marysiu, proszę cię…”. Ale rzeczywistego powodu do niepokoju żadne z nich nie miało.

 

Choroba
Przez całe moje dzieciństwo byliśmy we trójkę. Potem, kiedy ja zrobiłam się starsza i miałam własne towarzystwo, oni byli bardziej razem. Zaczęli podróżować, jeździć na festiwale, rozbudowali dom na Mazurach – mieli plan, że będą tam przez całe lato i jesień. Niestety, półtora roku po zakończeniu tej przebudowy tata zmarł. Ale zdążyli jeszcze spędzić tam razem kilka miesięcy. Jego choroba była dla nas zaskoczeniem, choć oczywiście powinnyśmy się były tego spodziewać. Teraz obie dziwimy się, dlaczego nie brałyśmy tego pod uwagę. Pracował w dzikim tempie, palił trzy paczki papierosów dziennie, był nadodpowiedzialny, zestresowany… Okres przed chorobą miał niezwykle intensywny. Robił „Trzy kolory”. Obserwowałam to, bo byłam u niego w Paryżu. Wstawał o 5 rano, szedł na zdjęcia do „Czerwonego”, wracał o 19 i na 22 szedł na montaż „Niebieskiego”. Kończył o 3 i wstawał o 5. Nikt nie powinien tak funkcjonować.

 

Polecamy też: "Ważne jest mieć poczucie, że nie zmarnowałem ani jednego roku" Andrzej Żuławski w wywiadzie dla VIVY!

 

 

6/8
Krzysztof Kieślowski
Copyright @Marta Hryniak
6/8

Na zdjęciu: Krzysztof Kieślowski na wakacjach.

 

Mama jakiś czas była z nim w Paryżu, ale potem ja robiłam maturę, wróciła więc do Polski. Przyjeżdżała do Paryża raz w miesiącu, gotowała tacie to, co lubił, na przykład zupy, i zamrażała w torebkach. Cały zamrażalnik miał tych zup. W końcu postanowił przestać pracować. Powiedział na konferencji prasowej, że nie będzie już robić filmów. Uznano to za prowokację, a ja myślę, że on zastawił pułapkę na samego siebie. Że jak powie to publicznie, nie będzie mieć innego wyjścia. Na pewno już wtedy miał sygnały, że trzeba zwolnić, źle się czuł. Nie mówił o tym, od innych się dowiadywałyśmy, że zasłabł na planie. Ale ostatnie półtora roku było super. On na luzie. Spokojny. Zawsze kiedy składał komuś życzenia, mówił: „Życzę ci świętego spokoju”. Ten święty spokój był jego wymarzonym stanem, ale nic nie robił, żeby go zyskać. Miał go, tyle że krótko. To był ich czas. Mieli siebie dla siebie, żyli tak, jak powinni byli wcześniej.
Jedyne, czego wtedy tata się bał, to że mama zostanie sama. Zrobił wszystko, co mógł, żeby ją zabezpieczyć. Całe życie składował benzynę w piwnicy na wypadek wojny, kupował małe i większe sztabeczki złota, żeby wymieniać je na chleb, mąkę albo przejazd przez granicę. Kiedy się rozchorował, przeprowadził ze mną poważną rozmowę, co gdzie jest. Uporządkował wszystko. Dba o nas do dziś, z czego pewnie jest tam, gdzie sobie teraz mieszka na górze, zadowolony.

 

Polecamy też: Kora, Holland, Gajos, Stańko, Olbiński. Co ich łączy? Zobaczcie ich „Drogę do mistrzostwa”!

7/8
Krzysztof Kieślowski z córką
Copyright @Archiwum prywatne
7/8

Na zdjęciu: Krzysztof Kieślowski z córką Martą w Rzymie w 1990 roku.

 

Myślę, że gdyby mama zażądała od niego, żeby przerwał tę wariacką pracę, gdyby postawiła sprawę na ostrzu noża, pewnie by posłuchał, ale ona tego nie zrobiła. Dlaczego? Dlatego, że go rozumiała. Wiedziała, że to byłoby w jakimś sensie przeciwko niemu. Że jeśli położy go na wiele miesięcy do szpitala, on zwariuje. Na tym to polegało – oni się rozumieli i szanowali. Tata, kiedy działał, to na sto procent. Tak samo było w czasie choroby. Pojawiły się różne możliwości leczenia: wielomiesięczne leżenie w szpitalu, powolna regeneracja albo operacja. Wiadomo, ryzykowna. Zdecydował: operacja. W marcu, bo w kwietniu chce jechać na narty. Nie pojechał.

 

Bez niego
Po śmierci taty na początku oczywiście było ciężko. Ale mama się nie dała. Dotarło do mnie wtedy, że to bardzo racjonalna, twardo stąpająca po ziemi osoba. Kiedy żył tata, nie musiała się tymi cechami wykazywać, a gdy go zabrakło, okazało się, że ze wszystkim sobie radzi. Zaplanowała remont domu, ubrania oddała przyjaciołom, nie było mowy o tym, żeby w jego pokoju zrobić świątynię ku pamięci. Na początku byłyśmy cały czas razem. Najpierw w Polsce, potem pojechała ze mną do Paryża. Ale przyszedł w końcu czas, że musiała wracać. Poradziła sobie. Rodzice zawsze mieli dużo przyjaciół. I ci przyjaciele zostali przy mamie. Spotykała się z ludźmi, jeździła na festiwale, żyła intensywnie. I w jakiś sposób poszła dalej. Stanęła na nogi, kupiła samochód, zajęła się wszystkimi praktycznymi sprawami, którymi wcześniej zajmował się tata. Ma komputer, komórkę, nad wszystkim panuje, jest nowoczesną w stu procentach osobą. No i jestem ja i moje córki. Na pewno nie miałabym trójki dzieci, gdybym nie mogła na nią liczyć. Nie zdarzyło się, żeby odmówiła, kiedy prosiłam ją o pomoc. Siedzi sama z dziewczynami trzy miesiące na Mazurach. I zajmuje się – od początku – sprawami taty.

 

Polecamy też: „Wciąż widzę jej uśmiech, jej oczy” - mąż Agaty Mróz o zmarłej żonie, samotności i ich córce.

 

8/8
Marta Hryniak
Copyright @Archiwum prywatne
8/8

Na zdjęciu: Marta Hryniak - córka Krzysztofa i Marii Kieślowskich.

 

Kiedy on zmarł, miała 49 lat, była więc młoda. Ale nie wchodziło w grę, żeby miała się z kimś związać. Świetnie to rozumiem – tata nie był takim zwykłym facetem, to był ktoś ponad przeciętną, kogoś takiego nie da się zastąpić. Przez chwilę po jego odejściu była bezbronna, ale potem się uzbroiła, okrzepła. Nie pozwoliła sobie na siedzenie w domu, pogrążenie się w apatii. Pamiętam, że po śmierci taty spałyśmy jakiś czas w jednym łóżku i chodziłyśmy spać jednocześnie. Po prostu bałyśmy się budzić same i w rozpaczy. Któregoś wieczoru siedziałam w kuchni, a w telewizji leciało coś o tacie. Mama weszła, spojrzała na mnie i rozkazała: „Wyłącz, nie ma co się roztkliwiać, idziemy spać”. Miała w sobie wielką mądrość. Pokazała mi, jak przeżywać miłość i żałobę. To dla mnie lekcja na całe życie.

 

Polecamy też: Barciś, Sołtysik, Maciejewski w krótkim filmie o Kieślowskim - w 20. rocznicę śmierci reżysera

 

Wideo

Poznaj historię miłości Agnieszki Woźniak-Starak i jej męża Piotra!

Polecamy

Top

Magazyn VIVA!

Bieżący numer

Blanka Lipińska  o swojej misji, seksualnych preferencjach i związku, Andrzej Chyra o ojcostwie po 50-tce i Roksana Węgiel o zwycięstwie w Eurowizji Junior i cenie sławy.